Reklama

Reklama

Polityka weszła mi do ogródka

Partia Kobiet to nic nadzwyczajnego, żaden bunt. My, kobiety jesteśmy większością w społeczeństwie i mimo że płacimy podatki, nasze oczekiwania nie są spełniane - mówi Manuela Gretkowska, pisarka, założycielka Partii Kobiet.

Małgorzata Sucharska: Mamy dwie ważne okazje do rozmowy - pierwsza to partia polityczna, której założenie niedawno Pani ogłosiła, a druga to wydanie przez Świat Książki Pani nowej powieści "Kobieta i mężczyźni". Zacznijmy od polityki - jak zdefiniowałaby Pani samo pojęcie?

Manuela Gretkowska: O ile się nie mylę polityka dotyczy w Polsce demokracji, a demokracja to udział wszystkich w decydowaniu o sobie.

Kiedy postanowiła Pani się zająć polityką? Do tej pory, stała Pani trochę z boku...

No nie, nie bardzo... 20 lat temu wylądowałam na emigracji politycznej we Francji. Po '89 uważałam, że Polska jest krajem wolnym, demokratycznym. Dlatego można zająć się sobą, a polityką niech się zajmują inni. Ci, którzy mają taką potrzebę, uważają ją za hobby czy zawód. Zwykły człowiek niech raczej uprawia swój ogródek. I taki zresztą sobie kupiłam, nawet z drewnianym płotkiem... Ale polityka weszła mi przez ten płotek dosyć brutalnie. Przez radio, telewizję, przez dziwne pomysły - jak mamy się rozmnażać, jak wychowywać dzieci. Jak każdy normalny człowiek powiedziałam - nie, dziękuję, to moja prywatność.

Reklama

Partia Kobiet to bardziej chęć rządzenia się u siebie niż wielka polityka, możność decydowania o sobie. Jak każdy dorosły, dojrzały człowiek mam ochotę decydować sama lub pragnę by przynajmniej wysłuchano mojego głosu i się z nim liczono.

Zadziałał jakiś impuls czy był to proces?

Kilka, kilkanaście lat życia w Polsce to ciągły proces, wszystkich przeciw wszystkim. I zapomina się przy tym o normalności, o tym, że połowa obywateli płacąca podatki - czyli kobiety są pozbawiane równych z mężczyznami szans, podstawowej godności i warunków jakie mają inne Europejki, nawet w postkomunistycznych krajach.

Czy powieść też traktuje Pani jako formę manifestu?

Każda sztuka jest formą manifestu, chociażby osobowości autora. Ale "Kobietę i mężczyzn" napisałam na pół roku przed moim tekstem w Przekroju. To egzystencjalna proza, a nie partyjna propaganda, to życiowy krzyk rozpaczy: co my ze sobą robimy w miłości? Dlaczego kieruje nami lęk, dlaczego brakuje nam dojrzałej odpowiedzialności i odwagi w kreowaniu własnego szczęścia? Pisząc tę książkę, rok temu w ogóle nie myślałam o polityce, o zakładaniu partii, ale sądzę, że powieść i manifest są spójne, bo są częścią mnie, mojego sposobu myślenia o świecie.

W Pani powieści nie ma osób wygranych. Każdy z bohaterów dźwiga na sobie jakieś brzemię - z jednej strony klasyczny model katolickiej rodziny, który się rozpada, z drugiej - małżeństw otwarte, w którym każda ze stron może się rozwijać. Ale okazuje się, że ani jedna, ani druga droga nie jest tą właściwą. Czy jest jakaś furtka?

Bohaterowie tej książki nie są wygrani czy przegrani. Nie uważam, by w życiu ktokolwiek coś ugrywał. Życie nie ma morału, na końcu ma śmierć. Z jednej strony jest wolność - surfowania po internecie, a z drugiej jesteśmy pracą przybici do jednego miejsca, firmy jak niewolnicy. W świecie gdzie nie obowiązują dawne reguły, kurczowo trzymamy się tradycji będącej raczej pocieszeniem bezsilności niż odpowiedzią na podstawowe pytania. Dlatego gdy nadchodzą zmiany rozpadamy się, nasze związki, my sami.

Mężczyźni ograniczeni do swojego zawodu, firmy, utożsamiają się mocno z rolą zawodową, okrawając inne strony swojej osobowości. Co z tego, że są wybitnymi specjalistami, mają gruntowną wiedzę i doświadczenie, kiedy życiowo są jak niedorostki. Nie są wcale mądrzy, odpowiedzialni czy dojrzali, choć często udają silnych, niezależnych. W despotycznych zapędach czy autorytarnych pozach ukrywają własne zagubienie.

A prawda o człowieku i tak wyłazi w konfrontacji z meandrami życia. Wszystkie intymne porażki są dobitnym dowodem na to, jak niewiele wiemy o sobie, o swoich emocjach. Szczególnie mężczyźni, udają herosów często po prostu uciekają przed własną wrażliwością w pracoholizm, alkoholizm czy innego rodzaju destrukcje. Płacą za to olbrzymią cenę, a także ich żony i dzieci. Nic dziwnego, że w efekcie wszyscy czują się bezradni i osamotnieni, nie potrafią sobie ufać i pomagać.

Żadnego wzorca postępowania?

Nie jestem lekarzem dusz, tylko opisuję to, co widzę. Ale nie piszę powieści dydaktycznych! Dydaktyka jest fragmentem rzeczywistości. Kiedy rzucamy się na całość, czyli na życie w rodzinie, w jakimś kraju, z jego kontekstem religijnym i społecznym, to z dydaktyką już kiepsko. Trudno wskazywać na kogoś palcem, bo ten palec skierowany jest w nas samych. Nie jestem bez winy, nie będę nauczać.

Czyli takie tradycyjne, polskie rozumienie literatury jako sztuki, która winna być zaangażowana, ma zmieniać rzeczywistość, coś pokazywać, jest Pani obce?

Takie widzenie sztuki dotyczy szkolnych lektur rodem z XIX wieku! Literatura współczesna jest jedną z niewielu ostoi wolności, enklawą przełamywania tabu, możliwości pokazywania czegoś szybciej, ciekawiej, inaczej...

Dzisiaj dydaktyczną funkcję pełnią telenowele, tabloidy, reklamy. To one pokazują, jak powinna wyglądać rodzina, śniadanie, namiętność czy wychowanie psa. I to jest właśnie dydaktyka, chwilami nawet bardzo błyskotliwa. Ludzie do tego aspirują - do ładnie wyznaczonych granic, a nie do wolności i wymyślania własnych światów. A to robi sztuka, bo jest totalną wolnością wyobraźni. I nie ma co się oburzać na artystów, że przekraczają tabu. To są tylko granice wyobraźni, chociaż niektórzy próbują zrobić z nich zastępcze kozły ofiarne świata naprawdę, fizycznie depczącego moralność, wrażliwość, cudze życie. Oskarżać wizje artystyczne to tak jakby oskarżać sny.

Za takie podejście - mam wrażenie - była Pani "karana" przez krytykę literacką, której zapędy inkwizytorskie, tropienie - co tam znowu Gretkowska takiego wymyśliła, były na porządku dziennym. Czy ma Pani o to żal?

Na początku byłam zaszokowana, że można w tak reagować na coś co w Europie nie jest skandalem, ale normalnością - erotykę, intymny opis macierzyństwa. Po latach mogę być wdzięczna, bo dzięki temu jestem bardziej uodporniona. Krytyka nie robi już na mnie takiego wrażenia. Takie znieczulenie jest mi dzisiaj wręcz przydatne, jestem osobą, która wchodzi w życie polityczne, a to dziedzina, w której - szczególnie w Polsce - można się spodziewać różnych ostrych czy nieprzychylnych reakcji.

Jest Pani gotowa także na to, co już się zaczęło - ataki, traktowanie Pani w kategoriach skandalistki, która dzięki partii chce zaistnieć?

Istnieję już kilkanaście lat jako pisarka i nie potrzebuję do tego zakładać politycznej partii! Jeżeli natomiast patrzymy na cel, jaki ma ta partia osiągnąć, jest on dobry! Jakiekolwiek byłyby moje motywy; zamiar wylądowania na księżycu, chęć popisania się, czy cokolwiek innego, proszę tylko spojrzeć na cel. A jest nim poprawa warunków życia kobiet i zagwarantowanie im udziału w decydowaniu o sobie. Nawet jeśli by mnie w tym zabrakło, machina ruszyła i trudno będzie ją zatrzymać. Ja nie jestem ważna! A książki pisałam wiele lat temu i nadal będę pisać. To nie ma nic wspólnego z polityką.

Nie ma Pani poczucia, że to co się udało osiągnąć w ciągu ostatnich kilkunastu lat, jest zagrożone? Że ten spokój, o którym Pani mówiła, taki letarg, w który sporo myślących osób zapadło, okazuje się być groźny? Czy nie potrzebujemy kolejnej mobilizacji?

Demokracja zawsze jest zagrożona, bo jest tylko projektem, pewną procedurą. Dlatego myślę, że ten moment jest znakomity, by wziąć udział w demokracji, a więc w polityce. To już nie jest komunizm, za to nie grozi więzienie, kara, polityczna emigracja. Mamy prawo, a nawet pewnego rodzaju obowiązek wobec samych siebie we wszystkich dotyczących nas decyzjach uczestniczyć. Jeżeli nam się nie podoba, to, co się dzieje - możemy działać. Tworzyć stowarzyszenia, partie... I róbmy to!

Partia Kobiet to nic nadzwyczajnego, żaden bunt. My, kobiety jesteśmy większością w społeczeństwie i mimo, że płacimy podatki, nasze oczekiwania nie są spełniane. Mimo deklaracji równości, nie mamy równych szans.

W "Kobiecie i mężczyznach" jedna z bohaterek wybiera, z własnej woli, rolę żony i matki, w tym upatrując sensu życia. Ale nawet w ten jej azyl, własny ogródek, o którym mówiła Pani wcześniej, wkracza polityka. Nie da się ukryć?

Oczywiście można skryć przed światem, tylko jakim kosztem? Jak długo we własnym ogródku będę się chowała przed rzeczywistością jak kret, udając, że nie widzę niesprawiedliwości, korupcji, cwaniactwa. W takim życiu nie ma prawdy, piękna, harmonii. A dla mnie harmonia jest harmonią psychiczną, fizyczną i społeczną.

Nie żyję na wyspie! Jeśli będę miała taką potrzebę, znów wyemigruję do Szwecji. Ale skoro żyję w Polsce, uprawiam ziemię (dosłownie), chodzę po tych drogach i patrzę ludziom w oczy, jest mi wstyd, za cudze upokorzenie. Nie mam wtedy prawa być zadowolona. Dlatego chcę to zmienić. W Indiach nie miałabym takiej możliwości, a tutaj mogę! Tu są moi znajomi, przyjaciele, rodzina, mamy wspólny język, wspólną przeszłość i - mam nadzieję - wspólną przyszłość.

Rozmawiała: Małgorzata Sucharska

Świat Książki
Dowiedz się więcej na temat: pisarka | książki | podatki | polityka | Manuela Gretkowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy