Roman Kłosowski: Na scenie - sukces, ale szczęście w domu

Talent i pracowitość to filary jego kariery zawodowej. Ale sens życiu tego aktora nadała ukochana kobieta. Ich związek trwał ponad pół wieku.

Byli małżeństwem przez 58 lat i podobno ani razu się nie pokłócili. Gdy 5 lat temu Krystyna Kłosowska zmarła, pan Roman także podupadł na zdrowiu. W ostatnich miesiącach prawie nie widział, dlatego zgodził się na przeprowadzkę do domu opieki. Ale wciąż miał nadzieję, że wróci do ich mieszkania, które kojarzyło mu się z ukochaną.

Reklama

- Jedyne, co w życiu tak naprawdę mi się udało, to... żona. (...) Zawsze powtarzam, że ożenić się jest łatwo, tylko niełatwo być żonatym. Chyba, że ma się tak udaną żonę, jak ja! - opowiadał z uśmiechem.

Zakochała się, choć był "przystojny inaczej"

Zdobył ją jedną brawurową "szarżą", na początku lat 50. - Krystynę poznałem w Szczecinie, gdy byłem jeszcze bardzo młodym aktorem, a ona pracowała jako instruktor teatrów ochotniczych w niewielkim ośrodku dla dzieci. Przyszła do teatru, w którym prowadziłem poradnię dla kandydatów do szkoły teatralnej z pytaniem, czy i ona mogłaby być aktorką. Popatrzyłem na nią wnikliwie, posłuchałem i pomyślałem, że mogłaby. Powiedziałem jej jednak, że nie wydaje mi się, by zrobiła kiedyś wielką karierę i poradziłem, żeby zamiast ról scenicznych wybrała rolę... żony. Mojej, rzecz jasna! - wspominał potem.

Kilka miesięcy później byli już po ślubie.

W pracy Maliniak, w domu... Gapcio

Połączyło ich uczucie i poczucie humoru. Pan Roman mówił o sobie, że jest "przystojny inaczej". A ona śmiała się z tego i nazywała męża "Gapciem". - Czasem zastanawiam się, dlaczego los uczynił mnie takim szczęściarzem i pozwolił mi odnaleźć swoją drugą połowę. Dochodzę wtedy do wniosku, że zesłał mi Krysię w zamian za... urodę i słuszny wzrost - żartował aktor.

Doceniał to. Gdy koledzy po spektaklach rozpoczynali bujne życie towarzyskie, on wolał spędzać czas w domu. A żona dbała, żeby nigdy w nim nie gwiazdorzył. Kiedy wieczorem wracał z teatru, przypominała, by... wyniósł śmieci. Sama w tym czasie gotowała jego kolejne ulubione danie. Gust kulinarny także mieli podobny.

- Oboje lubimy mączne potrawy, co po nas widać - żartowała. Sylwetkę Kłosowskiego doceniał jednak film. To m.in. dzięki niej dostał rolę wścibskiego technika budowlanego, Romana Maliniaka w "Czterdziestolatku", za którą pokochały go miliony Polaków.

Mało kto wie, że grając Maliniaka, był już poważnym dyrektorem Teatru Powszechnego w Łodzi. Awans ucieszył go, lecz aktor źle znosił rozłąkę z żoną, która na początku jego dyrektorowania mieszkała jeszcze w Warszawie. Przeprowadziła się jednak za nim i po raz drugi stworzyła mu dom, w którym jednakże niepodzielnie królowała. Bo w sprawach organizacyjnych i rodzinnych to do niej należało ostatnie słowo.

Pan Roman, w pracy impulsywny i porywczy, w domu stawał się potulny jak baranek. - Niewiele rzeczy umiem robić... Nawet pieniędzy nie potrafię zbyt długo utrzymać w dłoniach. Jak tylko dostaję emeryturę, natychmiast oddaję ją żonie albo wydaję na prezenty dla wnuków - przyznawał.

Jedyny syn Kłosowskich, Tomasz, nie poszedł w zawodowe ślady ojca, ale... zakochał się w aktorce, którą tata zatrudnił w teatrze, Barbarze Szcześniak. Ich syn, Jan, jest sędzią, z czego dziadkowie byli dumni.

Ukochana była jego oczami

Kiedy kilkanaście lat temu pan Roman zaczął tracić wzrok, pomoc i wsparcie jak zawsze znalazł u żony. To ona czytała mu na głos teksty, by mógł nauczyć się roli. I z jej pomocą w wieku 84 lat był w stanie przygotować się do monodramu "Ostatnia taśma Krappa" Samuela Becketta.

Pani Krystyna została nawet jego agentką, choć nietypową, jak sama przyznawała. - Pełnię raczej rolę kierowcy Romana, który nie może prowadzić auta. Jeździmy razem po całej Polsce, bo chociaż mąż, podobnie jak ja, jest już na emeryturze, nadal pracuje - opowiadała.

A on jak zwykle żartował. - Nie umiałbym żyć bez pracy, nie umiałbym też żyć bez Krystyny, więc sprytnie połączyłem dwie największe miłości mojego życia. Gdy ukochana zachorowała na nowotwór, to starał się z nią spędzać jak najwięcej czasu. I wytrwał aż do końca.

Iwona Aleksandrowska


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje