Reklama

Reklama

Wojciech Gąssowski: Ze stadionu na estradę

Był utalentowanym sportowcem. Na szczęście dla nas zamiast walki o puchary lub medale wybrał kapryśny los artysty.

Jego "Zielone wzgórza nad Soliną", a zwłaszcza "Gdzie się podziały tamte prywatki" na dobre zajęły miejsce w naszej pamięci i sercach. Piosenkarz już od kilkudziesięciu lat żyje muzyką, dla której poświęcił kilka naprawdę ważnych spraw.

Mały piłkarz z podwórka

Wychował się w warszawskiej dzielnicy Mokotów. To tam, z gromadą koleżków z podwórka zaczął grać "w nogę", a zimą w hokeja, w ogródku jordanowskim. Uwielbiał to i zdawało się, że na serio zajmie się sportem, póki nie odkrył dla siebie muzyki rozrywkowej. Zaczęło się w podstawówce od "grzecznych" nagrań Marii Koterbskiej i Janusza Gniatkowskiego, aż w końcu stało się: za pośrednictwem radia Luxembourg usłyszał rock and rolla. Tak go urzekła ta muzyka, że zaczął śpiewać!

Reklama

Rodzice wprawdzie się martwili, bo przestał się uczyć, ale ulegli jego prośbom i kupili mu pierwszą gitarę. Efekt był taki, że prawie nie zaglądał do podręczników, aż zaniepokojeni wysłali go na rok do szkoły z internatem ojców pijarów w Krakowie. Mnisi trzymali go tam krótko, ale już było za późno, żeby "sprowadzić chłopca na dobrą drogę". Bez przerwy szukał okazji, by wymknąć się spod kurateli zakonników do któregoś z klubów jazzowych.

Nieoczekiwana zamiana miejsc

Pomimo wszystko nie sądził, że zawodowo zajmie się muzyką. Uprawiał z powodzeniem szermierkę, biegał na 800 m, skakał w dal, i oczywiście  grał w piłkę nożną, już z juniorami klubu Gwardia Warszawa. Gdy przyszedł czas ustalania planów na przyszłość, uzgodnił z rodzicami, że pójdzie na AWF. Zdał nawet część egzaminów wstępnych i miał wyjeżdżać na obóz ze studentami, kiedy znów plany pokrzyżowała mu piosenka. A nie brał tego pod uwagę.

Co prawda wcześniej uczestniczył w warszawskich eliminacjach do Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie, ale zajął w nich drugie miejsce, po... Waldemarze Łysiaku, znanym obecnie pisarzu i publicyście. To Łysiak miał pojechać na festiwal, jednak... nie puścił go ojciec, bo impreza odbywała się w tym czasie, co egzaminy wstępne na architekturę. Takim sposobem przeznaczenie dopadło Gąssowskiego.

On też miał spory dylemat: poświęcić studia dla muzyki, czy nie. - Wybrałem jednak scenę i chyba dobrze zrobiłem - wspomina. Znalazł się w złotej dziesiątce laureatów, po czym zaprosił go do współpracy zespół "Czerwono-Czarni", z którym koncertował w całej Polsce. Wkrótce całkowicie pochłonęła go kariera i barwne życie artysty estradowego.

Serce nie sługa

Nigdy nie ustatkował się na dłużej, chociaż kobiety go kochały. W młodości miał długi romans z Kaliną Jędrusik. Wyrozumiały mąż aktorki, pisarz Stanisław Dygat, także o dziwo go polubił. - Szybko znaleźliśmy wspólny język, ponieważ Staś, podobnie jak ja, był pasjonatem sportu i chodziliśmy razem na imprezy sportowe - wspominał Gąssowski.

W latach 80-tych związany był z tancerką, Małgorzatą Potocką, występował też razem z nią i jej grupą baletową, "Sabat". Wspólnie przetrwali chwile grozy na pokładzie statku "Achille Lauro", który został porwany przez terrorystów. - Mieliśmy szczęście i przeżyliśmy, ale od tego czasu moja noga nie stanęła na żadnym statku - opowiada artysta.

Kiedy i ten związek się rozpadł, przeprowadził się do... sąsiadki, Elżbiety Jaworowicz, gospodyni "Sprawy dla reportera". Był też związany z bizneswoman, córką piosenkarki Steni Kozłowskiej. Aż poznał panią Izę z Sopotu, która jest młodsza od niego o trzydzieści lat. Niby rozstali się, ale na zeszłorocznym festiwalu znowu widziano, jak trzymają się za ręce, a więc... może do siebie wrócą?

Gąssowski mało mówi o swoim życiu prywatnym. - Nie chcę żyć życiem innych i nie chcę być sam dla innych pożywką. Być może panie, z którymi byłem, nie życzą sobie, żebym opowiadał o nich. To, co było między mną a kobietą, niech zostanie tylko między nami - tłumaczył kiedyś Dziennikowi Bałtyckiemu.

Życie bez telefonu

Mimo że nie założył rodziny, to najwyraźniej czuje się spełniony - zwykle dopisuje mu humor i uważa się za optymistę. Może dlatego, że nie pozwolił wyposażyć się w telefon komórkowy? Więcej: przysięga, że nie będzie go miał, bo przeraża go wszechobecność komórek i fakt, że ludzie nie umieją się z nimi rozstać. Co prawda mieszka sam i sam też dba o dom, lecz nie przychodzi mu to z trudnością, bo... lubi sprzątać. - Dobrze mi to wychodzi. To pewnie wynika stąd, że ja jestem taki porządnicki, dobrze się czuję, jak mam wszystko na swoim miejscu - opowiada. Ma wtedy więcej czasu na swoje pasje, do których wciąż należy sport.

Gąssowski bywa na wszystkich meczach naszej reprezentacji piłkarskiej, przyjaźni się z działaczami i zawodnikami. Końcówka lata to dla niego trudny moment, bo lubi słońce. Dlatego od trzydziestu paru lat wyjeżdża o tej porze roku do Toskanii, którą uwielbia, podobnie jak włoską kuchnię. No i wciąż dużo koncertuje. Podobno ma też pomysł na kolejną płytę.

Dorota Filipkowska

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Naj

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje