Reklama

Reklama

Roman Wilhelmi: Drogo zapłacił za karierę

Długo niedoceniany jako aktor, nade wszystko pragnął uznania. Zdobył je w końcu, a potem umiał się nim cieszyć. Niestety, utracił przez to coś ważnego.

- Rabciu, dopóki telewizja będzie powtarzać "Dyzmę", żyjemy - mówił Grażynie Barszczewskiej, która w "Karierze Nikodema Dyzmy" grała Ninę. Miał rację! Właśnie dzięki "Dyzmie" i serialowi "Alternatywy 4", które bez przerwy są pokazywane w różnych programach, wielu Polaków w ogóle nie przyjęło do wiadomości, że już od dawna nie ma go wśród nas. Z pewnością by go to cieszyło, bo pragnął sukcesu.

Za niski, niezbyt lotny...

"I tak będę wielki", mawiał przez lata, kiedy grywał trzecioplanowe role w teatrze (taki też tytuł nosi jego biografia wydana w 2004 r.). Dziś trudno w to uwierzyć, ale jego talentu długo nie dostrzegano. Już kiedy zdawał na studia, egzaminator, reżyser Adam Hanuszkiewicz, upierał się, że to zły pomysł, ponieważ... jego zdaniem aktor musi mieć 190 cm wzrostu, a Wilhelmi miał tylko 176,5!

Reklama

A później podpadł pedagogowi i reżyserowi Aleksandrowi Bardiniemu, który zwyczajnie go nie lubił i bywał bardzo złośliwy. Zarzucał mu - delikatnie rzecz ujmując - że nie jest intelektualistą i obsadzał go w epizodach. A sam Wilhelmi, niepokorny i zaczepny, prowokacyjnie oznajmiał, że faktycznie, przeczytał w życiu tylko jedną książkę, "Dywizjon 303". Podobno wielu w to wierzyło...

"Przez siedem lat nie miałem na co zaprosić matki i ojca do teatru" wspominał potem ten wielki artysta.

Rodzina w maszynowni

Długo nikt go nie dostrzegł, żaden dziennikarz nie napisał mu dobrej recenzji. Aktor był bliski załamania. Za to w miłości mu się wiodło. To w pierwszych chudych latach spędzonych w stołecznym teatrze "Ateneum" ożenił się ze studentką dziennikarstwa, Danutą. Młodzi mieszkali z początku w teatralnej maszynowni, tuż obok sterty sznurów od różnych teatralnych urządzeń, łańcuchów i kotar. Wilhelmi był po uszy zakochany, niestety miał swobodne podejście do życia rodzinnego. Balował, potem przepraszał żonę, obiecywał poprawę, i znów, od nowa...

Dramat w sądzie

- Był partnerem zabawnym i czułym, a jednocześnie zupełnie nieodpowiedzialnym - wspominała później Danuta. - Trzeba go było brać z całym dobrodziejstwem inwentarza lub odejść... Zdecydowała się na rozwód, tyle że on z początku nie chciał się z tym pogodzić i nawet wykorzystał w tej sprawie swój talent. Na pierwszej, pojednawczej rozprawie odegrał przed składem sędziowskim taką scenę miłosną, że poruszone prawniczki prosiły Danutę o jeszcze jedną szansę dla męża.

Pomimo wszystko małżeństwo, które trwało 9 lat, zostało rozwiązane w 1967 r. Było to rok po emisji pierwszej części serialu "Czterej pancerni i pies", w którym Wilhelmi zagrał rolę porucznika Olgierda Jarosza. Widzowie w końcu go dostrzegli i polubili, a on poczuł smak sukcesu.

Piękna Marika

Zapewne to najbardziej zaszkodziło jego drugiemu małżeństwu, z Mariką Kollar, węgierską tłumaczką, którą poznał w czasie występów swego teatru w Budapeszcie. Uwodził ją z fantazją, bo najpierw pobił się o nią z kolegą, następnie - dla efektu - wyrzucił ją z bankietu za drzwi, a rano na kolanach i z bukietem w dłoni błagał o wybaczenie. Trudno się chyba dziwić, że zrobił wrażenie na dziewczynie...

Urodził im się syn, Rafał, byli szczęśliwi. - A potem przyszła popularność i wtedy się rozpił - wspominała Kollar po latach. Huczne bankiety nieraz odsypiał na powietrzu, nie wiadomo z kim. W dodatku po alkoholu pojawiły się wahania nastroju... Rozwiedli się w 1976 r.

Roztargniony tata

Wilhelmi wprawdzie odwiedzał syna, zabierał go na wakacje, zapraszał też na plan "Kariery Nikodema Dyzmy", która mu zapewniła upragnioną nieśmiertelność, ale o alimentach zapominał. Zapominał też oddać byłej żonie albo gubił kartki na mięso, które dostawał na nich wszystkich. Żył głównie pracą i świętowaniem sukcesów. - Dla niego takie pozornie banalne sprawy wydawały się nie mieć dużego znaczenia, a nas stawiały przed nierozwiązywalnymi problemami - opowiadał dorosły już syn.

Aż w końcu bieda wygnała go z matką za granicę. Marika Kollar sprzedała warszawskie mieszkanie i tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego wyjechała z dwunastoletnim wtedy chłopcem do Wiednia. W sekrecie przed byłym mężem, bo obawiała się, że nie dopuści do emigracji dziecka.

Zabrakło czasu

Spotkali się po kilku latach, kiedy aktor przyjechał tam, by kręcić jakiś bułgarski kryminał. - Odniosłem wrażenie, jakbym spotkał najbliższego kumpla, którego straciłem na pewien czas z oczu - wspominał tę wizytę syn w książce "Być dzieckiem legendy". Niestety, więcej się nie widzieli. - Jeszcze zdążymy się zaprzyjaźnić - obiecywał artysta.

Nie zdążyli. 3 listopada 1991 r. Roman Wilhelmi zmarł w Warszawie na raka wątroby. Żegnały go tysiące ludzi. - Wtedy ostatecznie zrozumiałem, czyje nazwisko noszę - mówi jego jedyny syn. Nie ma o nic żalu do ojca i bardzo lubi go oglądać na ekranie. Wciąż mieszka w Wiedniu, gdzie jest tłumaczem, jak mama.

Małgorzata Sienkiewicz

Naj

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje