Reklama

Reklama

Nie wchodzę w maliny

Rozmowa z Danutą Stenką (48) to przyjemność! SHOW mówi, co zawdzięcza mężowi, czy córki są do niej podobne i dlaczego zagrała w "Randce w ciemno".

Jak się pani pracowało na planie filmu "Randka w ciemno"?
Danuta Stenka: To był zaledwie jeden dzień zdjęciowy, jedna scena, ale takiego zadania dotąd nie miałam. Zagrałam wróżkę-cygankę. Choć rola maleńka, ale postać dość ważna dla głównej bohaterki. Koleżanki postanawiają jej pomóc i przyprowadzają ją do mnie. Moja wróżba jak zwrotnica przekierowuje jej życie na nowy tor. Rzecz dotyczy oczywiście miłości. Więcej nie będę zdradzać, zapraszam do kin.

A pani była kiedyś u wróżki?
Raz jeden w życiu, lata temu. Zaprowadziła mnie do niej koleżanka (śmiech). Nie pamiętam ani powodu - choć cóż innego, jeśli nie miłość - ani wróżby. Wierzy pani w moce magiczne?
Nie wierzę, choć dziecko, które we mnie siedzi, boi się ich. Pewnie dlatego nie chcę, żeby mi wróżono. Bo nawet jeśli nie potraktowałabym tego serio, gdzieś w głowie z pewnością pozostanie oczekiwanie czy lęk, że się spełni.

Reklama

U kogo szuka pani porady?
U męża, dzieci, przyjaciół, ale decyzje staram się podejmować sama, słuchając wewnętrznego głosu. Im dłużej żyję, tym bardziej ufam intuicji. Wierzę, że ona wie najlepiej, co jest dla mnie dobre. Ilekroć muszę podjąć jakąś ważną decyzję, staram się przypomnieć sobie pierwsze uczucie związane z tematem. To nie jest myśl, bo ona przychodzi dopiero po uczuciu.

Jakiś przykład?
Zadzwoniła do mnie kiedyś Kasia Grochola z pytaniem, czy chciałabym wziąć udział w drugiej części "Nigdy w życiu!". Dodała, że zamierza ją robić z innym reżyserem i innym producentem. Zanim zdążyłam się odezwać, poczułam, jakby mi coś w środku

powiedziało: "nie!". Najgorsze było to, że nie byłam w stanie znaleźć racjonalnych argumentów odmowy. Dopiero później, kiedy już zaprzęgłam rozum do przeanalizowania tego sygnału, udało mi się podać przyczynę mojej decyzji. Często jednak jest tak, że pierwszy do odpowiedzi wyrywa się rozum i zagłusza to, co intuicja próbuje podpowiedzieć. Jeśli jej sygnały zostały zaburzone sugestiami z zewnątrz czy moim kombinowaniem, rozmawiam z mężem. On świetnie potrafi przywrócić mi słuch na mój głos wewnętrzny.

Ma pani w mężu dobrego rozmówcę. Wielka z pani szczęściara.

O, tak! Najczęściej kobiety mówią, że ich partnerzy nie potrafią rozmawiać ani słuchać. Z nami było inaczej. To mój mąż nauczył mnie rozmawiać. Kiedyś w sytuacjach konfliktowych najczęściej zamykałam się w sobie, trudno było do mnie dotrzeć. Ale mąż nauczył mnie nazywać to, co czuję.

Jak tego dokonał?
Nie mam pojęcia! Myślę, że w takich chwilach po prostu dużo do mnie mówił. Oswajał we mnie tego dzikusa, który nie potrafił nazywać uczuć. Cierpliwie czekał na moje słowo. Mam takie wspomnienie, gdy kiedyś w sytuacji napięcia rodziła się we mnie potrzeba odezwania się, ale cała byłam pozamykana. Nie mogłam wypowiedzieć słowa, choć czułam nieprawdopodobną potrzebę mówienia. Do bólu!

Dlaczego była pani taka zamknięta?
Być może to cechy charakteru, być może słyszane w dzieciństwie "bez dyskusji!". To odpowiedź dziecka na sytuacje, która je przerasta - zamknąć się w pokoju albo w sobie. Jeśli rodzice nie uczą dzieci nazywania emocji, to wyrastają z nich zamknięci w sobie ludzie. Oczywiście nie mówię o awanturze, podczas której na siłę forsuje się swoje racje, ale o rozmowie, w której nie ma znaczenia, kto wygrywa, bo najważniejsze jest, by wyartykułować, co kogo boli, a potem wspólnie szukać rozwiązania.

Wracając do "Randki w ciemno". Byłaby pani zaniepokojona, gdyby córka poszła przed swoim ślubem do wróżki?
Jasne! To by znaczyło, że nie ma pewności. Nie wierzy w to, co robi. A skoro nie ufa sobie, to ślub jest jakąś nieprawdą.

Pani ufa sobie?
Tak. Jeśli nawet moje decyzje prowadzą do sytuacji na pierwszy rzut oka mało korzystnych, to z perspektywy czasu widzę, że miały sens. Kiedy po studium aktorskim z trzech propozycji angażu: Gdańsk, Kraków i Szczecin wybrałam tę ostatnią, znajomi pukali się w czoło. Ja uważam, że każdy milimetr drogi, którą przeszłam, zaprocentował. Gdy zagrałam Judytę w "Nigdy w życiu!", pisano, że powinnam unikać takich komercyjnych projektów...

A pani czuła, że dobrze wybrała?
Po latach okazało się, że to była jedna z ważniejszych moich decyzji in plus.

Dlaczego?Grywałam kiedyś w komediach, w farsach, natomiast po przyjeździe do Warszawy wrzucono mnie do szuflady z napisem "role dramatyczne". Do tego stopnia w niej utknęłam, że nikt nawet nie podejrzewał mnie o lekki ton. Nie chciano mnie zaprosić na zdjęcia próbne do "Nigdy w życiu!", uznając, że nie nadaję się do tej roli. Judytą odkurzyłam w sobie jasne kolory, które paradoksalnie są niezwykle przydatne w budowaniu ról dramatycznych.

Jest pani bardzo zajętą aktorką. Znajduje pani chwilkę tylko dla siebie?

Znalazłam, i to długą, w okolicach Bożego Narodzenia. Miałam marzenie, żeby nacieszyć się domem, i cieszyłam się nim dwa tygodnie.

Co pani robiła?
Ponieważ tkwię od dwóch i pół roku w remoncie, to głównie sprzątałam, rozpakowywałam kartony, zapełniałam nowe półki i szafki. Sprawiały mi te domowe prace dużą przyjemność, bo na co dzień nie mam na to czasu.

W pudłach znalazła pani wspomnienia?
Starą biżuterię, o której kompletnie zapomniałam. Stare scenariusze, a pomiędzy nimi zakurzone zdjęcia i listy od moich widzów. Pozbierałam do jednego pudełka listy od ludzi, którzy prosili mnie o zdjęcia i autografy. Odpisałam na niemal wszystkie, a niektóre były nawet z 2002 roku.

Co pani robi zimą, by nie wpaść w depresję?
Ależ ja bardzo lubię zimę! Taką jak tegoroczna - śnieżną, słoneczną i mroźną. Uwielbiam czapy śniegu na płotach, krzewach, dachach, zawiane pola, ciszę, kiedy śnieg pada spokojnie ogromnymi płatkami, chrzęst śniegu pod stopami w ostry mróz, zachód słońca i nadchodzący zmierzch, kiedy cały świat za oknem jest biały, a w okolicznych domach pojawiają się światła. Mogę chłonąć te obrazy godzinami i czuję z każdą chwilą, jak zagnieżdża się we mnie jakiś pierwotny spokój. Takie klimaty zawsze przenoszą mnie w czasy dzieciństwa.

Słyszałam, że pani od lat cierpi na bezsenność.
Na szczęście już się z tym uporałam. Ale jest to dość powszechny problem w obecnych czasach. Żyjemy na co dzień w takim zagonieniu, że trudno nam wyhamować przed nocą.

Adrenalina nie pozwala zasnąć?
Raczej permanentny stres, który nie pozwala odetchnąć. Odkąd pamiętam, budziłam się w środku nocy, wstawałam przed dzwonkiem budzika albo długo nie mogłam zasnąć. Nawet jako dziecko podstawówkowe, jeśli następnego dnia coś ważnego czekało mnie w szkole. Czuję, że podobną cechę ma jedna z moich córek.

Nadwrażliwość?
Nie mam pojęcia. Wrażliwości nie mogę odmówić ani jednej, ani drugiej córce. Ale ciągle mnie zadziwia, że one z tych samych rodziców, prowadzone tą samą ręką, wychowywane w tym samym domu, w tej samej atmosferze, wyrastają na dwie tak różne istoty.

Jakie są pani córki?
Kiedyś wydawało mi się, że Paulina odziedziczyła po mnie lęk przed puszczeniem maminej spódnicy. Natomiast ona przez lata zyskała odwagę wychodzenia światu na spotkanie.

Tymczasem Wiktoria, która jako małe dziecię sprawiała wrażenie istotki o mocnych łokciach - myślałam, że będzie nimi torowała drogę siostrze - okazała się spadkobierczynią moich lęków przed światem. Dowiedzieliśmy się o córkach wiele nowego, kiedy zaczęły opuszczać cieplarniane, domowe warunki i zderzać się z przedszkolem, szkołą, ze światem.

Ma pani marzenia?
Nie lubię zaglądać do swoich marzeń. Chce, żeby były niedopowiedziane.

Podobno marzenia trzeba afirmować, by się spełniały.
Słyszałam, że trzeba je precyzować, wypisać na liście i intensywnie o nich myśleć - podobno wtedy los przynosi spełnienie. Kto wie, może i tak jest? Ja nigdy nie myślałam intensywnie nad tym, co chciałabym od życia. Dzięki temu jestem otwarta na rzeczy, które do mnie przychodzą, i potrafię się z nich cieszyć. W moim rodzinnym domu nigdy na przykład nie pisało się listów do Gwiazdora (tak na Kaszubach nazywa się odpowiednik świętego Mikołaja - przyp. red.).

Dopiero moje dziewczynki przyniosły ten zwyczaj z przedszkola czy ze szkoły. Dla mnie to było dziwne. Cały urok prezentów choinkowych, zresztą wszelkich, tkwi w niespodziance. Paulina już to wie od kilku lat. A Wiktoria w tym roku po raz pierwszy nie napisała listu.

Dziś dzieci przyzwyczajają się, że to, co zamówione, musi się spełnić. A życie i prawdziwy świat to nie jest sklep wysyłkowy (śmiech).

Potem będą się denerwować, że nie dostają wymarzonej pracy albo nie spotkały faceta, o jakim marzyły.
A który - okazuje się często - kompletnie nie jest dla nich. Tymczasem obok stoi jakiś gość, cichutko, niezauważony... Zafiksowanie na "tę konkretną rolę" czy na "tego konkretnego faceta" nie pozwala zauważyć niczego dookoła. Mając klapki na oczach, nie jesteśmy w stanie dostrzec, że naszym królewiczem na białym koniu jest właśnie ten cichy facet...

... który nie wygląda jak wymarzony książę.
Stoi sobie w cieniu.

Tak było w pani przypadku?
Bywało (uśmiech).

Podobno lubi pani flirtować?
Uwielbiam. Dla mnie to taki ping-pong słowny, który do niczego nie zobowiązuje, a uruchamia radosne rejony w człowieku i stawia na baczność inteligencję.

A jak znosi to pani mąż?
Czasem obserwuje mnie z boku i się uśmiecha.

Nie czuje się zagrożony?
Nie sądzę. Może kiedyś, na początku... W tych moich piłkach nie ma niczego poza radością ich odbijania. Lubię te trudne, podkręcone, zaskakujące.

Jak pani dba o swoje samopoczucie?
Kilka lat temu, w okresie jakiegoś strasznego przemęczenia, a co za tym idzie kłopotów ze snem, moja agentka umówiła mnie z kosmetyczką. I okazało się, że darowano mi dwie godziny snu w ciągu dnia. Teraz funduje sobie tę przyjemność co najmniej raz w miesiącu. Nie zawsze zasypiam, ale muzyka, pozycja horyzontalna i świadomość, że nigdzie się nie spieszę, to dla mnie wspaniały relaks.

Pani wygląda bardzo młodo.
Hm. Pewnie jestem szczęśliwa? (śmiech).

Kosmetyki grają jakąś rolę?
Przyznam, że nie znoszę się malować. Makijaż kojarzy mi się z pracą. Kiedy muszę od samego rana pacykować się, to dla mnie prawdziwa udręka. Natomiast kremy, bardzo proszę. Uwielbiam te słoiczki, pudełeczka, to jest jak powrót do dzieciństwa. Traktuje je trochę jak zabawki (śmiech).

Bez jakiego kosmetyku nie wychodzi pani z domu?
Bez kremów, oczywiście. Muszę od czasu do czasu natłuszczać nimi usta i dłonie. W torebce - zamiast tuszu, pomadki i puderniczki - zawsze mam taki maleńki słoiczek, do którego przekładam mała porcję kremu na dzień Garnier. Wtedy czuje się bezpiecznie.

W finałowym odcinku 10 edycji "Tańca z gwiazdami" wystąpiła pani gościnnie ze Stefano Terrazzino. Jak pani to wspomina?
Mimo chwil załamania, braku wiary w swoje możliwości, poczucia bezradności i panicznego strachu, ten występ napełnił mnie jakąś

dziecięcą radością. Ale próby to była ciężka, fizyczna robota.

Pani się pięknie porusza. Tego można się nauczyć?
Tak. Czasem przyłapuj moje córki w lustrze i pokazuję im, co się dzieje z ich ciałem. Tak, żeby mogły to zobaczyć niejako z zewnątrz.

Pamiętam, jak sama zaczęłam się garbić jako nastolatka. Miałam duży biust, więc długi, wyciągnięty sweter i zaokrąglone plecy były znakomitym sposobem na ukrycie go.

Mój tata stukał mnie wtedy w plecy, powtarzając do znudzenia: "Wyprostuj się". Teraz ja cierpię, kiedy córka zakłada sukienkę, ale jej sylwetka jest lekko przygarbiona, jakby próbowała utrzymać ten swój sportowy luzik (śmiech). Staram się wtedy działać na jej wyobraźnię. Mówię na przykład: "Pomyśl sobie, że twój mostek jest dziobem okrętu. Płyniesz i rozpruwasz nim fale". To działa. Co prawda na bardzo krótko, ale ziarno zostało zasiane.

Od pani odpowiedniej postawy wymagają na pewno kostiumy z epoki?

Pamiętam, że kiedy zaczęły się próby kostiumowe do "Tartuffe'a", po kilku dniach poczułam potworny ból w plecach. Okazało się, że to od dawna nie używane mięśnie, które teraz musiały pracować nad utrzymaniem odpowiedniej postawy, wymaganej przez kostium (śmiech).

I w filmie, i w teatrze Danuta Stenka zagrała wielkie role u wielkich reżyserów. Po co pani takie niewielkie rólki, jak ta w "Randce w ciemno"? Jest w tym jakaś filozofia?
Dla mnie ważna jest nie wielkość roli, ale jakość spotkania z ludźmi. Zdarzało się w moim życiu dostawać duże role, z których nic ciekawego nie wynikało. Nie "dodawaliśmy się" wzajemnie:

ani z reżyserem, ani z partnerami. To tak, jakbym odbyła długą drogę po kole i wylądowała w punkcie wyjścia.

W ogólnym rozrachunku jeśli z pracy - czy z wszelakich potknięć i wywrotek życiowych - można wyciągnąć wnioski, to nie jest to czas stracony. Wiele się człowiek może dowiedzieć o sobie, o swoich relacjach ze światem, a poza tym w ten sposób poznaje, gdzie rosną maliny. A warto wiedzieć , gdzie one są, żeby w nie już nie wchodzić.

Rozmawiała Iwona Zgliczyńska

Więcej przeczytasz w najnowszym numerze magazynu o gwiazdach SHOW. W sprzedaży od 1 lutego.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje