Reklama

Reklama

Niebezpieczne związki z mediami

Sprawiła, że na konferencji prasowej podrywał ją hollywoodzki gwiazdor, kiblowała w sejmie, wkurzyła Naomi Campbell i zaskoczyła agenta Muldera z "Archiwum x". Z pozoru jest miłą "panią z telewizji". Tymczasem jej związki z mediami to niebezpieczne związki.

Podobno na studiach byłaś kujonem?

Beata Sadowska: Nie do końca. Miałam wysoką średnią, ale nie oznacza to, że byłam kujonem.
Jak to?
Beata Sadowska: Mogłam po prostu wybierać przedmioty. Nie kochałam ekonomii, a ze statystyki zdawałam poprawkę. Ale już od drugiego roku miałam indywidualny tok nauczania i dzięki temu mogłam chodzić tylko na te zajęcia, które mnie interesowały. I tak właśnie udawało mi się mieć superśrednią 4,9. Do czasu. Zaczęłam pisać pracę magisterską, jednak się nie obroniłam. Mam absolutorium, jednak zanim złożyłam indeks, minęły dwa lata. Później zmienił się program i musiałam nadrabiać. Odpuściłam, bo pracowałam już pełną parą. Ciągle wierzę, że jeszcze mi się uda napisać pracę...

Reklama

Wszyscy kojarzą Cię jako prezenterkę telewizyjną zajmującą się kulturą, a przecież zaczynałaś jako dziennikarka polityczna.

Beata Sadowska: Takie były czasy. Pojawiały się pierwsze stacje komercyjne i potrzebowały ludzi. Kiedy przyszłam do Radia Kolor, miałam dużo szczęścia. Dzisiaj nie do pomyślenia jest, żeby niedoświadczona 19-latka robiła wywiad z prezydentem. Byłam najmłodsza w Sejmie i wyglądałam jak gówniara. Ale dzięki temu częściej niż starym wygom wypadało mi zadać jakieś niewygodne pytanie.

Jednak po dwóch latach rzuciłaś tę pracę.

Beata Sadowska: To prawda. Uświadomiłam sobie, że życie przecieka mi przez palce.

Nie chciałaś być drugą Moniką Olejnik?

Beata Sadowska: Nie. Kiedy pewnego dnia siedziałam w Sejmie ósmą godzinę pod gabinetem premiera Waldemara Pawlaka czekając, aż łaskawie wyjdzie i przeczyta coś z kartki, uświadomiłam sobie, że mam dość. Dotarło do mnie, że nie mogę się z nikim umówić, przeczytać książki ani nawet wyłączyć komórki w kinie. Zawsze mogli zadzwonić, że właśnie zebrała się koalicja i muszę zrobić relację. A ja chciałam jeszcze tyle rzeczy poznać, tylu posmakować, spróbować. To była odważna decyzja - wszyscy mówili mi, że złapałam Pana Boga za nogi i nagle go wypuszczam. Ale zostawiłam polityków bez żalu, chociaż moi szefowie mieli nadzieję, że jednak zostanę drugą Moniką Olejnik.

A łezka się nie kręci z powodu tej decyzji?

Beata Sadowska: Nie, coś straciłam, zyskałam dużo więcej. Szkoda tylko, że przez pracę ominęło mnie typowe studenckie życie. Coś za coś. Miałam fajną pracę, sama się utrzymywałam i mieszkałam, zdobywałam doświadczenie, przeszłam z radia lokalnego do ogólnopolskiej Zetki. Z drugiej strony nie wiedziałam, jak to jest uczyć się wspólnie do sesji, zdawać razem egzaminy. Notatki czytałam na korytarzach sejmowych. Po zajęciach wszyscy szli do baru na piwo, a ja dostawałam sygnał na pager, że mam być za 15 minut na konferencji u prezydenta albo gdzieś na drugim końcu miasta. Za to miałam szansę nauczyć się dziennikarstwa w praktyce.

Na tyle, że stałaś się wręcz gwiazdą i ludzie chcą o tobie dużo wiedzieć.

Beata Sadowska: A ja ciągle wolę pytać, niż odpowiadać. Ale nie będę z tego powodu jęczała. To jest wpisane w bycie dziennikarką telewizyjną.

Masz nawet swoją zakładkę na najpoczytniejszych portalach plotkarskich.

Beata Sadowska: I co tam napisali?

Że depilujesz nogi.

Beata Sadowska: To chyba dobrze, ha ha ha!

To właściwie jedyna "skandaliczna? informacja o Tobie.

Beata Sadowska: Kiedyś była jeszcze informacja, że "nie panuję nad bielizną?, bo kiedy w teatrze nachyliłam się po numerek do szatni, kawałek majtek wyszedł mi ze spodni. Na szczęście moje życie dla takich portali jest nudne. Biegam w parku z psem, od kilku lat mam tego samego narzeczonego, nie upijam się publicznie na imprezach. U nas i tak nie ma takiego tabloidowego szaleństwa jak w Stanach albo w Wielkiej Brytanii, gdzie paparazzi zrobią wszystko za zdjęcie nagiego Stinga ćwiczącego jogę. A może po prostu nie jestem taką atrakcją jak Kasia Cichopek albo Doda.

Ale Kasia Cichopek nie dostała tytułu Najlepiej Ubranej Polki....

Beata Sadowska: Za to ma 450 innych nagród. Z tą najlepiej ubraną Polką to była frajda. Cieszy mnie, że ktoś zauważył, że się ubieram, a nie przebieram. Śledzę trendy, ale mam swój styl i nie jestem fashion victim.

...ale dla nas zostałaś pin-up girl.

Beata Sadowska: Ha ha, z przekory! To specjalna przebieranka, do której można "mrugnąć okiem?. Taki styl kompletnie do mnie nie pasuje. Nie jestem typem Madonny ani Dody. Nie jestem superseksowną laską, która eksponuje swoje wdzięki.

Jednak jakoś sprawiłaś, że aktor Harvey Keitel podrywał Cię na konferencji prasowej.

Beata Sadowska: Może zadawałam mu niestandardowe pytania? Nie sądzę, że to miało coś wspólnego z moim wyglądem. Zaczekaj, jaki miałam wtedy dekolt... ha, ha. Tak naprawdę myślałam wtedy, że umrę ze wstydu. I jestem pewna, że się zaczerwieniłam. Ale to był jedyny taki przypadek. Częściej to mnie zdarzało się kogoś zaskoczyć. David Duchovny nie mógł uwierzyć, że wiem o jego różowych rajstopkach, które nosił w przedszkolu. Nick Cave - że wiedziałam, iż poznał swoją przyszłą żonę pod szkieletem dinozaura w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie.

Pewnie zdarzyły się też nieprzyjemne historie.

Beata Sadowska: Naomi Campbell wyrzuciła mnie i mojego fotografa z wywiadu.

Co jej powiedziałaś?

Beata Sadowska: Nic szczególnego - zapytałam o odwyk. To nie była jakaś tajemnicza historia wyssana z palca, sama wspominała o tym w "Vogue?. A jednak nagle dostała histerii, zawołała swoją asystentkę i szybko zakończyła rozmowę. Co ciekawe, wieczorem czekał mnie drugi akt przedstawienia. Na oficjalnej kolacji w weneckim pałacu każdy zaproszony dziennikarz mógł sobie zrobić zdjęcie z Naomi. Miałam jednak wrażenie, że spośród 200 gości ona widzi tylko mnie. Pomyślałam, że przesadzam, więc postanowiliśmy z fotografem zrobić test. Wykonałam dwa kroki w jej kierunku i nagle jak spod ziemi wyrosło dwóch ochroniarzy i przeniosło mnie dwa rzędy dalej. To było niesamowite.

Niezła historia.

Beata Sadowska: Mimo to ciągle uważam, że nie ma co przesadzać z czołobitnością w stosunku do gwiazd. To są normalni ludzie, których też czasem boli brzuch i mają brudne stopy, kiedy chodzą po plaży. Z drugiej strony, jeśli jakaś gwiazda w ciągu jednego dnia udziela 60 wywiadów, to nie dziwię się, że nie chce odpowiedzieć po raz 60. na to samo pytanie. Dlatego staram się nie zadawać głupich pytań i nie wyjść na totalną kretynkę. Chociaż - jak każdemu z nas - mnie też czasem odbijało i robiłam mało inteligentne rzeczy.

Podasz jakiś przykład?

Beata Sadowska: Jeszcze w liceum jechałam z koleżankami pociągiem do Zakopanego i miałyśmy się przesiąść na jakiejś stacji. Oczywiście ją przegapiłyśmy. Wpadłam wtedy na genialny pomysł, żeby wyrzucić nasze bagaże przez okno i wyskoczyć z pociągu. Kompletnie nie rozumiałam, dlaczego dziewczyny stukają się w czoło. Byłam szczeniacko głupia. To podobno przechodzi z wiekiem. Przynajmniej w teorii.

A w praktyce nie?

Beata Sadowska: Prowansja. Kilka lat temu. Skały nad jeziorem. Skakałam do wody z wysokości kilku pięter. Miejscowi też skakali, ale w butach, żeby zamortyzować uderzenie o taflę wody. A ja na bosaka... I podobno jestem inteligentna! Ha, ha, ha!

Więcej na stronach magazynu Dlaczego

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje