Reklama

Reklama

Nie ożenił się, by wygrać zakład!

Ten rok rozpoczął brawurowo. Pochwały krytyków, prestiżowe nagrody, nowa piękność u jego boku - największy podrywacz Hollywood nigdy nie był w lepszej formie!

Przystojny, wykształcony, zamożny, o niskim, ciepłym głosie, z poczuciem humoru - czy nie tak większość kobiet opisałaby męski ideał? A taki właśnie jest George Clooney (50 l.)! Do tego, choć może sprawiać takie wrażenie, nie jest pustym gwiazdorem. Ma ogromny dystans do swojej niesłabnącej popularności i nieustannie wykorzystuje ją do szlachetnych celów. Ale przecież ideałów nie ma i tak jest również w tym przypadku.

Wierność nie jest jego najmocniejszą stroną. Jako zdeklarowany kawaler ma równie wielką słabość do kobiet, co one do niego. Ale czy można się dziwić facetowi, który od 20 lat kolekcjonuje tytuły z przedrostkiem "naj-" i jako jeden z dwóch mężczyzn (obok Richarda Gere'a) miał zaszczyt pojawić się na okładce słynnego kobiecego magazynu "Vogue"?

Reklama

Od baseballisty do gwiazdy serialu

Urodził się w Lexington, w stanie Kentucky. Jego rodzinny dom był przytulny i pełen miłości. Ojciec, Nick, uznany dziennikarz telewizyjny, to dla aktora wielki autorytet. Matka była piękną kobietą, właścicielką tytułu Miss Kentucky. Rodzice aktora darzyli się wielkim uczuciem. Gdy ojciec robił karierę, Nina Clooney opiekowała się dziećmi.

George wspomina, że jemu i jego siostrze niczego nie brakowało. "Ojciec miał ciężkie dzieciństwo. Rodzice ojca byli alkoholikami, dlatego starał się, by jego życie wyglądało inaczej. Dbał o nas, choć miał twardą rękę i zdecydowane poglądy. Rozmowy z nim mnie ukształtowały. W naszym domu co niedziela rodzice czytali konstytucję Stanów Zjednoczonych, tłumaczyli nam, co dzieje się na świecie" - opowiadał aktor w jednym z wywiadów.

Jako młody chłopak George uwielbiał sport i właśnie w tym kierunku chciał się rozwijać. Marzył o karierze baseballisty. Jednak w końcu, za namową rodziców, postawił na naukę i rozpoczął studia dziennikarskie. Ale po dwóch latach rzucił uczelnię. "Nie chciałem rywalizować z ojcem. Każde porównanie wypadałoby na moją niekorzyść"- tłumaczy się dzisiaj. Ale tak naprawdę studia śmiertelnie go nudziły.

Jako przystojny 21-latek uznał, że czas spróbować swoich sił w show-biznesie, z którym miał styczność od małego. Jako pięciolatek wystąpił w telewizyjnym show ojca, a jego ukochana ciotka, Rosemary Clooney, była popularną amerykańską piosenkarką. Jej mąż, aktor Jose Ferrer, po raz pierwszy zabrał George'a do Hollywood. Oczywiście rodzice, zwłaszcza ojciec, nie byli zachwyceni. Uważali, że ich syn jest zbyt inteligentny, by marnować się w oczekiwaniu na role.

Na swą szansę czekał długo

Tymczasem George zaskoczył ich swoją konsekwencją i uporem. Mimo sprzyjających warunków nie był "cudownym dzieckiem" i swoją pierwszą udaną rolę dostał dopiero po trzydziestce! Początki były trudne i rzeczywiście najpierw występował w nieciekawych produkcjach typu "Powrót zabójczych pomidorów" (1988 r.). Przez jakiś czas mieszkał w Kalifornii u ciotki Rosemary. Gdy ta uznała, że najwyższy czas, by bratanek zaczął radzić sobie sam, George pomieszkiwał u przyjaciół. Zdarzyło mu się nawet nocować...w szafie! "To były dziwne czasy. Dzisiaj śmieję się z siebie, ale tak naprawdę nie było mnie stać praktycznie na nic" - mówił.

Przełomem okazał się serial. Nawet rodzice aktora zmienili zdanie o jego wyborze, gdy w 1994 roku zobaczyli go w serialu "Ostry dyżur". Przez dziesięć lat rola doktora Rossa zapewniała mu utrzymanie. Ale okazała się również przepustką do czegoś więcej. Od tamtej pory stworzył wiele świetnych kreacji, począwszy od roli w "Od zmierzchu do świtu" (1996 r.), poprzez udział w "Szczęśliwym dniu" (1996 r.) i występ w "Bracie, gdzie jesteś?" (1998 r.), za który George otrzymał Złoty Glob. Stworzył również niezapomnianą postać Danny'ego Oceana w filmach Stevena Soderbergha. Dziś jest niezależny.

Sam dobiera sobie role, ma własną firmę producencką i spełnia się jako scenarzysta oraz reżyser. Jego ostatni film, dramat polityczny "Idy marcowe" (od 3 lutego do obejrzenia w polskich kinach) zbiera doskonałe recenzje.

Clooney na prezydenta?

Oprócz aktorstwa jego wielką pasją, a nawet powołaniem, jest polityka. Zaszczepił ją w nim jego ojciec, tolerancyjny pacyfista. Ale George'a nigdy nie interesowały stanowiska. W wywiadzie dla "Newsweeka" rozbrajająco szczerze wyjaśnił, dlaczego wybrał karierę aktorską na rzecz politycznej: "Nie żyłem tak, aby zostać politykiem. Miałem za dużo lasek i brałem za dużo narkotyków".

Jednak nie przeszkadza mu to zabierać głosu w ważnych sprawach politycznych i udzielać się społecznie. Zdanie ma zawsze zdecydowane, nie boi się poruszać tematów niewygodnych dla władz. Otwarcie krytykował wojnę w Iraku, organizował akcje pomocy dla ofiar huraganu Katrina,

trzęsienia ziemi na Haiti, zamachu na World Trade Center czy pamiętnego tsunami na Oceanie Indyjskim z 2004 r. Od lat angażuje się w sprawy polityczne Afryki. Wielokrotnie, również jako wysłannik z ramienia ONZ, wyjeżdżał tam z misją pokojową, był obserwatorem niepodległościowego referendum w Południowym Sudanie. Na rzecz ofiar walk w Darfurze, podczas festiwalu w Cannes zebrał razem z Bradem Pittem 10 milionów dolarów! Dwukrotnie nabawił się w Afryce malarii, której ataki znosił bardzo ciężko. Ale w słusznej sprawie jest gotów na poświęcenia, tak samo zresztą jak przed kamerą.

Podczas zdjęć do filmu "Syriana" George doznał bardzo poważnego urazu kręgosłupa. Spędził kilka tygodni w szpitalu, zupełnie unieruchomiony. Dziś jest sprawny dzięki skomplikowanej operacji, ale wciąż odczuwa skutki tego wypadku - od tamtej chwili miewa potworne migreny. Nie pozwalają mu one zapomnieć o tym okropnym okresie. "Leżałem w szpitalnym łóżku podłączony do kroplówki, niezdolny do wykonania najmniejszego ruchu - wspomina.

- Miałem okropne bóle głowy, jak gdybym co chwilę doznawał udaru. Po trzech tygodniach zacząłem myśleć, że nie mogę tak żyć, że muszę ze sobą skończyć. Zastanawiałem się, jak zrealizować swój plan, żeby nie narobić bałaganu. Rozważałem na przykład opcję odpalenia silnika w zamkniętym garażu. Te bóle głowy nie pozwalały mi normalnie żyć". Gdy wydobrzał, swoje szczęście "podkręcał" alkoholem i narkotykami. Teraz pielęgnuje inny "nałóg"...

Brunetki, blondynki i... rude

Kobiety! Gdy aktor nie wspiera potrzebujących, chętnie sam korzysta ze wszelkich dostępnych uciech. Kiedy dostał angaż w "Ostrym dyżurze", był świeżo upieczonym rozwodnikiem - odkąd zyskał popularność jest więc wolnym facetem.

Jak mało który gwiazdor, może pochwalić się wielką kolekcją uwiedzionych kobiet. Co ciekawe, George umie sprawić, że porzucone kobiety nie żywią do niego urazy. "Każda, z którą byłem, jest dla mnie ważna. Od każdej czegoś się nauczyłem. Dlaczego miałbym zrywać z nimi kontakty?" - dziwi się.

Aktor deklaruje, że nie ma zamiaru próbować drugi raz: nie ożeni się i raczej nie będzie miał dzieci. Żartuje, że utwierdzają go w tym przekonaniu wizyty przyjaciół, Brada Pitta i Angeliny Jolie z - jak żartuje - "piętnaściorgiem dzieci". Na nic zdały się prowokacje koleżanek po fachu. Na 50. urodziny dostał czek od Nicole Kidman i Michelle Pfeiffer na sumę 100 tysięcy dolarów! Aktorki założyły się z nim o 50 tysięcy, że ożeni się lub zostanie ojcem do czterdziestki. Nic z tego, więc Clooney podwoił stawkę na kolejnych 10 lat. I koleżanki musiały zapłacić...

Dolce vita słodkiego Giorgia

Nie znaczy to, że George nie wierzy w miłość. "Wydaje mi się, że jeśli spotka się tę jedyną, z którą chce się spędzić całe życie, to nie ma takiej ceny, której nie warto by dla niej zapłacić" - wyznaje jak prawdziwy romantyk. Problem w tym, że szybko dochodzi do wniosku, że to nie ta - jego związki rozpadają się maksymalnie po 2-3 latach. Tak było blisko rok temu - rozstanie z włoską modelką Elisabettą Canalis zaskoczyło wszystkich. Od tamtej pory podobno szuka kogoś "na stałe". Ostatnio padło na piękną trzydziestolatkę, Stacey Kibler. Gdy George zabrał ją do swego ukochanego miejsca na ziemi, willi nad jeziorem Como we Włoszech, napisała na swoim profilu w internecie: "Jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie. Życie nie może być lepsze, uśmiecham się przez cały dzień! Jestem w niebie". Tak też pewnie czuł się Clooney, który we Włoszech bywa znacznie częściej niż w swoim amerykańskim "M-16" w Beverly Hills. To tu jest u siebie, staje się Giorgiem i z kieliszkiem wina na tarasie delektuje się urokami życia. To się nazywa dolce vita!

Aleksandra Adamiak

Świat kobiety
Dowiedz się więcej na temat: Clooney George

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje