Reklama

Reklama

Najlepszy sposób na demony to taniec

Nigdy nie czułam się na tyle silna i ważna, by stanąć na pierwszym planie. Dopiero jako Agus po raz pierwszy jestem w centrum uwagi, wystawiam na pokaz swoją twórczość i odkrywam jak piękna jest relacja z fanami – mówi Agata „Agus” Tomaszewska, wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów i tancerka.

Podobno ludzie często pytają, czy ona aby na pewno jest normalna. Tak się dzieje, gdy dowiadują się, że to życiowa partnerka Wojtka Sawickiego, czyli DJ-a Carpigianiego, niepełnosprawnego dziennikarza muzycznego, byłego naczelnego kultowego portalu PORCYS.

Reklama

Sama Agus też wiele już osiągnęła, ale jeszcze więcej przed nią. I jest nie mniej barwną postacią.

Aleksandra Bujas, Interia.pl: Album "House of Agus", choć pełen uzależniających bitów i chwytliwych melodii, które można zanucić już po pierwszym przesłuchaniu, ma swój ciężar gatunkowy, jak na zapis autentycznych zmagań z wewnętrznymi demonami przystało.

Agus: - A najlepszy sposób na demony to taniec. Bardzo mi zależało, żeby nie stworzyć albumu depresyjnego. Dedykuję go osobom, którym jest ciężko, które są w dołku - ale nie chcę ich jeszcze bardziej dobijać. Są piosenki, które robią to doskonale, sama latami się w nich "taplałam" - ale to prowadzi donikąd. Tylko coraz głębiej w ciemność, w rozdrapywanie ran, w delektowanie się cierpieniem.

Korci, żeby zapytać, jakie to piosenki.

- Dla mnie na przykład "Honey Bunny" Vincenta Gallo. Kojarzy mi się z doświadczeniem, po którym latami nie mogłam się pozbierać. To była moja morfina, czarna fantazja. 

- W końcu udało mi się wyjść z tego bajora, stanąć z moimi problemami twarzą w twarz. I zatańczyć z demonami. Jest to taniec w mroku i samotności, w ciemnym pokoju, w środku nocy, a czasem tylko w wyobraźni. Ale nie jest to życzenie śmierci. To walka o swoje życie.

Mam wrażenie, że zawartość albumu to utwory do słuchania w ciemności. Tak dosłownie. Można je odpalić i odpłynąć, odbyć nocny rajd w głąb siebie. O to chodziło?

- Doskonale to ujęłaś. Sensem tego słuchania w mroku jest wgląd w siebie. Moja muzyka jest taneczna, ale pod powierzchnią parkietowych bitów kryje się dawka refleksji, która nie zawsze skłania do zabawy.

- Na pewno jest to muzyka do tańczenia nocą. We własnym pokoju, albo idąc przez miasto, samotnie w lesie, albo razem na imprezie. Powstał nokturnowy album, na który złożyły się wszystkie moje nieprzespane noce. Czasem czuję, jakby w tych piosenkach kryła się jakaś powieść. Może kiedyś do mnie przyjdzie i pozwoli mi się opowiedzieć.

 - Okładka, estetyka teledysków i Instagrama są stworzone wokół czerni, mroku i marzeń sennych. To opis stanu ducha, w jakim byłam, gdy pisałam ten album. Pamiętam nieskończenie długie noce, gdy nie mogłam spać, więc leżałam, patrząc jak światła samochodów przesuwają się po ścianach.

Wychodzi na to, że hipnotyzujący refren: "(...)i nie mogę w nocy spać, i nie mogę rano wstać" to żaden pusty frazes.

- Jak już zasypiałam nad ranem, to nie chciałam wstawać. Bardzo lubiłam swoje sny, które dzięki lekom SSRI stały się bujne, realistyczne i znacznie fajniejsze niż̇ moje życie na jawie.

- Dni były z kolei zamazane, nieostre. Praca nad albumem pomogła mi przetrwać te noce - wstawałam i pisałam, albo szlifowałam projekty w programie do produkcji muzycznej - Abletonie - to był jedyny cel, wszystko inne było bezkształtną masą bez sensu, celu i czasu. Moja muzyka, jak gwiazda, moja Stella Matutina, prowadziła mnie przez noc.

Twoje instagramowe konto, pełne niesamowitych zdjęć i bardzo osobistych, intymnych wpisów uzupełnia EP-kę. Oczywiście, można słuchać albumu w oderwaniu, ale połączenie jednego z drugim to nowa jakość.

- Bo to prawda! Wymyśliłam to konto w czasie czytania o nowych strategiach marketingu muzycznego - ponoć współcześnie nie wystarczy "tylko" robić świetnej muzyki - artysta musi również być kreatorem i dostarczycielem treści.

- Postanowiłam stworzyć estetykę Agus, rozwinąć temat albumu za pomocą słów, kolorów, obrazów. Okazało się to niezwykle wciągającym zajęciem - akurat miałam na to czas, bo z powodu pandemii straciłam pracę - oddałam się więc całkowicie projektowi instagramowemu, aż do momentu rozpoczęcia pracy w nowej firmie. Teraz wrzucam posty mniej regularnie, ale moja muzyczna opowieść wciąż się rozwija.

Niejedna rodzima piosenkarka mogłaby się zainspirować tym, jak można przenosić twórczość do social mediów - to cieszy, że nie ma tu pozdrowień z wakacji ani lokowania produktów. Za to każdy kolejny wpis pozwala wejść do "House of Agus", tak... całkiem.

- Muzyka to dla mnie za mało. Kocham też pisanie. To mój zawód i główny sposób wyrażania się. Wiele lat rozwijałam bloga o kulturze Gaata.pl; dzięki niemu zaczęłam karierę copywriterki. Muzyka jest mniej "mózgowa", bardziej abstrakcyjna - przez to wydaje mi się, że można nią opowiedzieć więcej niż słowami.

- Jednak gdy skończyłam pracę nad albumem nadal czułam niedosyt. Piosenki są krótkie. Treści  skompresowane. Wiele osób nawet nie słucha tekstów, co uważam za absolutnie normalne - piosenkę się przede wszystkim czuje. A miałam jeszcze tyle do powiedzenia moim fanom! Chciałam mieć miejsce tylko dla nas, gdzie będę mogła im opowiedzieć o tym, co ukryte między wersami.

Można odnieść wrażenie, że twoja twórczość przeznaczona jest dla wyrobionego, dojrzałego słuchacza. Tak rzeczywiście jest?

- Nie było to moją świadomą intencją, szczerze mówiąc, marzę, by dotrzeć do dziewczyn w wieku 20-30 lat, zmagających się z problemami emocjonalnymi, odrzuceniem, samotnością. Starałam się pisać w przystępny sposób o trudnych tematach i wszystko opakować w świeże, taneczne brzmienie. Ale chęci to jedno, a efekt to już inna historia - prawdopodobnie po prostu zrobiłam muzykę dla siebie (śmiech).

Na szczęście nie tylko. Ale twoje utwory to coś zupełnie innego niż to, co uparcie grają największe stacje radiowe.

- Prawdę mówiąc, to bardzo bym chciała usłyszeć moje piosenki w ogólnopolskich stacjach radiowych, ale trudno się wpisać w mainstreamowy gust, a zarazem być świeżym i autentycznym. Wypadałoby mieć też dobre kontakty i sporo szczęścia.

Dopomóżmy temu. Halooo, mainstream!

- "Mad0nnę" (singiel promujący moją EP-kę) wysłałam do redakcji wszystkich dużych stacji radiowych. Jakieś 150 maili. Na razie odpisał mi jeden redaktor - z Radia Opole - że super kawałek i z chęcią puści go na antenie (dziękuję, redaktorze Wojtyłko).

- Niestety, praca na etat skutecznie ogranicza moje artystyczne zapędy, a mam już pomysły na nową, autorską formułę drugiej EP-ki... Na pewno wyjdzie w przyszłym roku, pewnie w pierwszej połowie i prawdopodobnie całą zaśpiewam po polsku.

Słuchacze studenckich, alternatywnych rozgłośni radiowych dobrze wiedzą, kim jest Agus.

- Bardzo mnie motywuje fakt, że w studenckich stacjach radiowych mam wiernych fanów - moje piosenki grają regularnie radio Kampus, Afera, Żak, Kapitał, OFF Radio Kraków. Tam rodzą się trendy, tam prezentowani są nowi, niszowi artyści, których następnie podchwytuje mainstream. Nie obrażę się na taki scenariusz w przypadku Agus.

Powinien się zrealizować, wyróżniasz się jako wokalistka, która sama pisze swoje teksty, komponuje, gra na instrumentach, produkuje, tańczy, realizuje własną wizję w teledyskach, kreuje wyrazisty, spójny wizerunek. No i nie stoi za tobą żaden gigant.

- O rany, brzmi jak masa roboty! No tak, rzeczywiście sporo tego jest (śmiech). Mimo ogromu pracy, taka samodzielność ma niewątpliwe zalety: absolutna wolność twórcza i kontrola nad materiałem od momentu powstania tekstu, aż po notki PR, kolor świateł na scenie i referencje miksów... Gigantyczna ilość decyzji. Chyba tego było mi trzeba, żeby odreagować lata uległości w życiu i w pracy.

- Chciałam wreszcie słuchać siebie i czuć, że to co tworzę jest wartościowe i ważne, że nikt tego nie wyrzuci do kosza, nie powie, że to głupie. Moja własna twórczość miała dla mnie niezwykle ważną rolę terapeutyczną. Pozwoliła mi zbudować poczucie wartości, uwierzyć, że jestem w stanie sama coś stworzyć - i będzie to dobre.

Mam biblijne skojarzenia.

- Gdy opisywałam swoje doświadczenia, a potem otaczałam je muzyką, czułam, jakbym tworzyła nowe światy. Minus samodzielnego tworzenia światów jest taki, że - o ile nie jesteś Bogiem - zabiera to dużo więcej czasu niż siedem dni. Nie wisiał też nade mną żaden deadline wytwórni - album skończyłam wtedy, gdy poczułam, że jest gotowy. "House of Agus" powstał w 730 dni.

Ta propozycja jawi się jako coś niszowego, insajderskiego, a z drugiej strony, już nazwano ją Beatlesami w house’owym wykonaniu. Można przeczytać o sobie coś lepszego?

- Szczerze mówiąc, to nie sądzę! Beatlesi to jak dla mnie początek i koniec tego, co się liczy w muzyce, to prawdziwy absolut jeśli chodzi o świat popu. Cieszę się, że na "House of Agus" da się wychwycić inspiracje Fab Four, to chyba znak, że odrobiłam pracę domową z piosenkopisania.

- Pracując nad albumem inspirowałam się metodą Nirvany - Kurt tworzył grunge’owe hity dekonstruując piosenki Beatlesów za pomocą punk rocka i heavy metalu - ja chciałam zobaczyć, co się stanie, gdy wykorzystam do tego celu muzykę house i techno.

No i stało się. Drugie miejsce "Mad0nny" na liście Carpigiani nie przyszło po znajomości. W końcu głosują ludzie, a wątpię, by chcieli w ten sposób świadczyć uprzejmości jej autorowi.

- Za to lubię listę Carpigiani - nie da się naciągnąć wyników. Każdy widzi ilość reakcji, widać nawet kto głosuje. W tym lista Wojtka różni się od innych list, które mają swoje strony www do głosowania, gdzie tylko oddajesz głos - ale nie widzisz ogólnej liczby głosów ani głosujących.

- Zastanawialiśmy się z Wojtkiem, czy w ogóle umieszczać moje piosenki jako propozycje do listy Carpigiani. Czy to mi nie zaszkodzi. Zaryzykowaliśmy - Wojtek pomaga wielu polskim niszowym artystom, o ile muzycznie wpisują się w jego "linię programową" - skoro moja muzyka się wpisuje, to czemu by jej nie pokazać? Reszta w rękach wielbicieli Carpigiani i moich fanów - którzy, przyznam, bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli, głosując rękami i nogami na “Mad0nnę" na ostatniej prostej. Tacy fani to skarb!

Podobnie jak współpraca z laureatem Fryderyka, Maciejem Wojcieszkiewiczem. Szach, mat.

- Do naszego spotkania doszło przypadkiem. Po wyprowadzce z Warszawy mieszkałam w Sopocie, gdzie pracowałam nad albumem w swoim domowym studiu w sypialni. Pewnej nocy, sfrustrowana moimi samouckimi zmaganiami z Abletonem zaczęłam przeglądać internet w celu znalezienia warsztatów produkcji na DAW-ie (Digital Audio Workstation, czyli dowolny program komputerowy do pracy z dźwiękiem). Wyskoczyły mi zajęcia ze Stendkiem, a przyciągnęła mnie jego współpraca z Reni i Rosalie - jednymi z moich ulubionych polskich artystek.

- Maciek pomógł mi zrozumieć lepiej Abletona, a na dodatek zgodził się zrobić mi miks i master jednego z singli ("It’s Not Love"). Efekt był tak zachwycający, że z miejsca poprosiłam go o kontynuację dla wszystkich moich kawałków. Na szczęście piosenki mu się spodobały, akurat miał czas i mogliśmy wziąć na warsztat cały mój album. Jestem niesłychanie wdzięczna, że mogłam korzystać z jego talentu i wsparcia - Maciek jest super człowiekiem, nie tylko mi pomógł muzycznie, ale też zapoznał z masą fantastycznych ludzi z Trójmiasta i robi świetną muzykę w duecie Lasy. 

 "It’s not love" nie jest kolejnym trywialnym kawałkiem o niespełnionej miłości, przeciwnie, niesie bardzo konkretną treść. Jego przekaz chwyta za gardło.

- Nie słyszałam jeszcze utworu o takim rodzaju fatalnego zauroczenia, a jest to naprawdę ciężkie doświadczenie, warte opisu.

- Piosenkę dedykuję wszystkim, którzy zakochali się w niemożliwych do zdobycia ludziach. Wszystkim, którzy swoją obsesję kultywowali w głowie nawet latami, snując fantastyczne scenariusze, prowadząc nieistniejące rozmowy, wyobrażając sobie niestworzone rzeczy o osobie, która nie tylko nic do nich nie czuła, ale nawet nie wiedziała o ich uczuciu.

Chyba aż za dobrze wiesz, o czym mówisz.

- Straciłam całe lata na obsesyjne myślenie o ludziach, których nie mogłam mieć. Serio, przez większość życia myślałam, że tak wygląda miłość. Odrzucenie, dystans, niezdobywalność - były to moje afrodyzjaki. Z przerażającą skutecznością sprawiały, że wpadałam w szpony fantazji.

 - Musiałam dotrzeć do dna, do ściany, powiedzieć dość, pójść na terapię, by się z tego wyleczyć. Zrozumieć, że to niesamowicie silne, magnetyczne uczucie, to nie jest pieprzona miłość, tylko jej odwrotność: ogromna, zapierająca dech w piersiach tęsknota, która jest tak silna, bo wiedzie bezpośrednio do wiecznie żywej i bolesnej traumy z dzieciństwa, jaką była nagła, niezrozumiała i nienaprawialna utrata ojca.

Trudno jest kochać kogoś, kogo uporczywie nie ma.

- To brzemię, które wnosisz w życie, od czasów szkolnych, aż po dorosłe relacje, pracę i związki. Coś, co może cię bardzo łatwo zniszczyć, a w najlepszym wypadku uczynić twoje życie niekończącym się cierpieniem. Żyłam w tym stanie dwadzieścia lat. "It’s not love" jest mantrą, która mi o tym przypomina.

Próbowałam. Tej piosenki po prostu nie da się wyrzucić z głowy.

- Transowy refren jest zapętlony bez końca, żeby już nigdy nie zapomnieć: ten niebywale silny i upajający stan to choroba. Forma transowego techno house’u pozwala wytrzasnąć́ z siebie cierpienie.

A do tego dochodzi twój głos i robi się przeszywająco. Legendarny Afrojax przy okazji innego singla, "Stelli Matutiny", stwierdził, że "wokal Agaty brzmi jak zsamplowany z telewizyjnego Koncertu Życzeń około roku 1987", a sam numer nazwał czterominutową rozkoszą.

- Lubię, gdy ktoś chwali mój głos, bo mam w tej kwestii dużą niepewność. Całe życie traciłam go chorując na gardło, chrypiałam, tak jakby coś nie pozwalało mi mówić własnym głosem. W terapii ciała Lowena, której trochę doświadczyłam, mówi się, że takie ściśnięcie gardła jest spowodowane strachem przed wypowiedzeniem swoich uczuć, przed poczuciem i wyrażeniem emocji. Na szczęście odpowiedni trening i dobra technika śpiewu pozwalają przezwyciężyć te ograniczenia.

W porę, bo ludzie, którzy już cię usłyszeli mają ochotę na więcej.

- Jeśli pandemia pozwoli, chciałabym w najbliższym czasie zrobić kilka koncertów klubowych - w Trójmieście i Warszawie, najchętniej oczywiście w duecie z Wojtkiem, moim ulubionym DJ-em.

Moim też. Tak opisał wasz pierwszy wspólny koncert w warszawskim DZiKu, że marzyłam, by być tam, na miejscu.

- Ten koncert był bajeczny! Wielka w tym zasługa organizatorów - nagłośnienie brzmiało idealnie, w ogóle się tego nie spodziewałam po scenie umiejscowionej pośrodku pokoju dziennego! Miałam nawet garderobę z własną łazienką - poczułam się naprawdę wyjątkowo.

- Jak to w covidzie bywa, koncert miał kameralny, wręcz rodzinny klimat - przyszli prawdziwi fani i bliskie mi osoby, które od lat wspierają moją twórczość. Wojtek przez cały koncert uśmiechał się do mnie spod sceny i dodawał otuchy, a po występie przejął stery i rozkręcił imprezę w rytmie vogueingowych hitów. Tańczyliśmy razem na parkiecie oświetlonym dyskotekową kulą, wzruszeni, że możemy tam być razem.

Agus na Instagramie

Posłuchaj albumu

Fanpage Agus na Facebooku

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje