Reklama

Reklama

Mówię prawdę nawet jeśli ona boli

W bijącym rekordy popularności serialu gra niespełnionego artystę, niestroniącego od kieliszka. Ratuje go kobieta i gorące uczucie. Paweł Królikowski w życiu też miewał złe momenty. I tak jak filmowy Kusy, spotkał prawdziwą miłość.

Kojarzy się przede wszystkim z telewizyjnymi serialami, które przyniosły mu popularność, ale debiutował już wach 80., w "Dniu Kolibra". Potem było jeszcze kilka ról filmowych, praca w teatrze i... 13-letnia przerwa, w trakcie której Paweł Królikowski był reżyserem, tekściarzem, dziennikarzem. Wrócił przed kamerę w wielkim stylu, błyskawicznie dołączając do peletonu gwiazd. Od 20 lat jest mężem aktorki Małgorzaty Ostrowskiej-Królikowskiej (Grażynki Lubicz z "Klanu"). I oddanym ojcem gromadki dzieci.

Reklama

Lubisz dzieci?
Paweł Królikowski: Nie.
Jak to? Przecież masz pięcioro?
Swoje kocham. Ale kojarzą mi się z wiecznym pochylaniem i bólem kręgosłupa. Dziecko to cud, który na człowieka spada i go przytłacza. I trzeba mocno stać na nogach, żeby patrzeć, dokąd się idzie i jak się idzie. Bo nie wolno się przewrócić. To wymaga ekwilibrystyki. Dlatego podziwiam ludzi prostych, którzy nie mają za dużo pieniędzy, mają dzieci i potrafią się nimi cieszyć. Potrafią czerpać szczęście i energię z tego, co mają. Ich codzienność jest jak podnoszenie ciężarów na olimpiadzie i zdobywanie medali.

Napisałeś mnóstwo piosenek dla dzieci. Jak możesz ich nie lubić?

Wtedy, kiedy pisałem te piosenki, miałem raptem trzydzieści lat. Sam jeszcze byłem wtedy dzieckiem...

Planowaliście z żoną dużą rodzinę?

Powiem to tak: dzieci to dar od Boga. Prezent. Z takich prezentów można się tylko cieszyć. I o nie dbać.

A kto wstaje w nocy do waszego najmłodszego synka?

Małgośka. Ale gdybym musiał, to bym z pewnością wstawał.

Dlaczego nie musisz?

Bo to małe dziecko i mama się nim lepiej zajmie, bo je karmi.

Jeden z synów ma 19 lat, drugi 16. Prowadzisz z nimi męskie rozmowy?

Tak. Wtedy, gdy się tego nie spodziewają, na przykład w drodze do sklepu.

Mówisz im, jak mają żyć?

Nie. Staram się mówić jak najszczerzej i jak najintymniej o swoich błędach, ufając, że zrozumieją.

Zwykle prawie dorosłe dzieci dziwią się, złoszczą, gdy na świecie pojawia się małe rodzeństwo.

Tak mogą robić tylko głupie dzieci. Chodzi o zazdrość? To straszne uczucie. Zazdrość rodzi się, gdy człowiek jest zły.

Zazdrość to bardzo ludzka rzecz. Szczególnie w małżeństwie. Nie mów, że żona nie jest o ciebie zazdrosna.

Jest zazdrosna, ale tak po dziewczyńsku, po kobiecemu. Nie daję jej do tego żadnego, najmniejszego powodu.

Przecież podobasz się kobietom?

Powiedzmy tak: z długiej listy moich wad, moja Małgośka zna wszystkie. I ta wiedza nie jest wiedzą dobrą. Ale myślę sobie, że lepiej, żeby wiedziała, z kim ma do czynienia. Lepiej, żeby o moich błędach dowiadywała się ode mnie. Ja jestem z tych, którzy uważają, że lepiej znać prawdę o człowieku, z którym się żyje. Nawet wtedy, gdy ta prawda może zabić. Trzeba umieć zrozumieć i wybaczyć.

Nie da się nie ranić drugiej osoby?

Nie da się. Życie nie jest permanentnym ranieniem się. Ale bywa. W życiu naszego duetu, ba, każdego, są konflikty. Bo każdy lubi... inną temperaturę herbaty.

To jak się porozumieć?

Pić w dwóch kubkach (śmiech).

Czyli zawsze można się dogadać?

Nie. Małżeństwo jest takim patentem, gdzie poprzeczka dogadywania się jest postawiona wysoko, przynajmniej u mnie.

Dużo wymagasz od ludzi. Może to dlatego tak długo musiałeś czekać na role, które przyniosły ci sławę.

Ja na nic nie czekałem! Po szkole teatralnej, w zawodzie aktora pracowałem tylko przez półtora roku. Teraz nagle o mnie głośno, bo pokazałem twarz, gram w serialach. Ale ja przez cały czas byłem w telewizji, zrobiłem tam 700 programów, wywiady z gwiazdami. Pracowałem w telewizji dopóki mnie nie wyrzucili.

Dlaczego?

Zadarłem z dyrekcją. Ale szczerze mówiąc, mam to gdzieś .

Oglądasz jeszcze telewizję?

No pewnie! Bardzo lubię!

Najstarszy syn gra w filmach. Nie wolałbyś, by wybrał inny zawód?

A ty myślisz, że bycie lekarzem albo prawnikiem da mu poczucie bezpieczeństwa?! Każdy zawód ma swoje plusy i minusy. Jak się wali, to się wali - czy jesteś aktorem, czy Donaldem Tuskiem.

Tobie zawaliło się kiedyś życie?

Byłem na zakręcie, gdy nie dostałem angażu w teatrze we Wrocławiu. Były tam takie talenty, że nie mogłem się wcisnąć. Do dziś nikt o tych talentach nie słyszał.

Nie jesteś facetem, który siądzie i będzie się nad sobą użalał...

A jak nie? Wiesz jak fajnie jest się poużalać? Pić wódkę i płakać!

Ale zaraz potem się zbierasz.

Nieee, potem trzeba poprawić i utwierdzić się w wielkości swojego nieszczęścia, nadać mu kształt artystyczny. I po tygodniu można się za coś wziąć (śmiech).

No właśnie! Ty się bierzesz.

Mam kilka zawodów. Jestem aktorem, byłem reżyserem, dziennikarzem. Potrafię wykorzystać każdą z tych umiejętności.

I to jak! W "Ranczu" grasz Kusego - artystę, alkoholika bez kasy. I zrobiłeś z niego faceta, w którym można się zakochać. Nie ma takich.

Są. Sam znam kilku. Kusy to typ, który nie chciał nikomu tyłka lizać ani być w układach. Miał szczęście, zaleczył rany, a prawdziwa miłość go odbudowała.

Jaka jest ta prawdziwa?

Na przykład taka, jaką darzy mnie moja żona. Ja się na takie wysokie chmury nie potrafię wzbić.

Jesteście razem dwadzieścia lat. W czym tkwi sekret?

Ja się z nią strasznie kłócę! O jakieś codzienne pierdoły. Wojny małżeńskie są zawsze o pierdoły. Ja zawsze powtarzam, że bycie ze sobą to cud i wiara.

I tak codziennie ten cud?

Tak. Jak premier chce zobaczyć, jak się rodzi cud, niech przyjedzie do nas do domu (śmiech). Ja uważam, że kompromis jest motorem świata. Trzeba z części siebie zrezygnować. Jak mamy szklankę wody na dwoje, to nie ma tak, że ja wypiję całą, bo wtedy do niczego nie dojdziemy. Wierzę też w miłość bliźniego.

Dajesz dobro i ono do ciebie wraca. Myślisz, że to takie proste?

Tak, myślę, że to proste. Nie prowadzę statystyk, ale tak jest. Jadąc na tę rozmowę myślałem sobie, że życie to czarno-biały clip. Czasami pojawi się jakaś postać w czerwonym płaszczyku albo inny kolorowy kamyk i to jest szczęście.

Nie narzekaj! Wiedzie ci się. Jesteś sławny, masz superdzieci.

Dzieci to olbrzymi wysiłek. A im starsze, tym bardziej się o nie boję. Boję się, że dowiedzą się kiedyś w życiu, że są komuś niepotrzebne. Że ktoś ich nie pokocha...

Mówisz o wysiłku, a słychać, że kochasz je bezwzględną miłością?

Nam z Małgośką dzieci nigdy w niczym nie przeszkadzały. Gdy czuliśmy, że musimy zmienić pracę czy dom, to braliśmy dzieci w zęby, jak para lwów, i ruszaliśmy w drogę. Gdy wyprowadzaliśmy się z Wrocławia, Gośka poleciała z dziećmi samolotem do Warszawy. Pojechał tir ze wszystkim, co mieliśmy. Oddałem klucze, wsiadłem do samochodu zapakowanego po brzegi i pomyślałem, że nieważne, gdzie będziemy, ważne, że razem.

Rozmawiała Joanna Kaniewska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje