Reklama

Reklama

Radosław Majdan: Jestem przyzwyczajony do presji

Prawdziwą wartością w życiu jest szacunek ludzi. Nie na zasadzie, że ktoś powie ci: „Ale ty jesteś fajny gościu”, ale kiedy ludzie mówią nie w twojej obecności, że oprócz tego, że robisz to, co robisz, masz charakter. O sławie, pasji i prawdziwych mężczyznach rozmawiamy z Radosławem Majdanem, jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich bramkarzy, a od niedawna gitarzystą zespołu The Trash.

Joanna Jałowiec: Od kiedy jesteś rock’n’rollowcem?

Radosław Majdan: - Od zawsze, jeśli chodzi o mój sposób bycia, podejścia do niektórych spraw. I nawet nie myślę tu o samym zrozumieniu muzyki czy obracaniu się w tym świecie. Bardziej o mój charakter, duszę, serce (śmiech).

Czyli wolność i swoboda, ale też jasne zasady?

- Tak, jak najbardziej. Mówi się, że słowo rock’n’roll wiąże się z życiem bez ograniczeń, ale z drugiej strony, zawarta jest nim szczerość i prawda, pewna wrażliwość i pasja do tego, co się robi.

Reklama

Jak to się stało, że spotkałeś się z chłopakami i założyliście zespół The Trash?

- Znamy się prywatnie od wielu lat. Sebastiana Piekarka poznałem 10 lat temu, ostatnio grał razem z Dorotą (Dodą - przyp. red.). Piotrka poznałem na swoich urodzinach we Wrocławiu. Potem spotykaliśmy się w Warszawie i to właśnie on był motorem napędowym całego przedsięwzięcia. "Mam pomysł, jest kapela, którą chcemy stworzyć z grupą kumpli, zróbmy to" - powtarzał mi ciągle. Z resztą chłopaków znaliśmy się z imprez. Zespół The Trash istniał już wcześniej i został reaktywowany w nowym składzie, do którego zostałem zaproszony.

Dlaczego chcieli widzieć wśród siebie bramkarza?

- Przez to, że się lubimy. Że wiedziałem, kim są oni, a oni, kim ja jestem. Była i jest między nami pozytywna energia. Oprócz tego, że mamy band, fajnie się ze sobą czujemy. To ważne, bo wiadomo, że oprócz chwil przyjemności, jest też ciężka praca. Warto pracować z ludźmi, którzy z jednej strony rozumieją pojęcie zabawy, a z drugiej, kiedy trzeba coś zrobić, podchodzą do tego odpowiedzialnie.

- Jesteś jedynym debiutantem w tym towarzystwie... To prawda. Reszta chłopaków to doświadczeni muzycy, docenieni w Polsce, bo grali, komponowali i stworzyli wiele znanych kawałków, choć ludzie niekoniecznie mają świadomość, ile lubianych utworów to dzieło Sebastiana Piekarka czy Piotra Końcy. Radek jest jednym z najbardziej uzdolnionych perkusistów w kraju, a Marcin - jednym z najbardziej charyzmatycznych basistów. To wszystko tworzy z naszego bandu fajną historię.

Od kiedy grasz na gitarze?

- Pogrywałem sobie od czasu do czasu, ale nie chodziłem nigdy do szkoły muzycznej. Od najmłodszych lat byłem sportowcem. Oczywiście, ileś miesięcy przed stworzeniem zespołu, ostro ćwiczyłem. Codziennie, co najmniej dwie godziny, gram na gitarze. Piotr Końca i Sebastian Piekarek od ponad roku bardzo pomagają mi w nauce. Doganiam ich (śmiech). Zacząłem zdecydowanie później niż oni, ale jest fajnie. Mam świadomość, że znalazłem, i to w zupełnie naturalny sposób, swoją drugą pasję, zacięcie, prawdziwą pozytywną energię do tego, co dzisiaj robię. Jak wsiadałem do busa w drodze na pierwszy koncert, miałem wypieki na twarzy. Tyle, że tym razem nie jechałam super skoncentrowany i w dresie, tylko bardziej na luzie i w skórze (śmiech). Z piwkiem, czyli zupełnie inaczej, niż w mojej dotychczasowej karierze sportowca.

Czy można porównać piłkę nożną i granie w zespole rockowym?

- Jest kilka porównywalnych rzeczy. Pierwsza to taka, że działasz w grupie. Jest integracja, wspólnota działania - wszyscy zmierzamy w tym samym kierunku. A z drugiej strony jest interakcja z publicznością. Kiedy gra się mecz, ten kontakt nie jest tak bezpośredni, bo człowiek jest skoncentrowany na boisku i na grze. Na koncercie ta interakcja jest ważniejsza, bo od razu czujesz, czy się podoba, czy ludzie śpiewają twoje piosenki, jak się na ciebie patrzą. Kontakt na scenie jest intymny. W piłce - bardziej bezosobowy. Nawet, jeśli grałem przy 80. tysiącach ludzi na stadionie, to byłem tak bardzo skoncentrowany, że odbierałem widownię jako masę, tłum. Podobne są końcowe emocje: przyjemność, poczucie spełnienia, radość z tego, że dajemy pozytywną energię, która wraca do nas.

Wiele osób myśli, że zespół The Trash to fanaberia. Pograją trzy miesiące i koniec...

- Nie, to tak nie jest. Wkładamy w zespół dużo siły, energii, pracy i na pewno nie po to, żebyśmy sobie za trzy miesiące powiedzieli dosyć. Jesienią chcemy wydać płytę i wtedy będzie się działo!

Co się dzieje, kiedy wielka życiowa pasja - w twoim przypadku piłka nożna - w naturalny sposób kończy się. Szukałeś czegoś, co by cię nakręcało?

- Życie nie musi ograniczać się do jednego. Nie chcę nikomu umniejszać, ale są ludzie ograniczeni do bytności tylko w jednym świecie. Kiedy spotykają kogoś, kto ma wiele pasji, wydaje im się to nieprawdziwe i zaczynają podejrzewać sztuczność. Można im tylko współczuć, że nie mają rozwiniętych innych zainteresowań albo nie mają wyobraźni. Oczywiście, futbol był dla mnie pierwszą miłością i radością życia. Po skończeniu kariery zostałem trenerem bramkarzy, co bardzo mi odpowiadało. Jeździłem na treningi z uśmiechem na ustach. Byłem odpowiedzialny za młodych bramkarzy ekstraklasy, o których musiałem dbać.

Nie miałeś kryzysu - że kończy się kariera, że trzeba zejść z boiska?

- Jako bramkarz zawsze byłem przyzwyczajony do presji. Ona potrafi w pewnym momencie męczyć, i zdarza się, że bramkarze kończący karierę są totalnie wypaleni. Mają dosyć piłki nożnej. Ja zawsze uważałem, że trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść. Prezes uczciwie powiedział mi, że stawia na młodszych bramkarzy, a że jeszcze zaproponował pracę dyrektora sportowego, to uznałem to za dar losu. Przeszedłem bezboleśnie z jednego etapu do drugiego i bardzo się cieszę, że taka propozycja padła. Nie miałem nigdy momentu zmęczenia tym, co robię.

Bramkarz ma przechlapane?

- Ludzie chyba nie zdają sobie sprawy, jak ciężko być bramkarzem. Twój błąd może zaważyć o losach całego zespołu. Widziałem kiedyś bramkę, którą puścił reprezentant Rosji, przez co drużyna nie pojechała na mistrzostwa Europy. Kariery ludzkie się załamały, bo na mistrzostwach można się wypromować, zmienić klub, twoja rodzina może mieć lepszy standard życia. Błąd jednej osoby, w ostatniej minucie, sprawia, że życie kilku innych bardzo się zmienia. Z drugiej strony, bycie bramkarzem to przyjemność, której potem brakuje. Pracując z moimi chłopakami, denerwowałem się bardziej, niż kiedy sam grałem jako bramkarz. Widziałem, ile serca, trudu i potu wylewają na treningach, a z drugiej - wiedziałem, że nawet bramkarz w dobrej formie może popełnić błąd i puścić bramkę. Przeżywając to kiedyś, nie chciałem, żeby oni tego doświadczali. Potem przestałem być trenerem bramkarzy i zaczęło mi czegoś brakować. Oczywiście dalej pracuję w klubie, ale mam więcej czasu i takie obowiązki, które pozwalają mi na robienie tego, co robię dzisiaj.

Bramka życia?

- Chyba wtedy, kiedy graliśmy na Santiago Bernabeu z Realem. Graliśmy eliminacje do Ligi Mistrzów, jeszcze z Wisłą Kraków i jak sobie dziś oglądam te mecze, to był taki jeden strzał. Strzelał Ronaldo, ale nie Christiano, tylko Brazylijczyk (Luís Nazário de Lima - przyp. red.). Strzelił chyba z pięciu metrów, a ja rzucając się w bok, odbiłem piłkę nogą. Po meczu pytano Ronaldo o drużynę Wisły i powiedział, że gdyby nie bramkarz, to wynik meczu skończyłby się 10 albo 12 dla nich... a tak przegraliśmy tylko 3:1. Wtedy to był Galacticos Dream team. Grał tam Zinedine Zidane, Roberto Carlos, Raul, Casillas - wspaniali piłkarze i w takim gronie udało mi się zagrać jeden z najlepszych meczy w moim życiu.

Łatwo było zmienić profesję?

- Zacząłem się zastanawiać nad tym, co mi cały czas powtarzał Piotrek, kiedy jeszcze byłem trenerem bramkarzy. Powiedziałem: "dobra" i bardzo się z tego cieszę. To decyzja, której nie żałuję i niezależnie, jak to się kiedyś skończy, jest to dla mnie fajna przygoda i czas spełnienia. Wierzę, że będzie to trwało ileś lat. Nie zapowiada się na to, żebyśmy się pokłócili ani przez pieniądze, ani przez kobiety, ani przez inne sprawy (śmiech).

Mężczyźni pragną stale odnosić sukcesy, a wielu z nich zupełnie gubi się, kiedy coś idzie nie tak. Sportowcom jest łatwiej?

- Zdecydowanie. Sport ukształtował mnie jako człowieka. Przede wszystkim, nabrałem dużo pokory i dystansu do życia. Cokolwiek działo się w moim życiu, nie zachłystywałem się tym. Pamiętałem, że wszystko jest ulotne - gra w reprezentacji, Mistrzostwa Polski. Owszem, miło, kiedy twoja praca przynosi wymierne wyniki, ale nigdy nie powodowało to jakiegoś samozadowolenia. Kiedy koledzy z podwórka prosili mnie, żebym z nimi zagrał, to grałem z nimi mecze, będąc już wtedy 1 - ligowym bramkarzem Pogoni. Nigdy nie zapomniałem o prawdziwych friendach z podstawówki. Jeśli z tygodnia na tydzień zmienia się klimat w twoim życiu, raz jesteś "królem, mistrzem świata i Bogiem", a za tydzień ludzie cię nienawidzą, szybko nabiera się pokory. Pamiętam, że kiedyś po przegranej przez pięć godzin siedzieliśmy w szatni, bo kibice chcieli nas zlinczować. Za tydzień wygraliśmy i oczywiście wszystko było ok.

Czego nauczyłeś przez te lata?

- Takie doświadczenia pomagają później w życiu. Łatwiej zrozumieć, że w życiu nie jest tylko dobrze, że ludzie mają inne problemy. Z racji tego, że byłem sportowcem, odwiedzałem chore dzieci - one lubią się spotykać z piłkarzami. Zawsze po takich spotkaniach myślałem, że moje problemy zniżyły się właśnie do poziomu zera, bo prawdziwy problem można mieć, ale ze zdrowiem. Takie sytuacje dawały mi siłę do radzenia sobie z trudnościami. Ok, może i mam ciężkie sytuacje, ale tak naprawdę w kontekście problemów świata są znikome i powinienem przejść przez nie z podniesioną głową. Bramkarz, który wpuszcza bramkę, nie może się załamać, tak też ja starałem się przejść przez życie.

Jak radziłeś sobie z porażkami?

- Kiedy coś mi nie wychodziło - a każdy z nas popełnia błędy - przychodziła życiowa refleksja, żeby tych samych błędów nie popełniać. Co nie znaczy, że trzeba być jak zbity pies i zaszyć się na trzy miesiące w domu. Miałem ciężki okres w życiu, kiedy rozstawałem się z moją byłą żoną i kończyłem karierę. Przy czym, do zakończenia kariery się psychicznie przygotowywałem, do zakończenia małżeństwa nie. To wszystko zbiegło się w jednym czasie i wydaje mi się, że dzięki temu, że życie dało mi siłę, łatwiej te trudne momenty zniosłem. Kiedy jest źle, nie ulegam załamaniu albo poczuciu, że życie totalnie się zawaliło - doszukuję się pozytywów, szukam rzeczy, które będą mnie nakręcać do następnych celów. Mam wspaniałych rodziców, siostrę, brata, którzy zawsze mi pomagali.

Ile jest warta sława?

- Sława, popularność to czynnik dodany do mojej pracy - a chodzi mi tutaj o zawody medialne - aktora, muzyka, sportowca. Uważam, że jesteśmy grupą ludzi wybranych. Powinniśmy doceniać i szanować to, co nam dano. Dlatego nie rozumiem ludzi, którzy zatracają się w tym, że do czegoś doszli. Stają się zarozumiali, a zapominają, że to może się szybko skończyć. Ja, im więcej dostałem od życia, tym więcej starałem się oddać innym. Czasem robi się przyjemnie, bo ludzie, których nie znasz są dla ciebie mili, szanują to, co robisz, możesz o wiele więcej rzeczy załatwić, wszędzie masz stolik, itd. Owszem, to miłe, ale moim zdaniem prawdziwą wartością w życiu jest szacunek ludzi. Nie na zasadzie, że ktoś powie ci: "Ale ty jesteś fajny gościu", ale kiedy ludzie mówią nie w twojej obecności, że oprócz tego, że robisz ,to co robisz, masz charakter.

Co to znaczy mieć charakter?

- To było dla mnie zawsze bardzo ważne - żeby nie sprzeniewierzyć się, nie sprzedać. Żeby to, co robię, nie przysłoniło mi prawdziwych wartości życiowych. Nie mam problemu, żeby spojrzeć sobie w twarz. Natomiast, oczywiście przyznaję, ja również popełniłem błędy, których się wstydzę bardziej lub mniej, ale których już nie powtórzę.

Męski facet?

- To człowiek, który potrafi się odnaleźć w wielu sytuacjach, nie powiem, że w każdej, bo to niemożliwe. Ja na przykład nie mam pojęcia o naprawianiu kranów i się do tego przyznaję. Męskość to charakter. Są pewne rzeczy, które wypadają kobietom, typu plotkowanie, zazdrość o to, która ma lepszą kieckę... Wy takie jesteście! I nie ma w tym nic złego. Ale facet, który ulega takim zachowaniom, nie jest prawdziwym mężczyzną. Facet powinien szanować swoje słowo. Powinien czuć się prawdziwym mężczyzną, a nie ciepłą kluchą. Być stanowczym, ale z drugiej strony wyrozumiałym. I wrażliwym.

Wiesz, że niektórzy mężczyźni, ba, nawet kobiety, uważają tę cechę za wadę?

- Niektórzy mylą wrażliwość z byciem ciamajdą, a ja uważam, że wrażliwy facet ma więcej pomysłów, jest bardziej kreatywny i może inspirować innych. Męskość to świadomość dbania o kogoś. Prawdziwy facet, jeżeli ma rodzinę, umie o nią zadbać i zaopiekować się nią. Powinien być również dobrym ojcem. Można by tak wymieniać bardzo długo, ale jeśli miałbym wybrać jedną rzecz, uważam, że prawdziwy facet to siła charakteru i szacunek do samego siebie. Czyli nie ma sytuacji, że kiedy zrobi coś złego, to machnie ręką: "Nic się nie stało, zrobiłem już tyle głupstw, że to jedno nie przeszkadza". Nie powinno się przechodzić do takich rzeczy na porządku dziennym. A jeśli popełni się błąd, to z refleksją, żeby go więcej nie powtarzać.

Kobiecość to według ciebie delikatność, subtelność czy teczka bizneswoman i wysokie szpilki?

- Fajne są kobiety zdecydowane, które mają swoje pasje i wartości oraz potrafią o siebie zadbać. Takie panie bardzo kręcą facetów, ale to też nie reguła. Myślę, że mądra kobieta jest silna, ale potrafi pokazać - nawet dla samej przyjemności faceta - że potrzebuje jego wsparcia, troski i wtedy mężczyzna otacza ją silnym ramieniem, ratuje z opresji i czuje się przy niej bardzo dobrze. Kobieca kobieta to taka, która ma poczucie humoru. Z pozytywnymi osobami zdecydowanie łatwiej się żyje, są bardziej wyrozumiałe. Taka, która ma własne pasje i oczywiście inteligentna. Gdzieś wyczytałem, że inteligentne kobiety są dobre w łóżku, ponieważ zdają sobie sprawę, nie tylko z własnej przyjemności, ale też z przyjemności partnera. Jest w tym dużo prawdy. Ostatnio trafiłem na taki cytat Picassa: "Piękne kobiety nie mają problemu, żeby stwierdzić, że są inteligentne, ale inteligentne mają duży problem, żeby powiedzieć, że są piękne". Coś w tym jest. Jeśli uroda idzie w parze z wnętrzem, sercem, pogodą ducha, to taka osoba staje się bardzo ciekawa. Natomiast, jeśli jesteśmy zafascynowani powierzchownym pięknem kobiety, a nie posiada ona tego czegoś, to po roku przyzwyczajamy się do ładnej buzi. Później brakuje tego, żeby ktoś cię łapał za serce jakimś zachowaniem, sposobem bycia, zrozumieniem.

Najpiękniejszy komplement, który usłyszałeś od kobiety?

- Nie wiem, czy był najpiękniejszy, ale usłyszałem kiedyś od koleżanki: "Chciałabym, żeby mój mąż był taki, jak ty." Nie była to osoba, z którą łączyły mnie jakieś zażyłe stosunki. Spotkaliśmy się w jakimś banku i od czasu do czasu, w ramach załatwiania interesów, chodziliśmy na kawę. Te słowa były bardzo miłe. Nie powiedziała konkretnie, co ma na myśli (śmiech).

Czego się nauczyłeś od kobiet?

- Tego, że są zdeterminowane. Mówi się o was płeć słaba, ale to kobiety są czasem bardzo stanowcze, w tym, co robią i czasami również bardziej bezlitosne. Faceci, mimo wszystko, nawet jak ktoś im podpadnie i chcą rewanżu, to myślą sobie: czas goi rany, nie ma sensu. Natomiast, jeśli chodzi o kobiety, to są takie jednostki, bo nie ma co tutaj generalizować, które chciałyby zniszczyć ciebie, twoją rodzinę, przyjaciół i wszystkie inne osoby, które mogą mieć coś wspólnego z twoim życiem. Jest w tym wszystkim strasznie silna determinacja, co jest dobre w dążeniu do celu. My, faceci, mamy skłonność do bardziej lekkomyślnego podejścia: a odpuszczę sobie, a jeszcze zdążę. Kobiety nie.

O czym marzysz?

- Chciałbym, żebyśmy wydali płytę i życzyłbym sobie, żebym czerpał tyle przyjemności z życia, co czerpię. Aż się tego czasami boję. Mam to szczęście, że żyłem spełniając swoje pasje i jeśli jedna uciekła, to nagle pojawiała się druga. Całe życie robiłem coś, do czego kierowało mnie serce, co dodawało mi skrzydeł. W krótkim czasie, kiedy trochę brakowało mi wyzwań, pojawiła się kapela. Chciałbym cały czas czerpać pozytywną energię z życia. I nie oceniać krytycznie ludzi, żyć swoim życiem. Tak jest mi zdecydowanie lepiej. Nie czerpię energii ani negatywnej, ani pozytywnej z tego, co jest w innych. Oczywiście, ludzie potrafią mi dodać i jednej i drugiej, ale staram się sam kreować moje życie. Pasja była ponad wszystko i mogłem się w tym realizować. Cieszę się, że nadal tak jest. Mam nadzieję, że będę mógł na starość zasiąść w bujanym fotelu i powiedzieć: fajne było to życie, fajnie je sobie przeżyłem.

Bez czego nie mógłbyś się obejść na bezludnej wyspie?

- Bez kobiety. Nie przedkładam nic ponad bycie z kobietą. Żeby grać na gitarze, też trzeba mieć dla kogo (śmiech).

 

 

 

Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Tekst pochodzi z EksMagazynu.
Dowiedz się więcej na temat: Radek Majdan | gwiazda | wywiady

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje