Seweryn Krajewski: Nie zrobił kariery na miarę talentu

Geniusz melodii. Skomponował „Annę Marię”, „Płoną góry, płoną lasy”, „Niebo z moich stron”... Mógł osiągnąć znacznie więcej – co mu w tym przeszkodziło?

Seweryn Krajewski był bez wątpienia najzdolniejszym muzykiem i kompozytorem legendarnego zespołu. Tak jak Czerwone Gitary nazywano polskimi Beatlesami, tak do niego, najmłodszego członka grupy, przylgnęło określenie: polski Paul McCartney.

Reklama

Było w tym dużo racji, gdyż Seweryn miał wręcz niesłychany talent do pisania urokliwych, łatwo wpadających w ucho melodii. Do tego był zdolnym instrumentalistą i niezłym wokalistą, dzięki czemu zdominował repertuar zespołu po odejściu Krzysztofa Klenczona. Nie przeszkodził w tym nawet fakt, że był raczej osobą małomówną i wycofaną. Na koncertach konferansjerkę prowadził nie wokalista, lecz Jerzy Skrzypczyk, perkusista grupy.

Krajewski stworzył dziesiątki przebojów, które przeszły już do historii polskiej muzyki rozrywkowej, np. "Takie ładne oczy", "Dozwolone od lat 18", "Ciągle pada", "Słowo jedyne - Ty", "Droga, którą idę", "Była to głupia miłość", "Nie spoczniemy", "Remedium", "Uciekaj moje serce".

Jego utwory wykonywali też inni artyści. Monumentalny "Niech żyje bal" zaśpiewała Maryla Rodowicz, a "Gondolierów znad Wisły" - Irena Jarocka. Pisał też muzykę do filmów i spektakli teatralnych. Jednak pozostał gwiazdą wyłącznie na krajowym podwórku, czego można żałować, gdyż osoba o tak wybitnym talencie przychodzi na świat raz na kilka pokoleń.

Zawsze ukrywał sekrety z życia prywatnego. Ale czasem do mediów przeciekały intrygujące informacje, odległe od jego oficjalnego wizerunku. W latach 60 i 70 cieszył się szalonym powodzeniem wśród kobiet. Zakochane fanki pisały setki listów, zbierały płyty i pamiątki, płakały ze wzruszenia na koncertach. Interesowały się też nim piosenkarki.

Osobę gitarzysty wiązano z Urszulą Sipińską, a według informacji medialnych kiedyś połączyło go gorące uczucie z Ireną Jarocką. Związek został jednak zerwany, gdy na jaw wyszedł romans muzyka z młodą wielbicielką podczas festiwalu w Opolu. Dziewczyna zaszła w ciążę i urodziła córkę, a chociaż Krajewski kwestionował swoje ojcostwo (zostało one później uznane na drodze sądowej), to zdruzgotana Jarocka zdecydowała się na 4-letni wyjazd z kraju do Paryża. Lider Czerwonych Gitar przez wiele lat nie interesował się losem córki. Dopiero stosunkowo niedawno doszło do spotkania Julitty Krajewskiej z ojcem. Na przeszkodzie dalszym kontaktom stanęła jednak żona muzyka, która skutecznie sprzeciwiła się kolejnym wizytom dziewczyny.

Przyszłą małżonkę wypatrzył na koncercie w Sopocie. Młodsza o 6 lat Elżbieta, dobrze zapowiadająca się tancerka i modelka, zrezygnowała dla niego z osobistej kariery. Urodziła dwóch synów. Małżeństwo długo uchodziło za bardzo udane. Kryzys nadszedł po tragedii, jaka wydarzyła się w 1990 r. W wypadku samochodowym zginął ich młodszy syn, 6-letni Maksymilian. Samochód prowadzony przez panią Elżbietę zderzył się z ciężarówką, która wyjechała z drogi podporządkowanej. Chociaż to nie kobieta była winna, długo nie mogła dojść do siebie. W depresji myślała nawet o samobójstwie. Mąż odreagował ten dramat inaczej, rzucił się w wir życia muzycznego.

Prawdopodobnie stopniowo zaczęli się od siebie oddalać, choć nie wzięli formalnego rozwodu. Muzyk nie chciał rozbijać rodziny. Jednak mówiło się, że po tragedii, jaką przeżył, nie widziano na jego twarzy uśmiechu. Zdarzyło mu się to dopiero przy początkującej aktorce z serialu "Klan". Podejrzewano ich o romans. Jeśli wierzyć bulwarowej prasie, dziewczyna postawiła sprawę na ostrzu noża: "Wszystko albo nic" i... dała mu kosza.

Na sprawę stosunków rodzinnych Krajewskich nałożyły się też nieporozumienia ze starszym synem, Sebastianem, którego żony - nauczycielki angielskiego - pani Elżbieta nie potrafiła zaakceptować. Kilka lat temu wydarzenia nabrały tempa i media obiegła sensacyjna informacja, że małżeństwo Krajewskich należy do przeszłości.

Muzyk związał się z amerykańską reżyserką polskiego pochodzenia, Heleną Giersz, którą poznał podczas jej pracy nad filmem o Krzysztofie Klenczonie "10 w skali Beauforta". Wyjechał na stałe do USA, a w nowym uczuciu nie przeszkadzał mu nawet fakt, że jego wybranka jest matką ośmiorga dzieci. Partnerka urządziła dla niego studio w nowo wybudowanym domu. Przed wyjazdem Krajewski pogodził się z synem i oddał mu willę pod Warszawą.

Czemu nie spróbował swoich sił na Zachodzie, gdy w Polsce był u szczytu popularności? Uchodził przecież za najzdolniejszego kompozytora muzyki popularnej. Wielbiciele tłumaczyli to tym, że w okresie PRL musiałby emigrować, a on nie chciał opuszczać kraju. Zapewne mieli sporo racji. Warto jednak też pamiętać, że Seweryn Krajewski nie był człowiekiem prącym do sukcesu za wszelką cenę. Unikał wywiadów, wizyt w telewizji, bankietów... Nie dbał o reklamę, wychodząc z założenia, że jego twórczość obroni się sama.

Odmawiał też gościnnego udziału w programach wykonawców, dla których pisał muzykę. Maryla Rodowicz musiała długo go namawiać, aby zaśpiewali razem "Ludzkie gadanie" na płycie "Sing-sing". Takie podejście do promocji własnych utworów można uznać za poważny błąd, tym bardziej, że międzynarodowy sukces odnosiły piosenki jego autorstwa, lecz wykonywane przez innych. "Niech żyje bal" w wykonaniu Maryli Rodowicz został wyróżniony na festiwalu światowych piosenek w Los Angeles.

Na domiar złego artysta, zajęty innymi projektami, marginalizował działalność Czerwonych Gitar. Od 1978 r. do 1997 r., gdy odszedł, skomponował dla grupy... zaledwie jedną piosenkę. Jak jednak zauważył Marek Gaszyński, autor biografii "Czerwone Gitary. Nie spoczniemy...", koledzy z zespołu: Jerzy Skrzypczyk i Bernard Dornowski nie napisali ich więcej. Cały repertuar praktycznie tworzył on!

Krajewski nie miał też szczęścia do reżyserów i producentów filmowych. Można było wręcz odnieść wrażenie, że szkoda jego pięknych melodii do nieudanych produkcji, a popularność serialu "Jan Serce" była wyjątkiem potwierdzającym regułę. Szkoda, że nigdy nie współpracował z reżyserami o międzynarodowej renomie, pokroju Wajdy czy Kieślowskiego, co mogłoby mu otworzyć drogę do co najmniej europejskiej kariery. Zabrakło też sprawnego menedżera, który pomógłby Czerwonym Gitarom zdyskontować ich olbrzymią popularność w NRD w latach 70. i przenieść ją dalej, na Zachód.

Na początku lat 80. niemiecka kariera zespołu zakończyła się po części na skutek decyzji samego lidera, zmęczonego seryjnymi koncertami. Wolał zaszyć się w domowym studiu i nagrywać samodzielnie, m.in. "Strofki na gitarę" do słów Agnieszki Osieckiej. Piosenki współtworzył z nią od 1976 r. - zaczęli od "Portu piratów", "Staromodnych samochodów" i "Dobrej pogody na szczęście". Razem stali się jednym z najlepszych duetów autorskich w polskiej muzyce rozrywkowej.

Po śmierci poetki w 1997 r. okazało się, że przy Sewerynie nikt nie jest w stanie jej dobrze zastąpić. Przebojem stało się nagranie Piaska "Śniadanie do łóżka", ale literacko to już nie było to. Zostały piękne piosenki, które nucimy mimo upływu lat. Z okresu Czerwonych Gitar i z czasów kariery solowej. Takie jak "Najpiękniejsza" do słów Agnieszki Osieckiej: "Daj, daj tej dziewczynie biały welon/ Kup, kup dwie obrączki szczerozłote/ Zgaś, zgaś podły uśmiech ludzi złych!"...

Sławomir Koper

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje