​Sylwia Gruchała: Musiałam być twarda

Jako nastolatka przeżyła wielką rodzinną tragedię. Wybawieniem okazał się sport. Została wielką mistrzynią, gdy wściekłość przekuła na wolę walki.

Miałam nietypowy dom. To mama była od zarabiania pieniędzy, a tata, z zawodu mechanik, opiekował się mną i resztą rodzeństwa", opowiada Sylwia. Przyszła mistrzyni urodziła się w Gdyni jako najmłodsza z czwórki dzieci. Szybko nauczyła się wykorzystywać tę pozycję... "Na początku byłam najbardziej związana ze starszą o 4 lata siostrą Olą, z którą dzieliłam pokój", mówi Sylwia.

Reklama

Kiedy miała pięć lat, jej mama wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Miała wrócić po trzech latach. Jednak stało się inaczej - została tam na stałe. "Tata starał się, jak mógł, by zastąpić nam mamę", opowiada sportsmenka. Z sentymentem wspomina wspólne wakacje na Kaszubach, z dwiema siostrami i bratem Maciejem (starszym o 8 lat). "Jeździliśmy do Zdunowic niemal co rok. Do dzisiaj uwielbiam te okolice", zapewnia.

Przygodę z floretem zaczęła bardzo wcześnie, bo jeszcze w podstawówce. Trening szermierczy zaproponował jej jeden z nauczycieli. "Byłam zawsze najgłośniejsza z klasy. Miałam też świetną koordynację", wspomina Sylwia. Pierwsze zwycięstwa nie przekładały się jednak na zastrzyk gotówki. "Czasami jedyną nagrodą za wygrane zawody była... butelka coca-coli", śmieje się mistrzyni.

Odkąd została florecistką, wakacje spędzała już nie z rodziną, ale na obozach sportowych, zgrupowaniach, turniejach. Jednak mimo intensywnych treningów prowadziła normalne życie nastolatki. "Zawsze czerpałam energię ze spotkań z ludźmi. Miałam dużo koleżanek, z chłopcami chodziłam na randki", wspomina szkolne czasy. Jej największy sukces sportowy zbiegł się, niestety, z wielką tragedią. Kiedy skończyła piętnaście lat, zmarł jej tata. Opiekę nad Sylwią przejęły siostry: starsza o 9 lat Marta i Ola. W tym czasie florecistka zdobyła brązowy medal na mistrzostwach świata kadetów.

"Po śmierci taty zwycięstwa przestały mnie cieszyć. Buntowałam się przeciwko światu, co także odbiło się na nauce", wspomina ten trudny czas. W końcu natura wojowniczki wzięła górę - Sylwia zamieniła wściekłość na głód sukcesu i w 2004 roku zdobyła olimpijskie srebro. Dziś już się nie buntuje: z szermierzem Markiem Bączkiem założyła rodzinę i poświęciła się opiece nad roczną córeczką Julią. Po przerwie wraca do sportu, bo macierzyństwo dało jej siłę i motywację. "Powinnyśmy walczyć o swoje pasje", przekonuje młode mamy.

Oskar Maya

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje