Reklama

Reklama

Nie mam jeszcze kryzysu czterdziestolatka

Bywają role w życiu aktora, które są tak wielkim sukcesem, że trudno potem przekonać publiczność do innych kreacji. Trzeba mieć prawdziwy talent, by sobie z tym poradzić. On udowodnił, że go ma. Potrafi nas nie tylko wzruszać, ale i śmieszyć do łez.

Szczęściarz! Zagrał dwóch najsłynniejszych Polaków, Jana Pawła II i Fryderyka Chopina, co przyniosło mu natychmiastową popularność w kraju i za granicą. Rolą polskiego papieża zapewnił sobie na stałe ciepłe miejsce w sercach wielu pokoleń widzów. Ale w ostatnich latach, jakby na przekór, objawił też swój wybitny talent komediowy. Świetnie odnajduje się w produkcjach z rozbudowanym wątkiem męsko-damskim jak "Lejdis", "Testosteron" czy "Śniadanie do łóżka".

Już za chwilę zobaczymy go w zapowiadanym na hit sezonu remake'u komedii erotycznej sprzed ponad 20 lat pt. "Och, Karol 2". Zagra tam w towarzystwie najpiękniejszych polskich aktorek: Małgorzaty Sochy, Anny Muchy, Małgorzaty Foremniak, Marty Żmudy-Trzebiatowskiej, Katarzyny Zielińskiej, Katarzyny Glinki. Z nami dzieli się wspomnieniami z planu filmowego, a także opowiada, dlaczego warto realizować marzenia. Sam niedawno spełnił jedno z nich - otworzył restaurację!

Reklama

Ma pan za sobą pracowity rok, nie może pan narzekać na brak propozycji. Skąd pomysł, by do tego wszystkiego zostać jeszcze restauratorem? Czy może "restaurator" to za dużo powiedziane?
Piotr Adamczyk: - Dlaczego za dużo? Sam się dumnie nazywam "restauratorem", w końcu jestem współwłaścicielem dużej restauracji na warszawskim Mokotowie. Szczerze mówiąc zawsze o tym marzyłem. Szczególnie od momentu, gdy spędziłem sporo czasu za granicą i zauważyłem, do jakich miejsc wracam najchętniej. To restauracje, w których przebywają ich właściciele, do których przychodzi się jak do znajomych, wręcz do przyjaciół. Brakowało mi takiego miejsca w Warszawie. Wciąż mało jest tu miejsc przytulnych, rodzinnych, z dobrą atmosferą.

- Zamarzyłem sobie, aby takie miejsce powstało i mam satysfakcję, że się udało. "Stary Dom" różni się od restauracji warszawskich tym, że nie jest nadęty, że człowiek czuje się tutaj swobodnie. Traktuję to miejsce jak mój drugi dom, bywam tu codziennie, jeśli tylko jestem w mieście.

Sam potrafi pan gotować?
- Nie, ale mam za to doświadczenie smakosza. Za granicą przyzwyczaiłem się do stołowania w restauracjach i teraz bardzo dobrze wiem, czym chciałbym częstować swoich gości. Przyznam, że moje dyskusje z szefami kuchni na temat smaku potraw bywają bardzo burzliwe...

Co z oferty "Starego Domu" najbardziej pan lubi i poleca?
- Zdaję sobie sprawę, jak różne są gusta naszych gości, dlatego trudno jest polecać jakąś jedną potrawę. Podoba mi się natomiast koncepcja naszej restauracji: to, że oferujemy tradycyjną polską kuchnię, ale udowadniamy, że ona wcale nie musi być tłusta i ciężka. Nie chcę oczywiście powiedzieć, że nasze żeberka nie są tłuste, bo one takie właśnie powinny być, ale jednocześnie wcale nie są ciężkie.

- Za każdym razem jem tutaj coś innego. Moje rarytasy to ciasta. Mamy tutaj świetnie działającą cukiernię, codziennie pyszne, świeże wypieki. Ta dziedzina naszej działalności będzie się rozwijać i być może otworzymy jeszcze cukiernię.

Słyszałem, że wcale nie przepada pan za słodyczami?
- Jako dziecko faktycznie nie miałem takiej naturalnej dla dzieci potrzeby jedzenia słodyczy. Słodkie prezenty, które dostawałem, najczęściej zjadała moja mama. Pozostawałem obojętny na czekoladki czy cukierki, no, może lizaki mi się podobały. A teraz nagle zostałem wciągnięty w ten przyjemny proceder i jem dużo ciast. Wiąże się to oczywiście z wyrzutami sumienia, ale za to uprawiam więcej sportu.

Wprowadził pan do jadłospisu jakieś dania zapamiętane z domu rodzinnego?
- Pamiętam bardzo dobrze kuchnię mojej babci. Również mojej mamy, która po wizycie w Indiach zmieniła swój kulinarny styl i teraz gotuje dużo lepiej niż w czasach mego dzieciństwa. Nigdy nie zapomnę pierogów babci, z kapustą i grzybami. I to jest niedościgły smak, na temat którego ciągle dyskutuję z moimi kucharzami. Wciąż nie mogą przebić babci!

Jak udaje się panu godzić ze sobą tyle obowiązków?
- Przyzwyczaiłem się do ostrego tempa. Jeśli porównać życie do ruchu na autostradzie, to ja wciąż jadę najszybszym pasem. Ludzie się przyzwyczajają do różnych życiowych okoliczności, ja przyzwyczaiłem się do szybkiego tempa i do chaosu, np. odbywania setek rozmów telefonicznych.

- Wcale nie jest mi z tym tempem życia źle, to mi wręcz dodaje energii. Zauważyłem, że mój organizm przy okazji wyzwań niezwykle się mobilizuje. Dlatego biorę na siebie kolejne zobowiązania, choć wiem, że będą wymagały ogromnej pracy. Wciąż wpadam na pomysły, które będą mnie wiele kosztowały. Po prostu lubię wyzwania, lubię tak żyć.

Nie włącza się panu taki alarmowy guzik z napisem: "stop"?
- Myślę, że w życiu każdego faceta takim naturalnym przyciskiem alarmowym jest jego zdrowie. W pewnym momencie po prostu alarm sam się włącza. Na razie staram się temu przeciwstawiać, opóźnić ten moment jak najbardziej. Dlatego właśnie uprawiam różne sporty i mam ochotę, potrzebę jeszcze bardziej się w to wkręcić. To postanowienie na najbliższy rok.

Już pan sobie opracował zobowiązania noworoczne? Co jeszcze sobie pan obiecał?
- Wolałbym niczego publicznie nie deklarować, np. że pobiegnę w maratonie (śmiech). Zobowiązania noworoczne to poważna sprawa, później będzie trzeba się wywiązać... Ale przyznam, że lubię sporty, które wymagają wszechstronności. Bardzo zainteresował mnie triathlon i ciekaw jestem, czy wytrzymałbym pływanie, jazdę na rowerze i bieg na długich dystansach. Na razie przygotowuje się teoretycznie i po cichu sobie marzę.

Za chwilę w kinach zobaczymy komedię "Och, Karol 2". Jaki jest Karol grany przez pana?
- Zdaję sobie sprawę, że widzowie, którzy pamiętają dawnego "Karola", będą go porównywać z nową wersją. I na pewno zauważą, że te postaci bardzo się różnią. Sama historia jest niemal taka sama, ale opowiedziana współcześnie. Mój Karol jest zupełnie inny, bo od lat 80. relacje męsko-damskie bardzo się zmieniły. To nie my wybieramy kobiety, to kobiety wybierają sobie mężczyzn! Dlatego mój Karol nie ma nic wspólnego z playboyem, tak naprawdę jest ofiarą kobiet.

- To facet, który nie potrafi im odmawiać. Oczywiście teraz bronię swojej postaci i mówię głosem Karola, bo on naprawdę jest bardzo biedny. To wcale nie jego wina, że prowadzi taki tryb życia.

Kobiety niecnie go wykorzystują, a on po prostu żadnej nie chce skrzywdzić, więc próbuje zadowolić wszystkie. No i w końcu jest ich w jego życiu pięć, co okazuje się ponad jego siły.

Mężczyźni będą panu zazdrościć towarzystwa tylu pięknych kobiet...
- A ja mam wrażenie, że to jest pierwsza polska komedia romantyczna, na którą kobiety nie będą musiały na siłę wyciągać swoich mężczyzn do kina, bo i oni chętnie ten film zobaczą. Kobiety ten film obejrzą, bo lubią historie miłosne. Mężczyzn natomiast zainteresuje to, że, było nie było, jest to komedia erotyczna. Ci, którzy pozazdroszczą życia Karolowi, będą mieli przestrogę, bo takie jest przesłanie filmu. Okazuje się, że to nie takie proste mieć na raz pięć kochanek.

- Dla mnie fajnym doświadczeniem była praca z tyloma kobietami naraz. Moje partnerki dały mi lekcję kobiecego postrzegania świata. Miałem przyjemność obserwować, w jaki sposób pracują. Każda starała się wygrać konkurencję za pomocą zbudowania jak najbardziej charakterystycznej postaci. Faktycznie było mi czego pozazdrościć. Zdarzyły się momenty, do których chętnie wracam we wspomnieniach.

Zawsze marzył pan o tym, żeby być aktorem? To świadomy wybór?
- Moi koledzy z osiedla, których czasem spotykam, twierdzą, że ja już w podstawówce wiedziałem, że będę aktorem. Ja tego nie pamiętam. Pamiętam za to, że bardzo chciałem pracować na stacji benzynowej, bo lubiłem zapach benzyny. A później dostałem od wujka prawdziwą, szosową kolarzówkę i oczywiście chciałem zostać kolarzem. Na co zresztą mam szansę, bo w triathlonie jedzie się także na rowerze.

- Ale co do aktorstwa, to była dojrzała decyzja, a nie dziecięce marzenie. Byłem kiedyś na święcie "Trybuny Ludu", nie wiem, który to był rok, w każdym razie "późny Gierek". I tam, na małym podeście stało dziecko i odważnie recytowało jakiś fragment prozy. Wokół było mnóstwo ludzi, wszyscy słuchali. I to dziecko, ten chłopiec, zresztą późniejszy mój kolega aktor i reżyser Paweł Ajgner był dla mnie niedoścignionym wzorem odwagi, że można stanąć przed ludźmi i mówić takim pewnym głosem...

- Okazało się, że tam występy miało ognisko teatralne państwa Machulskich, wówczas przy Teatrze Ochoty. Od razu sobie zamarzyłem, żeby się do tego ogniska dostać. Szczęśliwie udało mi się bez większych trudności, bo chłopców chętnych było niewielu. Wówczas już wiedziałem na pewno, że chcę być aktorem. I w teatrze spędziłem swoją młodość. Nie liceum było dla mnie najważniejsze, tylko teatr. Siedząc na lekcjach nie mogłem się doczekać, kiedy się wyrwę na próbę.

Dziś jest pan uważany za jednego z najzdolniejszych aktorów młodego pokolenia.
- To są już raczej nieaktualne informacje (śmiech). Bardzo to miłe, ale po pierwsze, mnie już trudno zaliczyć do aktorów młodego pokolenia. A po drugie, te wszystkie rankingi talentów wydają mi jednak kompletnie nieobiektywne. Jak np. porównać talent Janusza Gajosa do talentu Bogusława Lindy?

Przygotowuje się pan do bilansu czterdziestolatka?
- Niespecjalnie lubię planować i robić życiowe podsumowania. Przy takim natłoku różnych spraw po prostu cieszę się,

jeśli udaje mi się codziennie kilka rzeczy skutecznie załatwić. Zdecydowanie nie mam jeszcze kryzysu czterdziestolatka, myślę, że na rachunek sumienia przyjdzie jeszcze czas.

Podczas spotkania z Halle Berry, powiedział pan, że jest specjalistą od postaci bohaterów narodowych.
- I ktoś życzliwy musiał naszą rozmowę podsłuchać i przekazać portalom internetowym. Często w ten sposób żartuję w rozmowach z osobami z zagranicy, które akurat tych naszych bohaterów doskonale kojarzą.

Rozmawiał Bartłomiej Indyka

Świat kobiety
Dowiedz się więcej na temat: Jan Paweł II | film | Adamczyk Piotr

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje