Tomasz Stockinger: Moja definicja szczęścia

– Jestem zadowolony z takiego życia, jakie sobie układam. Ale nie jest powiedziane, że kiedyś się nie ustatkuję – mówi aktor.

Wyważony, refleksyjny, nie narzeka na los. Wyznaje zasadę, że w życiu trzeba liczyć na siebie, a problemy są po to, aby się z nimi mierzyć. Tomasz Stockinger (63) w poruszającej rozmowie o swym obecnym życiu.

Reklama

Wspomina pan czasem serialową żonę, Agnieszkę Kotulankę?

Tomasz Stockinger: - Mam ją w pamięci, zresztą mamy wszyscy z ekipy "Klanu". Jej portret wisi w moim serialowym mieszkaniu, można więc powiedzieć, że widzimy się prawie codziennie.

Mam wrażenie, że do tej pory nikomu nie udało się wypełnić pustki po niej.

- I nie uda, bo ludzie byli bardzo przywiązani do postaci, którą Agnieszka grała przez 16 lat. Stworzyła ją sympatyczną, miłą, ciepłą. Niestety, nie udało się wygrać z chorobą alkoholową, stało się tak, jak się stało. Pozostał żal i smutek.

Nie myśli pan, z perspektywy czasu, że może jednak można było zrobić coś więcej? Fani mają np. pretensje, że reżyser nie dał jej furtki powrotu do serialu.

- Fani nie wiedzą wszystkiego, nie wiedzą jak w ostatniej fazie wyglądała praca z Agnieszką, jakie toczyły się z nią rozmowy, jak staraliśmy się jej pomóc, gdy pojawiała się na planie. Czekaliśmy na Agnieszkę przez cały sezon i to była ta furtka. Nie pomogło. Potem zupełnie się wyizolowała. Była osobą bardzo skrytą, nie chciała z nikim utrzymywać kontaktów poza planem. Nie wiem co można było zrobić więcej. Ta choroba jest niestety okrutna i wymaga walki chorego z samym sobą. Nie poradziły sobie też Whitney Houston, George Michael czy Prince. Mieli wszystko, sławę, pieniądze, ale przegrali życie.

Panu zdarzył się taki moment, że był pan na zakręcie, potrzebował pomocy?

- Nie. Od zawsze wyznaję zasadę: Umiesz liczyć, licz w życiu na siebie. Staram się zawsze trzymać na powierzchni i nie dopuszczać do sytuacji, w której będę bez wyjścia.

Jednym słowem jest pan mężczyzną zaradnym. I podobno bardzo zabieganym.

- Większość roku spędzam na planie "Klanu". W ciągłej gotowości jak żołnierz, wyczekuję na plan pracy, o której i gdzie trzeba stawić się na zdjęcia, uczę się roli. Dużo koncertuję ze swoimi recitalami po Polsce, więc weekendy spędzam w drodze. Może dlatego w tym roku czuję się trochę podmęczony. Marzę o tym, by pojechać na kilka tygodni nad morze i zapomnieć, że jestem aktorem.

Może czas zwolnić tempo...

- Na pewno to jest odpowiedni moment. Szczęśliwie, jak co roku, właśnie kończą się zdjęcia i mam przed sobą dwa miesiące urlopu. Wracając do pani pytania - mogę od czasu do czasu narzekać, ale lubię takie tempo życia. I gdybym nie mógł z jakichś powodów grać w serialu, to na pewno grałbym więcej w tenisa. Wiem jednak, że kiedyś pewnie przyjdzie czas, że będę zmuszony zwolnić tempo.

I co wtedy?

- Mam już plan B na życie. W końcu zajmę się majsterkowaniem w domu, na które wciąż nie mam czasu. Porobię nowe półki, poskręcam stare krzesła, naprawię radio z dawnych lat. Ale, póki co, nie planuję żadnych rewolucji w życiu: rzucania pracy w serialu, o co pytają najczęściej dziennikarze albo zmiany stanu cywilnego.

Co jakiś czas tabloidy rozpisują się o pana nowych miłościach.

- Kobiety wciąż mnie fascynują. Czasem zdarzy mi się umówić na randkę, pójść do teatru czy na kolację. I to jest wspaniałe, móc spędzić czas w ten sposób, w towarzystwie pięknej kobiety. Nie mam zamiaru jednak zakładać rodziny, bo dla mnie to już nie ten czas. Jeśli zaś chodzi o plotki, to przyzwyczaiłem się już do tego typu rewelacji i staram się po prostu nie zaprzątać nimi głowy.

Nie brakuje panu kobiety w domu? Przez 20 lat był pan żonaty. Mężczyźni czasem tęsknią do pewnych rytuałów, nawyków domowego życia.

- Generalizuje pani. Przecież każdy mężczyzna to osobny egzemplarz. Ja jestem zadowolony z takiego życia, jakie mam, jakie sobie układam. Ale nie jest powiedziane, że się kiedyś nie ustatkuję.

Nie czuje się pan samotny?

- Absolutnie nie. Mam wokół siebie dużo bliskich przyjaciół, z którymi spędzam czas, choćby na turniejach tenisowych. Niedawno urodziła mi się wnuczka Oliwia, mój syn stawia pierwsze kroki w byciu ojcem. Odwiedzamy się, rozmawiamy, wspominamy dawne czasy, gdy on był mały, a ja trochę młodszy.

Jakim jest pan dziadkiem?

- Na razie przyglądającym się wnuczce z uwagą. Większość czasu naturalnie spędza przy rodzicach, ale gdy mam okazję wpaść do nich, pójść z nią na spacer, bardzo mnie wzrusza. Jest jeszcze malutka, uczy się wszystkiego. Wyczekuję czasu, kiedy Oliwka będzie miała 3 latka i będę mógł z nią porozmawiać, zabrać na lody, do teatru.

Pana definicja szczęścia?

- Szczęście to jest coś, do czego każdy dąży i właściwie polega ono na tym dążeniu. Jeśli któregoś dnia obudzę się i stwierdzę, że jestem szczęśliwy, to po co miałbym wstawać z łóżka? Problemy, przeciwności losu, własne słabości są po to, żeby się z nimi brać za bary.

Czego panu najbardziej brakuje dziś, by poczuć szczęście?

- Staram się myśleć o tym, co mam, a nie o tym, czego nie posiadam. Miałem szczęście w życiu, bo w zawodzie radzę sobie dobrze, bo jestem zdrowy, bo spełniam swoje pragnienia, np. śpiewam, a ludzie chcą mnie słuchać. Ale też wiem, że szczęście nie jest nam dane raz na zawsze. I na pewno szczęściu trzeba pomóc. Nie można siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż samo się zjawi. I oczywiście trzeba być zawsze otwartym na miłość.

Wracając do relaksu, jak lubi pan wypoczywać?

- Latem najchętniej odpoczywam czynnie: od 20 lat gram w tenisa z przyjaciółmi, lubię jeździć na rowerze, pływam. Przyjemność sprawia mi jazda samochodem i słuchanie muzyki, pójście do teatru albo przeczytanie dobrej książki. A czasem lubię po prostu poleżeć na kanapie i pomyśleć o różnych rzeczach.

Jest pan typem romantyka?

- Oczywiście, że jestem i oczywiście w miarę możliwości.


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje