Reklama

Reklama

Popiołek, nie aniołek

Mamę straszyła irokezem i omal nie otruła księdza! Agnieszka nie zapowiadała się na grzeczną dziewczynkę...

To było tuż po świętach. Do domu rodziny Popielewiczów zapukał ksiądz. Chodził właśnie po kolędzie. Babcia Agnieszki poczęstowała go herbatą, a jej czteroletnia wnuczka postawiła przed nim talerz własnoręcznie zrobionej sałatki. Przygotowywała ją cały poranek i była z niej bardzo zadowolona. A w sałatce skorupki jajek mieszały się z obierkami z ziemniaków i cebuli oraz kawałkami marchewki...

Gotowanie to jej pasja

"Babcia aż zbladła, ksiądz też wyglądał na nieźle przestraszonego" - wspomina ze śmiechem Agnieszka. "Udawał jednak że je, bo nie chciał zrobić mi przykrości. A ja pękałam z dumy" - dodaje. Ten drobny incydent absolutnie nie zniechęcił Agnieszki do gotowania, bo już od najmłodszych lat było to jej największą pasją! Co tam lalki i huśtawki - jej ulubionym miejscem zabaw była kuchnia mamy. Jak przystało na pomocnika, mała Agnieszka zaczytywała się w książkach kucharskich i bez przerwy wymyślała nowe przepisy.

Reklama

"Najfajniej było, kiedy wyjeżdżaliśmy na wakacje do Szczawnicy" - wspomina. "Tuż obok szopy na drewno miałam swój własny stolik, a na nim mnóstwo plastikowych pojemniczków. Gotowałam tam zupy z błota i piekłam torty ze słonecznika, a moim popisowym daniem były gołąbki z liści i jasnej papki imitującej ryż. Nieważne, czy prażyło słońce, czy lał deszcz - przy moim 'stole kucharskim' potrafiłam spędzić cały dzień" - śmieje się Agnieszka.

Śląsk nie jest szary

Dorastała w Katowicach i bardzo kocha to miasto. Nie lubi, gdy ktoś mówi, że jest szare, brudne. Dla niej Śląsk jest krainą dzieciństwa, pełną szczęścia i kolorów. "Istnieje stereotyp, że Ślązacy to mieszkające w familokach wielodzietne rodziny, które zamiast w słońce, wpatrują się w kłęby dymu. A to przecież nieprawda" - mówi. I opowiada o swoich ukochanych miejscach: ogrodach, ulicy Lompy, placu Sejmu Śląskiego. Najcieplej wspomina oczywiście ulicę Grabową, gdzie mieszkała. "To był mój cały świat, wielki świat" - mówi.

Pod blokiem Agnieszki była piaskownica, w której chętnie przesiadywała z koleżankami. Lubiła też zapraszać przyjaciół do siebie i urządzać "zabawę w dom". Tata Agnieszki, podobnie jak ojcowie jej koleżanek, pracował w kopalni. "Był sztygarem, zarządzał sporą grupą ludzi. Mama mi opowiadała, że wstawał na szychtę o czwartej rano" - mówi. Dziś jej tata nie pracuje już w kopalni, ale ojcowie koleżanek - owszem. "Ilekroć słyszę więc o wypadku na kopalni, natychmiast je obdzwaniam i sprawdzam, czy wszystko w porządku" - mówi.

Matka i córka

Tata Agnieszki był bardzo zapracowanym człowiekiem, dlatego dziewczynka większość czasu spędzała z mamą. Łączyła je bardzo silna więź. "Wszędzie razem, zawsze razem. Byłyśmy niemal nierozłączne" - przyznaje po latach.

W szkole Agnieszka uczyła się dobrze, ale nigdy nie należała do kujonów. "Prawda jest taka, że uczyłam się 'zrywami'" - przyznaje ze śmiechem. Gdy przychodziła klasówka, potrafiła spędzić nad książkami kilka godzin. Ale bywało i tak, że zapomniała zajrzeć do zeszytu przez kilka dni. Kiedyś w środku nocy przypomniało jej się, że następnego dnia musi pokazać w szkole wschodzącą fasolkę. Sęk w tym, że aby wykiełkowała, trzeba było ją zasadzić tydzień wcześniej!

"Moja mama dostawała białej gorączki, widząc jak o dwudziestej pierwszej zaczynam pakować tornister. Wtedy oczywiście okazywało się, że nie odrobiłam pracy domowej i zapomniałam uzupełnić zeszyt" - śmieje się. Mama próbowała wyrobić w córce nawyk odrabiania lekcji tuż po powrocie ze szkoły - niestety, bezskutecznie.

Popiołka

"W szkole w sytuacjach kryzysowych ratowało mnie moje gadulstwo" - przyznaje. Kiedyś na lekcji historii została niespodziewanie wyrwana do odpowiedzi. "Choć uwielbiałam historię, tego dnia się nie przygotowałam. Wysłuchując pytania, zerknęłam więc szybko do książki, a potem trzy przeczytane naprędce zdania opowiadałam przez pół lekcji. No i tak uratowałam skórę".

Ilekroć trzeba było coś załatwić z nauczycielem, wysyłano właśnie "Popiołkę". "Niektórzy do dziś tak mnie nazywają. Byłam też 'Popielą' i 'Popiołem', pamiętam, że wtedy bardzo tego nie lubiłam. Z drugiej strony, w mojej szkole podstawowej było bardzo dużo Agnieszek, więc jako Popiela przynajmniej się wyróżniałam" - śmieje się.

Wkrótce Popiela została przewodniczącą szkoły i członkiem parlamentu dzieci i młodzieży. "Było fajnie, no i wiązały się z tym pewne profity, np. często zwalniano mnie z lekcji" - wspomina. Agnieszka sporo się udzielała: a to trzeba było kupić nowe sztućce do stołówki, a to zorganizować radiowęzeł, a to otworzyć sklepik. "Zawsze było dużo do zrobienia i to dawało mi wielką frajdę. Po prostu lubiłam pomagać innym" - wspomina. "Ale aniołkiem nie byłam! Miałam swoje za uszami" - przyznaje ze śmiechem.

Pierwsza miłość

Jako nastolatka bardzo przeżywała pierwszy miłosny zawód. "Myślałam wtedy, że nastąpił koniec świata!" - wspomina. Bardzo denerwowała ją też nadopiekuńczość rodziców. "Moje koleżanki mogły być na imprezie do pierwszej w nocy, a ja miałam czas maksymalnie do dwudziestej trzeciej trzydzieści. Przyjeżdżał po mnie tata i nie było dyskusji - trzeba było wracać do domu".

Rodzice zawsze musieli wiedzieć, gdzie i z kim jest. "Ilekroć wychodziłam, musiałam zostawić kartkę z numerem telefonu koleżanki, z którą się umówiłam" - mówi. Oczywiście czasem próbowała zataić to i owo - bezskutecznie. "Do tej pory, choć jestem już dorosła, moja mama dokładnie wie, kiedy kręcę. Ona ma jakąś nieprawdopodobną intuicję" - śmieje się prezenterka.

Przyznaje, że jej mama jest też niebywale cierpliwa. "Kiedyś wybrałyśmy się razem na spacer. Kiedy mijałyśmy grupkę chłopców z irokezami na głowach, rzuciłam zaczepnie: 'A co byś powiedziała, gdybym miała takiego chłopaka?'. Mama ze stoickim spokojem odparła: 'Miłość nie wybiera'. No i jak miałam się buntować?" - śmieje się Agnieszka.

Krok do sukcesu

Więź między nimi jeszcze bardziej się zacieśniła, gdy wystartowały w konkursie dla matek i córek organizowanym przez firmę Oriflame. "Leżałam chora w łóżku i usłyszałam o nim w radiu. Kiedy mama wróciła z pracy, zaczęłam jej wiercić dziurę w brzuchu, żebyśmy wzięły w nim udział" - wspomina.

Początkowo pani Hanna dość sceptycznie podeszła do pomysłu, ale w końcu dała się namówić. "To była wspaniała przygoda! Świetnie się razem bawiłyśmy. Pamiętam, że zobaczyłam wtedy moją mamę w zupełnie innym świetle. Pomyślałam: 'Kurczę, to jest naprawdę fajna babka'" - mówi z dumą. Panie zajęły w konkursie "Matka i córka, naturalna więź" pierwsze miejsce.

Na widowni najgłośniej oklaskiwał je tata Agnieszki. "Mój tata jest bardzo oddany rodzinie, ale to człowiek raczej zamknięty w sobie. Nie lubi okazywać uczuć. Wtedy jednak widziałam, że był z nas bardzo dumny. Teraz, gdy jestem dorosła, często słyszę od znajomych, jak bardzo kocha mnie mój tata i jak jest we mnie wpatrzony" - mówi Agnieszka.

Dzięki wygranej w konkursie panie zwiedziły wiele pięknych miejsc i przeżyły mnóstwo przygód. "Myślę że ten konkurs w pewnym sensie zmienił moje życie, bo gdyby nie on, nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem teraz" - dodaje.

Tuż po wygranej Agnieszka i jej mama były gośćmi programu "Rozmowy w toku". Tam Agnieszka zrozumiała, co chce robić w życiu. "Obserwowałam pracę przy produkcji programu i byłam absolutnie oczarowana!" - wspomina. Nastolatka z największym podziwem patrzyła na gospodynię programu, Ewę Drzyzgę. "Też chciałam mieć pracę, w której bez przerwy coś się dzieje i można poznać tylu ludzi. Wtedy nawet nie marzyłam o prowadzeniu własnego programu. Jak widać marzenia się jednak spełniają, a moje spełniło się z nawiązką" - mówi.

Justyna Kasprzak

Nowy większy SHOW - elegancki magazyn o gwiazdach! Jeszcze więcej stron, więcej gwiazd i tematów! Więcej przeczytasz w najnowszym wydaniu magazynu, w sprzedaży od 1sierpnia!

Show

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Agnieszka Popielewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje