Paulina Mikuła: Języka można się uczyć, pękając ze śmiechu

Młoda, zdolna, przebojowa, te trzy przymiotniki idealnie opisują moją rozmówczynię. O swojej fascynacji językiem polskim i o tym dlaczego nie chciałaby zostać Miodkiem w spódnicy, opowiada Paulina Mikuła, autorka vloga "Mówiąc Inaczej" oraz książki o tym samym tytule.

Dominika Dziubińska: Wydaje się, że największe kłopoty od zawsze sprawia wszystkim ortografia, ale gdy posłuchamy dziennikarzy, polityków czy ludzi na ulicach, okazuje się, że z językiem mówionym Polacy mają chyba więcej problemów.

Reklama

Paulina Mikuła: - Chyba tak, ale to może wynikać z faktu, że jednak częściej mówimy niż piszemy. Chociaż paradoksalnie obecnie panuje kultura języka pisanego, to jednak moim zdaniem w mowie błędy słyszymy częściej niż widzimy je w piśmie. Pamiętajmy, że programy, których używamy, pisząc na komputerach i smartfonach, mają wbudowane słowniki, które od razu podpowiadają poprawną formę i również z tego powodu popełniamy mniej błędów. Kiedy mówimy, jesteśmy zdani tylko na swój mózg.

- Polacy bardzo często popełniają błędy w dacie. Cały czas żyją w roku "dwutysięcznym szesnastym", a nie "dwa tysiące szesnastym" i mówią, że dziś jest "26 maj", a nie "26 maja". Mamy również problem z "włączaniem" - częściej po prostu "włanczamy", część osób mówi "wziąść" zamiast "wziąć". To są błędy, które dręczą nas od lat.

- Od kiedy zaczęłam nagrywać swój program, wiem również  o problemie mylenia "bynajmniej" z "przynajmniej". Wczoraj nawet jechałam z taksówkarzem, który użył "bynajmniej" w znaczeniu "przynajmniej" i już miałam na końcu języka, żeby o tym wspomnieć, ale na szczęście się powstrzymałam!

No właśnie, a jak to jest z tym poprawianiem? Wytykać komuś błędy czy nie? 

- Wytykanie komuś błędów jest dość nieeleganckie, ale jeśli już musimy, trzeba to zrobić bardzo delikatnie. Profesor Markowski na wykładach sugerował, aby w takiej sytuacji w swojej wypowiedzi użyć błędnie wykorzystanego słowa w poprawnej formie i to będzie sugestia dla rozmówcy, że powiedział coś nie tak.

- Czasami w rozmowie, której towarzyszą emocje, ludzie mogą nie dostrzec zawoalowanej sugestii. W takiej sytuacji, to my musimy zdecydować czy jesteśmy na tyle odważni, żeby jednak powiedzieć wprost, że coś w wypowiedzi naszego rozmówcy było nie tak, czy jednak milczymy. Ja częściej milczę, ale za to mnie ludzie wypominają wszystkie błędy.

Ostatnio plagą języka polskiego jest tzw. "korporacyjna nowomowa". Jej wykorzystanie generuje więcej błędów w mowie potocznej?

- Z tą nowomową jest różnie, bo nie da się ukryć, że jest nam potrzebna. Pomaga w odnalezieniu się i sprawnym funkcjonowaniu w nowoczesnym świecie, w którym wszyscy się spieszymy i trzeba szybko przekazywać komunikaty. Skrótowce pochodzenia angielskiego są pomocne i rezygnacja z nich byłaby niemądra. Anglicyzmy bardzo często nazywają nam nowe rzeczy, które w języku polskim do tej pory nie istniały.  Np. słówko "deadline" - nie da się zaprzeczyć, że w angielskiej formie jest zdecydowanie bardziej funkcjonalne niż jego polski odpowiednik (końcowy, ostateczny termin). Zmiany w języku to także wynik globalizacji. Korporacje są międzynarodowe i łatwiej jest delegacji z zagranicy przedstawić grupę managerów niż kierowników bądź zarządców.

- Oczywiście trzeba zachować umiar i nie przenosić bezsensownie konstrukcji z innych języków. Czasami polskie w zupełności wystarczają.

W pierwszy odcinku swojego programu na YouTubie mówiłaś, że poprawiłaś już całą rodzinę i wszystkich znajomych. Obrażali się na ciebie? 

- To nieprawda, że ich wszystkich poprawiałam. Gdybym mogła nagrać ten pierwszy odcinek jeszcze raz, na pewno zrobiłabym to zupełnie inaczej. Trochę tam przesadzałam, bo nie miałam scenariusza, tylko wypisałam zagadnienia, które chciałam poruszyć. Natomiast to, co się nagrało, to zlepki scenek, swobodnych wypowiedzi, które akurat przychodziły mi do głowy. Śmiałam się wtedy sama z siebie. Znajomi później to zmontowali i powiedzieli, że trzeba puścić w takiej formie, jak nagraliśmy, bo tak jest śmiesznie.

- Rzeczywistość jest taka, że nigdy nie poprawiałam swoich najbliższych, raczej opowiadałam, o tym wszystkim, czego nauczyłam się na zajęciach. Wydaje mi się, że zanudzałam ich tymi wszystkimi informacjami. Dzielnie mnie słuchali, ale co zostało im w głowie, tego nie wiem. Pamiętałam też o czym mówił profesor, żeby jednak wprost nie poprawiać. Do tej pory odpuszczam mojej mamie, która ma skłonności do konstrukcji "w każdym bądź razie". Nigdy nie mówię jej, że to "bądź" jest zbędne i wystarczy, jeśli powie "w każdym razie".

Rozmawiamy w Krakowie, a w Krakowie jak wiadomo wychodzi się "na pole". Jak to jest w szerszej perspektywie: Kiedy się  wyjedzie z Krakowa , to trzeba czy nie trzeba mówić inaczej?

- Nakazu nie ma, ale byłoby dobrze, gdybyśmy rezygnowali z tych stricte regionalnych form, kiedy wyjeżdżamy poza region, ponieważ będziemy tam rozmawiać z osobami, które tych form nie znają. Używanie ich wiąże się z ryzykiem nieporozumienia albo innymi stresującymi sytuacjami. Nie ma zatem nakazu nieposługiwania się regionalizmami poza regionem, z którego pochodzimy, ale musimy mieć świadomość, z czym to się wiąże.

Możemy powiedzieć, że używanie ich to błąd językowy?

- Nie, regionalizmy nie są błędami. Tylko kiedy chcemy się nimi posługiwać, obie strony muszą wiedzieć, z czym mają do czynienia. Rozmówca stosujący regionalizmy musi wiedzieć, że inni mogą go zaatakować, że mówi niepoprawnie, natomiast osoby, które wiedzą, że rozmawiają z kimś z innego regionu, nie powinny ich atakować, lecz powinny dopytać, co dane słowo znaczy i dlaczego ktoś tak mówi. Polacy mają niestety tendencję do atakowania, a to od razu stawia rozmówcę w pozycji kogoś gorszego. Wydaje mi się, że jest to największe zło.

Z jednej strony mamy regionalizmy, z drugiej zaś puryzm językowy. Powinniśmy do niego dążyć? 

- Radziłabym raczej odnalezienie złotego środka. Puryzm to postawa skrajna, to przesadna dbałość o poprawność, więc nikomu bym tego nie zalecała. Mam wrażenie, że moja postawa względem języka i zasad językowych jest liberalna. Potrafię zaakceptować różne zmiany w języku. Często mówię o tym filmach, napisałam też o tym w książce.

W języku też od czasu do czasu pojawiają się trendy  tzw. moda na słowa. Ostatnio słyszymy powtarzane nagminnie: jakby, niby, absolutnie czy generalnie. Skąd ona się bierze?

- Jeśli chodzi o ciągłe wciskanie w swoje wypowiedzi tych samych słów, mam wrażenie, że wynika to z poczucia konieczności ciągłego mówienia. Boimy się, że kiedy zrobimy pauzę, zapadnie cisza, to po pierwsze znudzimy rozmówcę, a po drugie on poczuje, że teraz jego kolej, by zacząć i w ten sposób zabierze nam głos. Dlaczego te słowa, a nie inne zdobywają taką popularność? Nie wiem, to chyba zależy od ludzi, którzy upodobają sobie dane słowo.

Niektórzy twierdzą, że poprawne mówienie w języku polskim już nie jest tak bardzo potrzebne, bo przecież po angielsku wszystko da się powiedzieć i załatwić.  Dlaczego warto mówić ładnie po polsku? 

- Całe szczęście, że nigdy nie spotkałam się z taką postawą, że wszystko można przekazać językiem angielskim. W żadnym wypadku nie jestem w stanie się z tym zgodzić. Tę kwestię bardzo obrazowo przedstawił profesor Bralczyk podczas konferencji Blog Forum Gdańsk. Powiedział, że między językiem angielskim a polskim różnica jest już na etapie "lubienia". Kiedy osobie posługującej się na co dzień językiem angielskim coś się spodoba, to od razu powie "I like it". Kiedy my zobaczymy coś po raz pierwszy, powiemy "podoba mi się". Dopiero za trzecim czy czwartym razem stwierdzamy: lubię tę piosenkę albo film. Polacy są bardziej powściągliwi w okazywaniu uczuć, ale też możemy swoje emocje stopniować na etapie ich opisu. Dlatego właśnie języka polskiego z językiem angielskim nie jesteśmy w stanie porównać. Angielski jest konkretny, dlatego doskonale sprawdza się w przypadku  nowoczesnych technologii, polski jest zaś opisowy i świetnie nadaje się do wyrażania emocji.

W jednym z rozdziałów swojej książki postanowiłaś rozprawić się z interpunkcją, z którą wiele osób ma problemy. Zdradzisz jakiś magiczny sposób na zapamiętanie tych wszystkich zasad? 

- Byłoby cudownie, gdyby taki istniał, ale myślę, że najważniejsze jest to, aby znaleźć dobre źródło, które nam o tych wszystkich zasadach opowie. Niestety, wydaje mi się, że w szkołach niewiele czasu poświęca się zasadom interpunkcji. Uczymy się ich przy okazji pisania wypracowań i prac domowych. Oczywiście nie opisałam w książce wszystkich zasad interpunkcyjnych, ponieważ jest ich za dużo i pewne jest to, że moja wiedza nie jest absolutna. Ostatnio nawet dowiedziałam się o pewnej rzeczy, o której wcześniej nie miałam pojęcia. Bardzo trudne jest opanowanie interpunkcji w stopniu perfekcyjnym. Niby wydaje się, że nie jest zbyt skomplikowana, ale tak naprawdę reguł jest mnóstwo i czasami o którejś możemy zapomnieć albo w ogóle nie usłyszeć. Uniwersalnych wskazówek nie udzielę, a jedyna, którą znam, zabrzmi banalnie: czytać, czytać i jeszcze raz czytać.

Zdarza się, że chcąc sprawdzić poprawność danego słowa sięgamy do różnych źródeł, które podają nam... sprzeczne informacje. Czy jest jakaś ostateczna instancja, której możemy być pewni? 

- Najlepiej jest korzystać z najnowszych słowników, ponieważ one mają najświeższe informacje. Nie da się ukryć, że język cały czas się zmienia i ten najnowszy słownik za chwilę znowu staje się nieaktualny, więc zachęcam do zadawania pytań poprzez Poradnię językową PWN. Przypuszczam, że jest ona zalewana wiadomościami, dlatego na odpowiedź trzeba trochę poczekać, ale jednak odpowiedzi udzielają tam osoby, które na co dzień badają i analizują język i mają największą wiedzę z zakresu językoznawstwa.

W twojej książce spodobało mi się stwierdzenie, że "Dama też może przeklinać". Jak przeklinać, żeby wyrazić nagromadzone emocje, a jednocześnie nie przesadzić? 

- Przede wszystkim przeklinanie i używanie wulgaryzmów trzeba przeanalizować na dwa sposoby. Z punktu widzenia językowego, to oczywiście zawsze będzie zagrożenie dla kultury języka polskiego, ale znowu tylko wtedy jeżeli używamy tych wulgaryzmów w formie przecinków albo zastępujemy nimi dowolne części mowy. To oczywiście nie świadczy o nas, jako użytkownikach języka polskiego, najlepiej. Natomiast jeżeli przyjrzymy się wulgaryzmom z poziomu pozajęzykowego, czyli wtedy kiedy są one pomocą w wyrażaniu uczuć albo kiedy musimy się wyzbyć nadmiaru emocji, to jasne jest, że nie należy za to ludzi karcić. Nie traktowałabym wulgaryzmów zero-jedynkowo, po prostu trzeba umieć ich używać. W książce zacytowałam Beatę Tyszkiewicz, która twierdzi, że prawdziwa dama potrafi użyć wulgaryzmu tak, żeby on nikogo nie obraził.

Masz jakieś ulubione słowo w języku polskim? 

- Mam więcej takich, których nie lubię np. flaki, śledziona, wątroba. Ulubionego słowa nie mam. Być może dlatego, że lubię dużo mówić. 

Dostrzegasz jakieś braki w języku polskim?

- Tak, uważam że jest to słownictwo dotyczące seksu. Jeśli chodzi o język dotyczący kwestii intymnych, to mamy dwa wyjścia - idziemy w wulgarność albo w medycynę. Kiedy jesteśmy w sytuacji nieoficjalnej i chcemy neutralnie opisać swoje przemyślenia dotyczące seksu, to brakuje nam określeń, bo zwyczajnie ich nie ma. Jesteśmy zdani na język, który okazuje się być niewystarczający.

Masz ponad 200 tysięcy subskrybentów na YouTubie, prawie 68 tysięcy polubień na Facebooku. Chciałabyś, żeby ta internetowa przygoda przerodziła się w telewizyjną? Mogłabyś zostać Miodkiem w spódnicy... 

- Chyba nie. Jeśli mówimy o mojej językowej działalności, to chciałabym ograniczyć się do Internetu. Wydaje mi się, że prowadzenie programu językowego w telewizji to byłaby dla widzów sugestia, że naprawdę porównuje się do wybitnych językoznawców, a mnie to nigdy nawet przez myśl nie przeszło. Gdybym miała rozpocząć przygodę telewizyjną, to na pewno nie zajęłabym się językiem, nie jestem na tyle odważna.

Prowadzenie vloga i nagrywanie kolejnych odcinków programu pochłania pewnie bardzo dużo czasu. Bycie vlogerką to teraz twoja praca na pełny etat?

- Tak, od prawie roku zajmuje się tylko YouTube’em i książką. Teraz zdecydowanie lepiej mi się nagrywa, bo kiedy łączyłam kanał z pracą zawodową, czułam że nie daję z siebie wszystkiego w obu sferach. Kiedy doszła jeszcze książka, stwierdziłam, że nie dam rady i muszę z czegoś zrezygnować. Padło na pracę, chociaż muszę przyznać, że było to dużo ryzyko. Na tę chwilę wydaje mi się, że podjęłam dobrą decyzję. Dzięki temu, że książkę już napisałam, mogę więcej czasu i energii poświęcić kanałowi. I to jest super, bo ludzie dostrzegają moje zaangażowanie.

Jesteś młodą, atrakcyjną kobietą, to może pomagać, ale czasami rodzi również problemy. Ludzie często traktują cię protekcjonalnie?  

- Mam wrażenie, że kiedy mężczyzna bierze się za doradzanie, udzielanie wskazówek, to jednak większość odbiera go pozytywnie, uważa że jest to osoba wiarygodna i warto jej słuchać. Kiedy zaś kobieta zajmuje się tym samym, to już nie cieszy się taką wiarygodnością. Doszłam do wniosku, że trudno będzie ten stan rzeczy zmienić, więc postanowiłam się przyzwyczaić.

Od prowadzenia vloga do napisania książki jeszcze długa droga. Jak to się stało, że w ogóle się zdecydowałaś?  

- Rzeczywiście minęło trochę czasu, bo dwa lata od rozpoczęcia nagrywania do podjęcia decyzji o napisaniu książki. Sama pewnie nigdy bym o tym nie pomyślała. To wydawnictwo zgłosiło się do mnie z propozycją. Wydawca był tak pewny, że książka będzie dobra i że ludzie będą chcieli ją przeczytać, że mu uwierzyłam! Jeszcze dzień przed finalną decyzją miałam poważne wątpliwości. Ostatecznie dałam się przekonać. Pisałam tę książkę głównie z myślą o widzach. Chciałam, aby utrwalili wiedzę, którą przekazałam im filmach, ale też pragnęłam pokazać się z trochę innej strony. Podzieliłam się z nimi nawet intymnymi sferami życia, żeby trochę się do nich zbliżyć. Chciałabym również pokazać wszystkim, że o języku można mówić w prosty i ciekawy sposób i że to nie są tylko skostniałe definicje. Języka można się uczyć, pękając ze śmiechu.

W twojej książce znalazło się także miejsce dla rozdziału o neologizmach i zapożyczeniach. Myślisz, że słowa tj. "selfie" czy "followersi" na stałe wejdą do języka polskiego czy z biegiem czasu o nich zapomnimy?

- To jest pytanie do językoznawców, ale nowy słownik ortograficzny PWN-u pokazuje, że zaczynają akceptować tego typu słowa, bo widzą, że jest to część otaczającej nas rzeczywistości, która prawdopodobnie szybko nie przeminie. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że nie po raz pierwszy w historii mamy do czynienia z takim zjawiskiem. Już wcześniej przejęliśmy przecież z niemieckiego nazwy związane z handlem i budownictwem. Teraz to samo dzieje się z językiem angielskim, który przychodzi nam z pomocą i nazywa te wszystkie: selfiaki, hejty, lajki i influencerów. Nie sądzę, że język angielski zaleje polszczyznę albo ją zniszczy. Mam wrażenie, że te dwa języki będą współistniały. Zagrożenie pojawi się wtedy, kiedy - jak powiedział prof. Andrzej Pisowicz, co możemy przeczytać w książce "Na końcu języka" - polska wieś zacznie używać angielskich słów, bo tak będzie jej wygodniej. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, więc jestem o nasz język spokojna.

Skąd się biorą w twojej głowie pomysły na kolejne odcinki vloga?

- Z życia, z wiadomości od widzów, rozmów ze znajomymi i rodziną. W Gdańsku podczas spotkania autorskiego podeszła do mnie przemiła pani, która poprosiła mnie, bym nagrała odcinek o imionach. Doskonale wiem że to trudne zagadnienie, ponieważ podpisując książki, drżałam z obawy, że popełnię błąd.

Zdradzisz plany na kolejne? 

- Przyjrzę się na pewno tym imionom, ale również nazwom geograficznym, ponieważ to też jest trudne zagadnienie, to są moje zadania na najbliższą przyszłość.

Pomiędzy tobą, a twoim internetowymi fanami zawiązują się przyjaźnie? To jest w ogóle możliwe w wirtualnym świecie? 

- Tak, mam stałych komentatorów i osoby, które piszą na Facebooku. Myślę, że to są tacy moi internetowi znajomi, z którymi czasami poruszamy na tematy językowe, innym razem bardziej ogólne. Wydaje mi się, że to właśnie odróżnia osoby działające w Internecie od tych pracujących w mediach tradycyjnych. Ci z telewizji stoją jednak trochę ponad swoimi fanami. Do mnie internauci regularnie piszą, sugerują tematy odcinków, informują mnie o błędach, a ja to wszystko czytam i w miarę możliwości czasowych odpisuję. Relacje między nami są zdecydowanie bliższe i mniej formalne.

- Czasami ludzie na ulicy się do mnie uśmiechają, a kiedy rozmawiamy, mówią do mnie jak do starej znajomej. Widzowie traktują mnie jak normalną dziewczynę, której przybiliby piątkę.

A co z hejterami, oni są dla ciebie problemem?

- Oczywiście, że są problemem, bo hejt jest po prostu przykry. To ciemna strona przygody z YouTube’em. Natomiast nie uważam też, żeby akcje "antyhejterskie" były pomocne. Wręcz przeciwnie, moim zdaniem sprzyjają tylko powstawaniu tego zjawiska. Hejterzy cieszą się, że ktoś ich zauważa i wszyscy o nich mówią, wierzą, że ich działanie ma sens. Jedyną rzeczą, którą zrobiłam był "SzpaRAP", czyli piosenka, którą nagrałam z innymi YouTuberkami o hejterach. Nie przeciwko nim, ale raczej dla nich. Razem z dziewczynami chciałyśmy tę całą złość, którą hejterzy z siebie wylewają, wykorzystać w dobry sposób i to nam się udało!

Sprawdź, jak dobrze znasz język polski!

Myślisz, że o języku wiesz już wszystko? Mamy dla ciebie test pełen podchwytliwych pytań. Rozwiąż go i sprawdź czy w posługiwaniu się językiem polskim osiągnęłaś/-nąłeś już mistrzostwo.



Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje