Urwis od Józefowiczów

Strzelał z łuku do samochodów, chował się w kapuście, gdy szukało go całe miasto. Rodzice mieli z nim urwanie głowy!

Zbliżał się wieczór, a kilkuletniego Januszka wciąż nie było w domu. W poszukiwania chłopca zaangażowali się niemal wszyscy mieszkańcy Świecia nad Wisłą. Nawoływali, zaglądając do każdego zakamarka. Zaledwie kilkanaście metrów dalej, w samym środku pola z kapustą, zamieszaniu przyglądał się "zaginiony". "Przecież nie mogłem wyjawić, gdzie jestem, bo prowadziłem akcję »niewidzialna ręka«", wyjaśnia SHOW Józefowicz. Akcja polegała na tym, że wraz z kolegami w tajemnicy pomagał mieszkańcom Świecia.

Reklama

"Naprawialiśmy płoty, porządkowaliśmy podwórka, a potem zostawialiśmy kartkę z odciśniętą czarną dłonią", wspomina. Chłopiec lubił pomagać innym, ale do aniołka było mu bardzo daleko! "Pewnego razu wróciłem do domu w asyście milicji", mówi z dumą. Został przyłapany, jak strzelał z łuku do przejeżdżających samochodów!

Potem tłumaczył, że był Indianinem, a przejeżdżające samochody - pędzącymi bawołami. Rodzice mieli z nim prawdziwe urwanie głowy! Zresztą ich drugi syn Andrzej, starszy od Janusza o półtora roku, też aniołkiem nie był. "Gdy podrośliśmy, mieliśmy z bratem taki układ, że ja zaczynałem bójki, a Andrzej je kończył", śmieje się Janusz. I dodaje: "Mój ojciec był człowiekiem spokojnym i opanowanym. Za to mama była prawdziwym wulkanem energii. Widać temperament odziedziczyliśmy po niej".

Więcej przeczytasz w najnowszym wydaniu magazynu, w sprzedaży od 7 listopada!

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje