Reklama

Reklama

Niech mówią, że to nie jest miłość

On był jej pierwszym chłopakiem. Ona była pierwszą kobietą, której się oświadczył. Od trzech lat są nierozłączni. Wkrótce na świat przyjdzie ich dziecko.

Agata Rubik: Niedawno uświadomiłam sobie, że od czasu, kiedy zamieszkałam z Piotrem w Warszawie, tak naprawdę w ogóle się nie rozstajemy. Uzbierałoby się może ze czternaście dni, których nie spędziliśmy razem. Wciąż jesteśmy nierozłączni, bo świetnie czujemy się we dwoje. I śmieszą nas historie wypisywane w Internecie, że na zakupach mieliśmy skwaszone miny, bo małżeństwo nam się rozpada. Musieliśmy nauczyć się żyć pod ciągłą obserwacją. Jeśli ktoś cały czas za nami chodzi, nie uśmiechamy się do niego na siłę, tylko po prostu robimy swoje. Kiedy życie prywatne wzbudza ogromne zainteresowanie gazet, wtedy tęskni się za intymnością, spokojem.

Reklama

Nigdy nie byłam osobą rozrywkową. Nie przepadam za klubami, dużym towarzystwem. W rodzinnym Wrocławiu mam wąskie grono przyjaciół, które nie zmienia się od lat. Z Piotrem jest podobnie, on też nie lubi bywać, jest typem domatora. Oboje uczymy się zachowywania równowagi pomiędzy czasem poświęconym życiu towarzyskiemu a tym, który spędzamy tylko we dwoje.

Ich pierwszy raz...

O mały włos nie wzięłabym udziału w konkursie Miss Polonia, podczas którego się poznaliśmy. Na występ namówiła mnie moja trenerka aerobiku pani Elżbieta Barczyńska, która organizowała wybory na Dolnym Śląsku. Miałam wątpliwości, kilka razy chciałam się nawet wycofać. W końcu jednak się zdecydowałam. Po pierwsze, nie chciałam zawieść trenerki, która na mnie liczyła. Po drugie, było lato, a ja nigdzie nie wyjeżdżałam. Nawet mój tata w żartobliwy sposób starał się mnie zmobilizować i obiecał, że jeżeli wejdę do finałowej trójki, dostanę w prezencie samochód. A ja bardzo chciałam mieć auto, bo dopiero co zrobiłam prawo jazdy. Sam konkurs trochę mnie rozczarował. Wyobrażałam go sobie jako rodzaj wakacji, na których będę się dobrze bawić. A okazał się obozem, na którym panowała niemal wojskowa dyscyplina. Byłam wykończona i w dość fatalnym nastroju, kiedy na horyzoncie pojawił się Piotr. Do dziś pamiętam, w co był ubrany, kiedy zobaczyłam go pierwszego dnia: nosił białe poszarpane dżinsy i szarą koszulkę.

Specjalność Piotra

Wiedziałam, że mu się podobam, bo starał się być cały czas w pobliżu i chętnie ze mną rozmawiał, ale nie dopuszczałam do siebie myśli, że nasza znajomość może się rozwinąć. Dziewczyna, z którą mieszkałam w pokoju, wzięła od niego numer telefonu, często o nim rozmawiałyśmy. Nie byłam zakochana, raczej zauroczona. Pokochałam go dopiero w Warszawie. Przyznaję, to ja pierwsza napisałam do niego mejla. Chciałam podziękować za miłe słowa, które powiedział mi przed finałem. Choć byłam fizycznie wykończona, one mnie uskrzydliły. Znów miałam energię, żeby chodzić po scenie i się uśmiechać.

Podczas pierwszych spotkań z Piotrem czułam się świetnie, ani przez minutę się nie nudziłam. W ogóle nie odnosiłam wrażenia, że pochodzimy z innych światów. Nigdy nie brakowało nam tematów do rozmów. Mąż dużo czyta, nie jest zamknięty wyłącznie w świecie muzyki. Zna się na komputerach, lubi historię, uczy się języków. Ma ogromne poczucie humoru na swój temat, a to naprawdę duża zaleta potrafić się z siebie śmiać. Mówi się, że artyści są oderwani od życia i niepraktyczni, ale on długo mieszkał sam i nauczył się polegać na samym sobie. Jest dobrze zorganizowany, chociaż czasem muszę go zachęcać, żeby nie odkładał pracy, bo terminy naglą. Na szczęście komponuje bardzo szybko, często w nocy, kiedy śpię. Rano robi śniadanie (to jego specjalność), potem załatwiamy bieżące sprawy. Wieczorami siedzimy w domu i oglądamy filmy albo wychodzimy do znajomych. Uwielbiamy podróżować i jeżeli tylko jest taka okazja, od razu pakujemy walizki i wyjeżdżamy. Najchętniej gdzieś daleko, gdzie jest słońce i plaża. W jego pracy, przy napiętych terminach i wyjazdach, to jedyny sposób, żeby naładować akumulatory.

W jedności siła

Ślub to naturalna konsekwencja naszej znajomości. Zresztą dla mnie oczywiste było, że będziemy razem i że to ja przeniosę się do Warszawy. Najwspanialsze w naszym związku jest to, że ani on, ani ja nie musieliśmy niczego poświęcać dla drugiej strony, zmieniać swoich przyzwyczajeń. Ja akceptuję Piotra takim, jaki jest, on zaakceptował mnie. Nie zachowuje się jak mentor, nie poucza, choć przeżył więcej ode mnie. Ja z kolei z całych sił staram się być dla niego oparciem, prawdziwym partnerem.

Pomimo że studiuję dziennikarstwo, co wymaga ode mnie sporego zaangażowania, sprawom zawodowym Piotra poświęcam bardzo dużo czasu. Ponieważ poznaliśmy się w chwili, gdy mąż stał się znany, oboje uczyliśmy się, jak postępować w nowej dla nas sytuacji. Razem przetrwaliśmy krytykę, ataki mediów i intrygi nieuczciwych ludzi próbujących wykorzystać sukces męża. To nas do siebie zbliżyło i sprawiło, że różnica 18 lat stała się nieodczuwalna. W najtrudniejszych momentach widziałam obok siebie wrażliwego, bezbronnego człowieka, a nie wyjadacza, który traktuje świat cynicznie. Często to ja starałam się go pocieszać, dodawać mu otuchy, przekonywać, żeby na kłopoty spojrzał z dystansu.

W wielu sytuacjach dobrze podpowiada mi intuicja. Mam jakiś szósty zmysł, który pozwala mi w kontaktach z ludźmi od razu wyczuć ich złe intencje. Przyszłość zawodową wiążę z mężem. Wydaje mi się, że nikt nie zadba o niego tak jak ja, nikt lepiej nie dopilnuje jego komfortu, spraw organizacyjnych. Lubię troszczyć się o niego, tak jak on troszczy się o mnie. Piotr uwielbia mnie rozpieszczać. Uprzedza moje życzenia, obsypuje prezentami. Ja mam o wiele cięższą rękę do wydawania pieniędzy, on przeciwnie - dla ukochanej osoby popełni największe finansowe szaleństwo, więc czasami muszę go sprowadzać na ziemię.

Przyznam, że zupełnie nie spodziewałam się z jego strony tak szybkich oświadczyn, zwłaszcza że ślub w naszym życiu i tak niewiele zmienił. Wydaje mi się, że dopiero narodziny dziecka spowodują w nim rewolucję. Z tego, co opowiadał o sobie Piotr, wiem, że oświadczył się pierwszy raz w życiu. Cieszę się, że czekał na mnie tyle lat. Gdyby miał wcześniej żonę i dzieci, nie wiem, czy potrafiłabym sobie z tym poradzić. Oboje jesteśmy zazdrośni, ale nie dajemy sobie powodów. On nie wysyła żadnych sygnałów do innych kobiet, więc nie ma desperatek, które rzucałyby się na niego, zwłaszcza gdy cały czas jestem obok. Na każdym kroku okazuje mi uczucie. Jest romantykiem. Podczas koncertów potrafi ze sceny zadedykować mi utwór lub powiedzieć coś wzruszającego.

Jestem świadoma, że przyszłość może przynieść wiele niespodzianek. Dlatego jedyne, o czym dziś marzę, to zatrzymać czas.

Zadziałał chemia

Kiedy spotykają się ludzie dla siebie stworzeni, to przeszkody, które stają na ich drodze, znikają. Nieważne są różnica wieku, oddalenie, trudności. W człowieku rodzi się taka determinacja, że nic oprócz drugiej osoby nie jest ważne. Gdy poznałem Agatę, istniało mnóstwo powodów, które mogły zniszczyć nasze uczucie. Ale udało się, bo okoliczności nam sprzyjały. A może ja nie zwracałem uwagi na niedogodności?

Cztery lata temu zamówiono u mnie oprawę muzyczną na finał wyborów Miss Polonia. Przygotowywałem muzykę do układów tanecznych, więc musiałem być na próbach z uczestniczkami. Na nich po raz pierwszy zobaczyłem Agatę. Jest blondynką, ale wtedy przefarbowano ją na rudo i z tego powodu rzucała się w oczy. Zadziałała też chemia, bo wśród wielu ładnych dziewcząt widziałem tylko ją. Zauważyłem, że dużo jadła, co mnie wzruszało, bo było to nietypowe w tych okolicznościach. Zacząłem o niej myśleć, z próby na próbę coraz intensywniej. Widziałem, że ona też na mnie spogląda, zawsze machała mi na pożegnanie. Rozmowy, jakie prowadziliśmy, były zdawkowe, ale czułem, że coś się zaczyna dziać.

Piotr Rubik: Pierwszy krok

Przed samą galą uczyniłem pierwszy krok. Podszedłem do niej i powiedziałem: "Obojętnie, jaki będzie wynik konkursu, dla mnie jesteś numerem jeden. Postaram się zagrać tak, żebyś wypadła genialnie". Było to dopiero nasze czwarte spotkanie, więc można powiedzieć, że wystrzeliłem z grubej rury. Całą mowę poprzedziłem specjalnymi zabiegami: gdy czułem, że na mnie patrzy, grałem popisowe kawałki na fortepianie. Jestem człowiekiem nieśmiałym, więc chciałem przygotować grunt, zanim zdobędę się na odwagę. Agata powiedziała mi potem, że było to bardzo romantyczne i odniosło zamierzony efekt, bo podczas wyborów myślała tylko o mnie. W trakcie konkursu i zaraz po nim nie widzieliśmy się, nie było czasu. Potem ona wyjechała, a ja zostałem bez numeru jej telefonu. I nagle po pięciu dniach przysłała mi mejla. Umówiliśmy się w Warszawie, bo sprowadziły ją tu obowiązki drugiej wicemiss. Tak się zaczęło.

Kiedy Agata pojawiła się w moim życiu, byłem człowiekiem wolnym, bez zobowiązań. Wcześniej długo leżałem unieruchomiony w gipsie po wypadku, miałem okazję przemyśleć wiele spraw. Nie chcę mówić o swoich poprzednich doświadczeniach, bo to zamknięty rozdział, ale znajdowałem się na takim etapie, że świetnie wiedziałem, na czym mi w związku zależy. Chodzi o bezwzględne zaufanie do kobiety, o jej wrażliwość, dobroć. Tych cech wbrew pozorom aż tak często się nie spotyka. Wcześniej sparzyłem się parę razy. Na szczęście zawsze miałem pasję. Muzyka determinowała moje życie i jak było źle, uciekałem w pracę. To mnie uchroniło przed różnymi kryzysami. Ale pomimo rozgoryczenia byłem gotów otworzyć się na nowe uczucie.

Idealna partnerka dla muzyka

Pomijając namiętność, która spada na człowieka i nie sposób się przed nią obronić, decyzja o tym, że chcemy z kimś spędzić życie, powinna być podyktowana innymi względami niż uroda i emocje. Już na pierwszym spotkaniu w Warszawie byłem pod ogromnym wrażeniem charakteru Agaty. Jest radosna i ciepła, a przy tym szlachetna i szczera. Nie ma poprzewracane w głowie, nie ma infantylnych pomysłów, męczących huśtawek nastrojów. Nie grała przede mną kogoś, kim nie jest. Nie stroiła min, nie robiła fochów.

Przegadaliśmy spokojnie cały dzień i było mi z nią tak dobrze, że niechętnie myślałem o rozstaniu. Gdy wróciła do Wrocławia, wynająłem tam mieszkanie i w każdej wolnej chwili starałem się ją odwiedzać. Nie było to proste, bo akurat ukazała się moja płyta "Psałterz Wrześniowy". Grałem dziesiątki koncertów i miesiącami siedziałem na walizkach. Nasze spotkania wymagały alpejskich kombinacji, ale było warto. Pod każdym względem układało się nam wspaniale. Z każdym dniem zyskiwałem pewność, że natrafiłem na tę jedyną.

Postanowiłem nie tracić czasu i oświadczyć się. Jej rodziców przekonałem do siebie od pierwszej wizyty. Wiem, że mieli zastrzeżenia. Rozumiem ich. Byłem dojrzałym facetem z bagażem doświadczeń. W dodatku artystą, a ci w potocznej opinii są kapryśni. Postawiłem na szczerość. Pokazałem, że mam czyste intencje, zresztą moje uczucia były widoczne jak na dłoni. Przyznam się, że przed oświadczynami miałem większą tremę niż przed ślubem. Człowiek się wstydzi wejść z kwiatami, prosić o rękę. Ale nie miałem cienia wątpliwości, inaczej nic by z tego nie wyszło.

Agata okazała się doskonałą partnerką dla muzyka. Choć nie gra na żadnym instrumencie i nie śpiewa, ma słuch muzyczny. Potrafi powtórzyć najbardziej skomplikowane kontrapunkty moich utworów, czyli nie tylko melodię, ale też różne smaczki z partytury. Szkoda tylko, że nut nie potrafi pisać, pewnie bardzo by mi to pomogło.

Niczego się nie obawiam

Na początku naszego związku zaprosiłem ją na swój występ i zaskoczyła mnie jej reakcja. W pewnym momencie miała łzy w oczach. Wiem, że były szczere. Zagrałem tyle koncertów, że potrafię rozpoznać, czy słuchacz wzrusza się naprawdę, czy chce tylko sprawić takie wrażenie. Moja żona ma też inną znakomitą cechę: w stu procentach wspiera mnie w pracy. To w Polsce rzadko spotykane. Inaczej jest w Ameryce. Tam, jeśli mąż robi karierę, żona stoi za nim murem jak najlepszy menedżer.

Agata dba, żebym miał doskonałe warunki do komponowania. Mobilizuje mnie do skupienia, zagania do instrumentu. Często jeździ ze mną na koncerty i załatwia mnóstwo męczących spraw. Mimo młodego wieku ma intuicję. Wielokrotnie przestrzegała mnie przed ludźmi, którzy mieli nieuczciwe zamiary. Rozmawiamy o wszystkim i nie wstydzę się przyznać, że słucham jej rad. Jest bardziej krytyczna ode mnie, a wrażliwość pozwala jej wychwycić niuanse, których ja nie dostrzegam. W ciągu kilku lat przeszła niezłą szkołę, bo początek naszej znajomości zbiegł się z ogromnym zainteresowaniem mediów.

Wtedy przekonała się, że w Polsce sporo ludzi zionie nienawiścią do każdego, kto osiągnął jakikolwiek sukces. To przy jej idealizmie i dobroci było na pewno ciężkim doświadczeniem.

Przy Agacie osiągnąłem spokój, rzuciłem palenie. Życie czasem dawało mi w kość, ale teraz, gdy jesteśmy razem, już niczego się nie obawiam.

Tekst pochodzi z magazynu

PANI
Dowiedz się więcej na temat: świat | uczucie | muzyka | Warszawa | miłość

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy