Reklama

Reklama

Ubezpieczyłam się od sputników

Katarzyna Grochola należy do tych autorów, którzy sprzedają sto tysięcy egzemplarzy książki, zanim ta ukaże się na rynku.

PANI: Z jakim uczuciem siada się do pisania kolejnej powieści?

Katarzyna Grochola: Mam dużo większe oczekiwania wobec siebie. Co nie znaczy, że czekam na Nobla czy chcę być najpopularniejszą pisarką w kraju. Ja po prostu muszę pisać, żeby żyć. A trudno mi się ostatnio siadało do komputera.

Co było od tego ważniejsze?

Katarzyna Grochola: Rodzina. Choroby. Moja najnowsza powieść "Trzepot skrzydeł" powstawała przez dwa bardzo trudne dla mnie lata. Choćby przez to uważam ją za książkę bardzo dla mnie szczególną.

Reklama

Czy jest jeszcze inny powód, dla którego ta książka jest dla Pani tak istotna?

Katarzyna Grochola: Po raz pierwszy udało mi się stworzyć kompletny obraz mężczyzny. Poza tym sądzę, że trochę szerzej uchwyciłam istotę związków międzyludzkich, procesu uzależnienia często nazywanego miłością.

Skąd bierze się ta potrzeba analizowania relacji łączących ludzi?

Katarzyna Grochola: Każdy widzi, jaki jest cudzy związek, a nie dostrzega, jaki jest jego.

Czy zatem pisząc, przyglądała się Pani przy okazji swojemu związkowi?

Katarzyna Grochola: O tak, tworząc, zawsze dotykam własnej duszy. Tym razem tego kawałka, który jest bardzo uległy i niepokorny, jednocześnie znoszący upokorzenia. A przy tym agresywny i skłonny do manipulacji. W każdym z nas jest trochę z oprawcy. Nie sądzę jednak, żeby właściwe było opowiadanie swojego życiorysu w sposób ekshibicjonistyczny, z wywalaniem bebechów na stół. Dlatego choć "Trzepot skrzydeł" opowiada o znęcaniu się mężczyzny nad kobietą, proszę nie myśleć, że powieść oparta jest na wątkach autobiograficznych.

Po której książce zaczęła Pani mówić o sobie "pisarka"?

Katarzyna Grochola: Po tej. Nazywałam się tak wcześniej, ale dopiero teraz czuję, że to prawda. Już nie jestem tą dziewczynką, której udało się napisać "Nigdy w życiu". Każda z moich powieści ma inne znaczenie. Debiut "Przegryźć dżdżownicę" jest ważny, bo to książka, w której pisałam to, co płynęło mi z serca. "Ja wam pokażę", bo odniosło sukces...

"Nigdy w życiu" czy "Ja wam pokażę" świetnie się sprzedały, ale zostały sklasyfikowane jako lekkie, łatwe i przyjemne. Przeszkadza to Pani?

Katarzyna Grochola: Nie mam sobie za złe, że napisałam te powieści. Myślę, że czerpię z nich siłę.

Do czego?

Katarzyna Grochola: Do odradzania się. Wciąż borykam się z kłopotami, zmartwieniami, tym wszystkim, co mnie przygniata do ziemi. Miewam także irracjonalne lęki. Na przykład takie, że sputnik może spaść mi na głowę. Dlatego, przy całej wierze w opatrzność, ubezpieczyłam dom od obiektów spadających z kosmosu, na przykład sputników.

Często rozmawia Pani z ludźmi?

Katarzyna Grochola: Tak, i mam przyzwolenie, aby wykorzystać kilka opowiedzianych mi historii.

Słucha Pani tylko czy radzi?

Katarzyna Grochola: Niestety także radzę.

Czy tutaj dają o sobie znać lata spędzone w dziale porad jednego z miesięczników?

Katarzyna Grochola: Oczywiście. Ale tę pracę przyjęłam także dlatego, że należę do osób, które zawsze wiedzą lepiej. To jest koszmarne. Zwłaszcza dla bliskich.

A czy udało się Pani spotkać na swojej drodze ludzi, którzy wyciągnęli do Pani pomocną dłoń?

Katarzyna Grochola: Setki. Chciałam swoją nową książkę zadedykować tym kobietom, które mi w życiu pomogły, ale ich nazwiska nie mieściły się na stronie tytułowej, a nikogo nie chciałam pominąć. Ani sąsiadki, która pożyczyła mi betoniarkę. Nigdy nie wzięła za to ani grosza, zresztą ja tych pieniędzy nie miałam. Ani przyjaciółki przychodzącej z pościelą, by u mnie nocować, gdy spotkało mnie coś złego. I ludzi szukających ze mną kota. I tych dających mi pracę. Pana, który podjechał pod mój dom zielonym samochodem i wręczył mi 50 róż oraz małą paczkę. Myślałam, że w środku jest książka. A to było 10 tysięcy. Dowiedział się, że wysiadł mi kręgosłup i nie mam na lekarza. Tysiąc złotych kosztowała terapia. A pozostałe dziewięć podzieliłam na dwanaście miesięcy. I żyłam za nie przez rok. Pamiętam to bardzo dobrze.

Wiem, o czym Pani mówi. Mnie też kiedyś w wielkiej biedzie ktoś podarował banknot dwustuzłotowy. Pamiętam, jak wyjmowałam go z koperty.

Katarzyna Grochola: Ale teraz, gdy pracuje już pani w luksusowym magazynie, przyzna się do tego w rozmowie ze mną?

Tak.

Katarzyna Grochola: To, co w życiu dostałam, nigdy mnie nie upokorzyło. Może z wyjątkiem okresu, gdy byłam bardzo młoda i wydawało mi się, że ktoś chce mnie kupić prezentem. Ale to jest sposób myślenia niedojrzałej osoby. Dojrzała przyjmuje to, co się jej daje, z olbrzymią wdzięcznością. Myślę, że to wielka sztuka nauczyć się brać.

Rozmawiała Anna Grużewska

Tekst pochodzi z magazynu

PANI
Dowiedz się więcej na temat: Katarzyna Grochola

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje