Reklama

Reklama

Takiego szczęścia życzę wszystkim!

Co jest ważniejsze: miłość czy praca? Czy złości ją paparazzo nocujący w krzakach pod domem? Czy rozbiła związek swojego męża? Tak szczerego wywiadu jeszcze nie było!

Długo namawiałam Joannę na ten wywiad. Mówiła, że jak ognia unika pytań o życie prywatne. W końcu umówiłyśmy się tylko na próbę. Przyjechałam na plan "Przyjaciółek" w podwarszawskim Międzylesiu. Aktorka miała dla mnie 45 minut w przerwie na lunch, ale zdjęcia się opóźniały, a przerwa oddalała... Musiałam zaczekać.

Joanna była na nogach od piątej rano, pracę skończyła o osiemnastej i dopiero wtedy mogła zaprosić mnie do campera, który dzieli z koleżankami. Wnętrze okazało się bardzo ciasne, usiadłyśmy przy małym składanym stoliczku, w półmroku. Mimo wielu godzin na planie, po aktorce w ogóle nie było widać zmęczenia!

Reklama

Co chwilę energicznym ruchem odgarniała włosy. Na początku nieufna, szybko okazała się szczerą, bezpośrednią i dowcipną rozmówczynią.

Dlaczego tak niechętnie udziela pani wywiadów? Już nawet nie dementuje pani plotek na swój temat.

Joanna Liszowska: - Bo to jest takie błędne koło. Gdy dementuję jakąś plotkę, okazuje się, że wiele osób nawet jej nie słyszało. A dzięki mnie i mojemu dementi właśnie ją poznają.

Więc może lepiej milczeć?

- Sama nie wiem! Mówi się: nieważne, co piszą, byle by pisali. A ja się pod tym nie podpisuję. Generalnie denerwuje mnie kłamstwo! Szczególnie gdy czytam, że niby jakiś przyjaciel opowiada gazecie o szczegółach z mojego życia. Albo kiedy przekracza się granicę i wypytuje moich najbliższych: męża, rodziców.

Ale zdarzały się też zabawne plotki na pani temat, na przykład ta, że gra pani w szwedzkim teatrze.

- To jest akurat śmieszne. Nie mam pojęcia, z jaką sztuką tam na mnie czekają! Nie wiem też nic o domu pod Warszawą, który podobno kupiłam. Jeśli znacie szczegóły, jak deklarowaliście, to poproszę o adres (śmiech). Może warto się tam przeprowadzić.

Słyszałam też, że rozbiła pani pierwsze małżeństwo swojego szwedzkiego męża.

- To obrzydliwe oskarżenie. Jestem pierwszą i jedyną żoną mojego męża. Nikt nikomu związku nie niszczył.

Czuje się pani rozczarowana show-biznesem?

- Chyba nie. Nie mogę być rozczarowana, bo nie miałam wobec show-biznesu żadnych oczekiwań. Moim zdaniem miarą sukcesu wcale nie jest rozpoznawalność. Moja koleżanka chciała grać w Teatrze Polskim we Wrocławiu i tego dokonała. Dziś dostaje świetne role, gra u doskonałych reżyserów. I ja się pytam: czy jej się nie udało? Doprawdy niewielu absolwentów szkół teatralnych ma możliwość realizowania marzeń w zawodzie.

- Nigdy nie dokonywałam też wyboru: czy brać udział w "Tańcu z gwiazdami" dla zmiany wizerunku, czy dla kariery. Tańczyłam i śpiewałam w tych programach, bo kocham taniec i śpiew. Na lodzie już nie jeździłam, bo aż tak mnie to nie kręci. Show-biznes, jak każda branża, ma dobre i złe strony. I mimo wszystko ten mój zawód może być piękny. Dlatego nadal chętnie go uprawiam. 

Jak pani myśli, dlaczego właśnie za panią jeżdżą paparazzi? Dlaczego jest pani "hot"?

- Hot?(śmiech). Wow! Umówmy się, że są tacy, którzy mają pod tym względem dużo gorzej. Nie rozumiem tego mechanizmu. Przecież ja nie prowokuję tych sytuacji. Kiedyś zrobiłam błąd i chętnie udzielałam szczerych wywiadów. Kiedy się z kimś rozstawałam, wydawało mi się, że powinnam o tym opowiedzieć, bo może pomogę innym kobietom w podobnej sytuacji. Myliłam się. Nie powinnam tego robić.

- Teraz wydaje mi się, że większe zainteresowanie powinny budzić nowe twarze, o których jeszcze niewiele wiadomo. Przecież ja jestem szczęśliwą matką, żoną i nie mam zakusów na skandale. Nuda! Nie szokuję, bo nie mam potrzeby, by zwracać na siebie uwagę głupotami. Mnie interesuje tylko to, jak zagrałam swoją rolę.

Od medialnego szumu zawsze może pani odpocząć w Szwecji. Słyszałam, że ten kraj jest dla gwiazd oazą spokoju. Camilla Läckberg, szwedzka pisarka, która tańczyła w "Tańcu z gwiazdami", tylko raz miała kłopot z paparazzi.

- Nie wiem jak dla tamtejszych gwiazd, ale dla mnie Szwecja na pewno jest oazą spokoju. Czuję się tam po prostu wolna. I niech tak zostanie.

Dlaczego pani wróciła po urlopie macierzyńskim do Polski?

- Nie rozumiem pytania. Wszyscy myślą, że jeśli się ma takiego fajnego męża w Szwecji... Że jak się ma kochającego męża, to nie powinno się wracać do pracy? Nie rozumiem, jaki to ma związek? (śmiech) Jakby działał taki mechanizm, wiele aktorek powinno już zrezygnować z zawodu.

Niektóre kobiety na pani miejscu wolałyby leżeć i pachnieć. Praca jest dla pani najważniejsza?

- Przeciwnie, na pierwszym miejscu jest dla mnie rodzina. Nie mam najmniejszych wątpliwości! Jeśli kiedykolwiek trzeba będzie wybierać między pracą, a rodziną, to ja nie będę się zastanawiać. Wiem, co wybiorę. Ale póki razem z mężem możemy się wspierać, póki Emma nie chodzi do szkoły, to przecież życie na dwa domy jest do pogodzenia. Uważam, że fajna i dobra mama musi być po prostu szczęśliwa. Pachnieć mogę, leżeć już nie za długo (śmiech). Z natury jestem osobą aktywną i kocham swój zawód. Dlatego naturalnym wyborem dla mnie był powrót do pracy.

Bez poczucia winy?

- Oczywiście, że ono zawsze się pojawia, tak samo jak tęsknota. Ale nie uważam, że matka powinna być z dzieckiem 24 godziny na dobę. Bo to wcale nie robi dobrze ani dziecku, ani matce.

Zmieniła się pani hierarchia wartości?

- Zawsze miałam ją określoną. I nic się nie wywróciło do góry nogami po urodzeniu dziecka. To była naturalna decyzja. Czułam, że to jest ten czas. Spełnienie moich marzeń. Ale macierzyństwo nie sprawiło, że nagle stałam się kompletnie innym człowiekiem. Poza tym uważam, że ludzie będący w zdrowym, dobrym związku, muszą mieć oddzielne pasje poza domem. Oboje lubimy to, co robimy zawodowo. Ale najważniejsze, że razem z mężem mamy prywatny, rodzinny świat... On daje najwięcej satysfakcji.

Jak wygląda to życie na dwa domy?

- Nasze życie jest demonizowane. Wszyscy dziwią się, że mieszkamy w dwóch krajach. Ale bezpośredni lot trwa godzinę i dwadzieścia pięć minut.

To krócej niż podróż pociągiem z Krakowa do Warszawy.

- Właśnie. Świat się zmienił, zmalał. A nasze możliwości wzrosły. Kiedy dziś rozmawiam z koleżankami aktorkami, coraz częściej słyszę, że taki model życia rodzinnego jak mój jest dość powszechny. One teoretycznie mają swoich ukochanych pod jednym dachem, w jednym mieście, ale nie widują się z nimi codziennie. Jedna z moich koleżanek pracuje w dwóch miastach Polski, a mieszka z partnerem w trzecim. I nikt tego nie roztrząsa.

- Mówi się, że w Szwecji jest ponuro i zimno. To taki stereotyp. Skandynawia może kojarzyć się z lodową krainą, ale moim zdaniem bardziej dotyczy to Finlandii lub Norwegii. W Szwecji, przynajmniej w południowej części kraju, jest taka sama pogoda jak w Polsce. Bywa nawet cieplej i piękniej. Dopiero daleko na północy zaczyna się rejon, gdzie renifery mówią "Dzień dobry!". 

A jakie są Szwedki?

- Bardzo zorganizowane.

Lepiej niż Polki?

- Jeśli mówimy o mnie, to nie stanowię wielkiej konkurencji dla nikogo (śmiech). A tak serio: w Szwecji planuje się z dużym wyprzedzeniem.

Ale pani kursuje na trasie Polska-Szwecja, pracuje na planie "Przyjaciółek", zasiada za stołem jurorskim w "Tylko taniec" i opiekuje się córeczką!

- To jest inna sprawa. Trening czyni mistrza - ostatnio zostałam mistrzynią pakowania.

Kiedyś Joanna Przetakiewicz, partnerka Jana Kulczyka, jednego z najbogatszych Polaków, powiedziała mi, że potrafi spakować się w minutę, bo w każdym z trzech domów ma wszystko, co jej do życia potrzebne.

- Ale przy małym dziecku już się tak nie da. Ja wiele nie potrzebuję, dwulatka - przeciwnie.

Podoba się pani szwedzki pomysł na tzw. słodką sobotę?

- Szwedzkie dzieci są przyzwyczajone, że w tygodniu słodyczy raczej się nie je. Sobota jest wyjątkiem. Często rodzice też stosują tę zasadę i to jest fajne.

Pani córeczka poszła właśnie do żłobka?

- Tak niedawno pisaliście, więc co ja mogę dodać? (śmiech) Pewnie "przyjaciel pary" wam powiedział? Chciałabym być oceniana za swoją pracę, a nie za to, jak wychowuję dziecko. Z tego w przyszłości rozliczy mnie córka.

Zmieńmy temat. Podobno uwielbia pani kryminały wspomnianej Camilli Läckberg.

- Wszystko zaczęło się od Stiega Larssona i jego trylogii. Powtórzę, chyba za Tomaszem Raczkiem, że czułam ból, gdy przeczytałam trzecią część i zrozumiałam, że więcej nie będzie. Zakochałam się w skandynawskich kryminałach. Zaczęłam szukać ciekawych autorów i wtedy odkryłam Camillę, która przez recenzentów bywa nazywana Stiegiem Larssonem w spódnicy. Moim zdaniem niewiele ma z Larssonem wspólnego, ale każdą jej nową książkę czytam od dechy do dechy.

Szybko zgaduje pani, kto zabił?

- Nie, bo ona świetnie konstruuje fabułę, wplata psychologiczne wątki i zakończenie za każdym razem zaskakuje.

Kiedy pani znajduje czas na czytanie?

- To już moja tradycja, że kiedy jestem na lotnisku, kupuję nową książkę. Najczęściej z "czarnej" serii.

Czyta już pani po szwedzku?

- Po polsku i po angielsku (śmiech).

Poleciła już pani szwedzką "czarną" serię koleżankom z "Przyjaciółek"? Słyszałam, że na planie produkcji trzyma się pani z Magdą Stużyńską, serialową Anką.

- Kiedy gramy razem, to nawet nie mamy wyjścia (śmiech). Ale chyba coś jest na rzeczy. To może wynikać z tego, że my już jesteśmy mamuśki. Często rozmawiamy więc o dzieciach i wymieniamy się doświadczeniami. Generalnie na planie atmosfera jest fajna i kiedy wstaję o piątej rano, to z energią idę do pracy. Choć oczywiście są lepsze i gorsze dni. W końcu jesteśmy tylko ludźmi.

Czy zdradzi nam pani, co będzie się działo w "Przyjaciółkach"?

- Oczywiście przewidywane są zawirowania damsko-męskie.

Pani bohaterka Patrycja będzie starała się zajść w ciążę metodą in vitro.

- Dobrze, że poruszono ten temat w serialu, bo on jest bardzo aktualny. W "Przyjaciółkach" ocena tej sytuacji będzie należała do widza. Nie planujemy moralizować. 

Jaka jest pani prywatna opinia na ten temat?

- Na in vitro decydują się ludzie, którzy nie mają innego wyjścia. To nie jest jakieś widzimisię, tylko marzenie i pragnienie posiadania dziecka, czyli jedna z podstawowych i naturalnych potrzeb kobiety. Poza tym, aby przejść przez całe leczenie i przygotowania do zabiegu, trzeba być bardzo silną psychicznie. Bo tu nie ma gwarancji sukcesu. Do tego dochodzą jeszcze bardzo duże koszta. Myślę, że wiele osób w Polsce, podobnie jak bohaterowie tego serialu, muszą pożyczać pieniądze na badania i lekarstwa. In vitro to naprawdę trudna droga do macierzyństwa.

Łatwo się pani wzrusza?

- Autentycznie tak. Widać to m.in. w "Tylko taniec. Got To Dance". Bo tam często okazuje się, że człowiek przyszedł do programu z jakimś olbrzymim bagażem doświadczeń, że ten taniec jest jego sposobem na życie, że stał się dla niego ratunkiem. Kiedy tego słucham, często odnoszę wrażenie, że życie pisze najciekawsze scenariusze. Cieszę się, że Krzysiek Kozak (tancerz chory na stwardnienie rozsiane, zwycięzca drugiej edycji show - przyp. red.) trafił do programu. Mam znajomą, która od blisko ośmiu lat walczy ze stwardnieniem rozsianym. Dlatego trochę wiem, o tym, jak trudno żyć z tą chorobą. Krzysiek wykonał nieprawdopodobną rzecz, pokazując wolę walki i samozaparcie. Odniósł osobiste zwycięstwo długo przed finałową dogrywką. Czy powinien wygrać? Tak, to rzecz dyskusyjna.

To kto powinien wygrać "Tylko taniec. Got To Dance"? Ostatnio odniosłam wrażenie, że niekoniecznie najlepszy tancerz, tylko właśnie najbardziej wzruszająca historia.

- Ostatecznego wyboru dokonują widzowie i ten wybór należy uszanować. Owszem, wolałabym, żeby wygrał poruszający i zachwycający taniec, a nie sama historia.

Dzieci też chyba niełatwo się ocenia...

- Zawsze sobie zadaję pytanie: czy oceniać sam występ, czy brać choć minimalną poprawkę na to, że mamy do czynienia z dzieckiem. Na szczęście ostatnio zaczęły przychodzić niesamowite dzieciaki. I cieszę się, że z czystym sumieniem mogę przycisnąć zielony guzik, bo na scenie wystąpiło "zjawisko". Dzieci zwykle nie są perfekcyjne technicznie i nie dają spektakularnego widowiska tanecznego. Ale przecież oprócz tańca liczy się coś jeszcze. Coś bardziej ulotnego i trudnego do nazwania: charyzma, osobowość sceniczna, a czasem po prostu niebywały ładunek pozytywnej energii.

A pani jeszcze tańczy?

- Zdarza się... A w duszy nieustannie.

Czyli rozumiem, że rzadko!

- (śmiech) Ale bardzo tęsknię za tańcem. Marzy mi się ciekawy musical. Przecież na początku swojej kariery występowałam właśnie w musicalach.

Potrafiłaby pani żyć bez teatru?

- Kiedy mniej gram, dopada mnie tęsknota za zakurzoną kurtyną, za dechami na scenie i za poczuciem, że wszystko dzieje się tu i teraz. Nie raz, gdy przychodzę do teatru zmęczona, po dniu spędzonym na planie serialu, na scenie natychmiast odzyskuję siły i znowu czuję podekscytowanie. My, aktorzy, dzielimy się z publicznością swoją energią. Taka wymiana działa z nieprawdopodobną siłą w obie strony.

Słyszałam, że ostatnio po spektaklu "Wydmuszka" dostała pani brawa na stojąco.

- I to jest właśnie najpiękniejsza nagroda! Wtedy te ciemne strony show-biznesu - panowie jeżdżący za mną z aparatami i siedzący w krzakach pod moim domem i te bzdury wypisywane przez portale - przestają mieć znaczenie. A kiedy już wracam z teatru do domu i tam znajduję spokój i miłość, to po prostu chce mi się żyć.

Może te wszystkie kłamstwa na pani temat są wymyślane, dlatego, że ludzie zazdroszczą pani szczęścia?

- Kiedy byłam po rozstaniu, postrzegano mnie jako fajną, bo nieszczęśliwą. Kiedy się zakochałam, to wszyscy wyrokowali, że miłość na odległość nie ma szans na przetrwanie. Kiedy był ślub, a potem dziecko, można było mi wytknąć parę kilo do przodu. Coś zawsze trzeba znaleźć! (śmiech). Nie będę przepraszać za to, że jestem szczęśliwa. Ale takiego szczęścia życzę innym.

Iwona Zgliczyńska
SHOW 6/2013

Show

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje