Reklama

Reklama

Piotr Kraśko: cieszymy się, kiedy rodzina się powiększa

Z ferii zimowych, które spędził we włoskich Alpach, Piotr Kraśko wrócił pełen energii. Ale niewiele brakowało, by jego plany urlopowe pokrzyżował koronawirus. Redakcję "Dzień dobry TVN" zastał w ferworze zmian - do grona prowadzących dołączyli bowiem Paulina Krupińska i Damian Michałowski. Powitał ich z radością.

Andrzej Grabarczuk: - Z jakimi emocjami przyjął pan informację o nowych kolegach w zespole "Dzień Dobry TVN"?

Piotr Kraśko: - Z radością. Przecież zawsze się cieszymy, kiedy rodzina się powiększa. Przyjście każdego kolejnego dziecka na świat sprawia, że rodzina ma w sobie jeszcze więcej ciekawości i radości. I dokładnie tak samo jest w "Dzień dobry TVN". Co więcej, Paulina Krupińska i Damian Michałowski to są nasi dobrzy znajomi. Mam nadzieję, że są bliscy także naszym widzom.

Paulina i Damian to zaskakujące połączenie. Nigdy wcześniej nie występowali razem na wizji.

Reklama

- To jest wielki talent naszego dyrektora, Edwarda Miszczaka, który potrafi czasem wpaść na dość zaskakujący w pierwszej chwili pomysł, czy jeśli chodzi o wybór prowadzącego, czy jeśli chodzi o nieoczywiste połączenia w pary. Nie wiem, na ile to wynika z intuicji, na ile z lat doświadczenia, ale efekty są doskonałe.

Czy udzielał już pan jakiś rad Paulinie i Damianowi? Czy pomaga im pan wdrożyć się w nowe obowiązki?

- Nie wiem, czy potrzebują naszych rad. Oczywiście każdy program jest nowym wyzwaniem, ale oboje mają przecież ogromne doświadczenie w przeróżnych formatach. Wnoszą do programu swoje historie, swoją wrażliwość, wiedzę i poczucie humoru i to jest ich wielki kapitał. Jeśli potrzebowaliby jakiegokolwiek wsparcia, wiedzą, że mogą liczyć nie tylko na innych prowadzących, ale cały, ogromny, bardzo utalentowany zespół.

A czy pamięta pan okoliczności swojego debiutu w "Dzień dobry TVN"?

- To też do ostatniej chwili utrzymywano w tajemnicy. Nie robiliśmy wcześniej w studiu żadnych prób. Wiele osób z redakcji "Dzień Dobry TVN" dowiedziało się o tym, że będę prowadzącym, dopiero kiedy jechaliśmy razem na 9 piętro do studia na rogu Marszałkowskiej i Hożej, godzinę przed startem programu.

Domyślam się, że praca w duecie w programie na żywo wiąże się z tym, że prowadzących łączy wyjątkowa relacja i porozumiewają się ze sobą niemal bez słów.

- Oczywiście. I wbrew pozorom praca w parze jest jedną z trudniejszych rzeczy w telewizji. I nie ma tu oczywistych reguł. Może być tak, że ludzie, którzy świetnie się dogadują prywatnie, na antenie w ogóle do siebie nie pasują, nie ma między nimi chemii. Ale może być odwrotnie. Są takie słynne pary w amerykańskich programach porannych, które nie przepadają za sobą, a tworzą genialne duety na ekranie. A poza pracą nie rozmawiają ze sobą w ogóle.

A na czym polega sekret pana duetu z Kingą Rusin?

- To chyba rzeczywiście dość wyjątkowa sytuacja, że pracują ze sobą ludzie, którzy znają się od niemal 40 lat. Znaliśmy się wiele lat, zanim zaczęliśmy razem pracować, potem rozeszły się nasze drogi zawodowe, ale te prywatne nie. A potem znowu spotkaliśmy się w "DDTVN". To tworzy bardzo wyjątkową relacje.

Czy praca przy audycji śniadaniowej to sielanka w porównaniu do prowadzenia programu informacyjnego? Czy do studia "Dzień Dobry TVN" wchodzi pan niemal z marszu?

- Nie wiem, czy nie jest odwrotnie. W programie informacyjnym o wiele częściej się zdarza, że prowadzący niemal "z marszu" musi komentować wydarzenia, które właśnie się rozgrywają na naszych oczach. Oczywiście, każdy z nas ma jakąś specjalizację, ktoś lepiej zna się na giełdzie, medycynie, sprawach społecznych, ktoś jest reporterem sejmowym, wojennym, a ktoś podróżował po świecie.

- Mówimy zazwyczaj o wielu latach zbierania doświadczeń, by móc jakkolwiek odnieść się do tego, co nagle wydarzyło się w Berlinie, Waszyngtonie czy Warszawie. Ale różnorodność tematów poruszanych w programach porannych jest z niczym nieporównywalna i za każdym niemal razem dowiaduje się o ludziach, sprawach, tematach, które są dla mnie absolutną nowością. To czyni też tę prace tak fascynującą.

Podczas konferencji ramówkowej TVN, którą pan współprowadził z Magdą Mołek, zarażał pan innych swoją energią. Proszę powiedzieć, gdzie ładował pan swoje baterie podczas ferii zimowych?

- Wraz z rodziną byłem we włoskim kurorcie Madonna Di Campiglio. Zdążyliśmy wrócić do Polski, zanim Włochy stały się miejscem, o którym z powodu koronawirusa mówi cały świat. Choć nie byliśmy w regionach, gdzie jest teraz najwięcej zachorowań. Pamiętam, że już gdy lądowaliśmy we Włoszech, wszystkim przyjezdnym badano tam temperaturę.

A jak zapatruje się pan na zimowy wypoczynek w Polsce?

- To ciekawy zbieg okoliczności, ale na narty za granicę wybraliśmy się chyba po raz pierwszy od 20 lat. Tak, Alpy i Dolomity są piękne, ale dla mnie święta góra to Kasprowy Wierch. Tatry, obok Mazur, są moim miejscem na Ziemi. A tłumy są tam, gdzie ktoś ich będzie szukał. Na Szymoszkowej i w Białce będzie niemal zawsze dużo ludzi, ale bilet na kolejkę na Kasprowy można kupić przez internet dzień wcześniej i nie czekać w ogóle. A wielkich kolejek do wyciągów na górze już nie ma. Za to zjazd Goryczkową w dół zawsze genialny! Nawet w szczycie sezonu są takie miejsca, gdzie będzie niemal pusto. Choć akurat uwielbiam w Zakopanem to, że zawsze spotkam tam też masę znajomych.

PAP life
Dowiedz się więcej na temat: Piotr Kraśko | Kinga Rusin

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje