Reklama

Reklama

Wojciech Mann pokazuje swój album

Książka Wojciecha Manna "Fotografomania" ukazała się nakładem wydawnictwa Znak.

To odnalezione zdjęcie dowodzi, iż marzenia mogą się spełniać. Jeśli mnie pamięć nie myli, to wydarzyło się zimą w Zakopanem. Zaprzągłem dzielnego góralskiego konika do bryczki, gwizdnąłem na wracającego właśnie z górskiej wyprawy ratow­niczej bernardyna Miśka, załadowałem siostrę, chwyciłem lejce i w drogę! Całej trasy dokładnie nie potrafię odtworzyć, ale z pomocą przychodzi na szczęście fotografia. Uwieczniono na niej zakończenie naszej wyprawy. Charakterystyczna fontanna w tle pozwala stwierdzić, że razem z siostrą i Miśkiem przyjechaliśmy z Zakopanego do Gdańska, na ulicę Długą.

Reklama

Pierwsza udokumentowana fotograficznie próba wykorzystania przeze mnie czegokolwiek, jako pojazdu pochodzi z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesią­tych XX wieku. Zgodność rzeczywistej sytuacji z marzeniem występuje jedynie w sferze pory roku i wypranej garderoby. Zdjęcie wykonano najprawdopodobniej wiosną, w pełnym słońcu. Jak dokładnie widać, pojazd, którym jadę, jest niezbyt szybki, a może nawet należałoby powiedzieć, iż jest bardziej w stanie spoczynku niż w ruchu.  Jego aerodynamika pozostawia sporo do życzenia, ale kierowca (ja) wydaje się przygotowany do gwałtownego startu. W związku z brakiem dachu (pień kabriolet?) Sportowy kombinezon uzupełnia zawadiacka, kolorystycznie dopasowana rajdowa czapka. Jeżeli kogoś niepokoi brak kierownicy, wyjaśniam, że pniem steruje się nogami, nieco podobnie jak w czasie jazdy rowerem bez trzymanki.

Nie muszę chyba dodawać, że zaraz po wykonaniu tego zdjęcia wsiadłem do wozu i pojechałem z cud piękności zapatrzoną we mnie młodą kobietą na romantyczną wycieczkę...

Jest też druga fotografia, najwyraźniej wykonana tego samego dnia, na której stoję na sankach już bez dziadka. W pozycji pionowej utrzymuje mnie znana już z poprzedniego zdjęcia moja Mama. Futro bez zmian, podobnie jak czapka, która bardzo mnie intryguje, gdyż w ogóle jej nie pamiętam. Nie pamiętam również pieska. Widać go trochę niewyraźnie, ale to chyba nie malamut. Może to być polski nizinny pies pociągowy rasy niejasnej, ale nie wiem na pewno. Może zresztą to mały srokaty konik?

Marynareczka pasiasta podłużnie, dyskretnie wyszczu­plająca, koszula, co widać przy odpowiednim powięk­szeniu, z drobniutkiego sztruksu, krawat samodzielnie wiązany, zawadiacko przesunięty, żeby nie było, że komuś tu zależy na nudnej precyzji... Zdjęcie z udziałem lewego ucha, najprawdopodobniej, więc wykonane między in­nymi z myślą o paszporcie. Niech sobie ci za granicą nie myślą, że u nas nie ma drobniutkiego sztruksu.

Zdjęcie to jest pewnym symbolem czasów, w których powstało. Miejsce akcji: Warszawa, Śródmieście. Na pierwszym planie metalowe kubły na śmieci, jeszcze nie opróżnione. Widoczne jest charaktery­styczne wygięcie pokrywy jednego z nich. Świadczy ono o tym, że kubły miały już do czynienia z nowoczesnymi wozami MPO. To samo zdjęcie dowodzi, że w tamtych czasach segregacja odpadów odbywała się wedle innej nieco niż dzisiaj zasady. Odpady dzieliły się na dwie podstawowe grupy - potrzebne i niepotrzebne. Niepotrzebne się wyrzucało i było po segregacji. Symbol drugi: ulica. Fotografię wykonano z pewnością w ciągu dnia, a na ulicy w ogóle nie ma ruchu! W oddali widać jeden czy dwa stojące przy krawężniku pojazdy, ale ani śladu parkometrów. Raj dla kierowców. Symbol trzeci: lokalizacja bohatera zdjęcia, czyli mnie. Stoję w budce telefonicznej. Nikomu wówczas jeszcze się nie śniły powszechnie dostępne telefony komórkowe, więc takie rozsiane po mieście rozmównice (tak się to kiedyś nazywało) pozwalały na uzyskanie kontaktu międzyludzkiego. Pozwalały albo nie pozwalały, bo dobrze to wy­glądało jedynie w teorii. Przede wszystkim, obywatel mógł podjąć próbę kontaktu tylko z taką osobą lub miejscem, które również posiadały zainstalowany telefon. Jeszcze jednym symbolem czasów jest mój strój, a konkretnie: nakrycie głowy. Wy­nika ono z fascynacji westernami i ich szlachetnymi bohaterami, szeryfami i rewolwe­rowcami. Jednym z moich ulubionych aktorów był wówczas Gary Cooper. Wydaje mi się, że w pewnym oświetleniu, bez okularów i w kapeluszu, można mnie było z nim pomylić. Nietrudno zauważyć, że nie ja jeden byłem zauroczony poetyką westernu. Tą samą warszawską ulicą nieopodal mojej budki idzie spacerkiem jeszcze jeden krajowy Gary Cooper.

Wracając do Hiszpanii, to z pewną skruchą muszę się przyznać, że niektóre zdjęcia tam zrobione dziś nazwalibyśmy "ustawkami". Ustawiałem się co prawda sam ze sobą, ale jednak były to celowo przygotowane i przemyślane sytuacje. Oto zdjęcie, na którym pozuję na skraju hiszpańskiego lasu. Tłem są charaktery­styczne hiszpańskie drzewa i inne zarośla. Ja (w czapce) siedzę na pieńku w niby niedbałej, ale wystudiowanej pozie. Mam na sobie wakacyjną koszulkę z koloro­wym nadrukiem, model wówczas niedostępny w kraju. Jest to dyskretny sygnał, że nosiciel tej garderoby jest człowiekiem światowym, starannie dobierającym stroje w międzynarodowych salonach. Dodatkowym akcentem podkreślającym naturalny internacjonalizm modela jest trzymana w prawej dłoni puszka coca­-coli. Zaznaczmy wyraźnie, że puszka, czyli opakowanie jeszcze wówczas w Polsce nie stosowane - to znaczy, że napój wewnątrz jest ZAGRANICZNY. Jedynym elementem nieco zawstydzającym jest woreczek noszony przez bohatera zdjęcia na przegubie. Ale wszakże nie mogłem chodzić po hiszpańskim lesie z walizką czy neseserem ani też wypychać kieszeni świetnie leżących spodni dużymi sumami pieniędzy i dokumentami.

Zasobność Kuwejtu od pierwszych chwil była widoczna i odczuwalna. Co prawda, jak mi powiedziano, od czasu wojny z Irakiem ostentacyjne chlubienie się bogac­twem zdecydowanie zostało ograniczone, ale i tak to, co zostało, robiło duże wra­żenie na przybyszu z Polski. Żeby się jakoś z tym oswoić, na początek zajrzałem do jubilera Burgana. Chciałem po prostu zorientować się ogólnie, czy mają tam coś godnego zainteresowania. Wybrałem oddział numer 6, bo był najbliżej.

Doświadczenia kuwejckie spowodowały, że przy następnych wypadach w tamte rejony byłem już dużo lepiej przygotowany pod względem stroju. Z wąsami nadal krucho, ale wizerunkowo duży postęp.

Robiłem wrażenie nie tylko na sobie, ale także na miejscowych. Dość powiedzieć, że przechodzący Tunezyjczycy pozdrawiali mnie jak swego słowami: "Hello, Ali Baba!". Na dowód mojej transformacji przedstawiam tę fotografię. Wydaje mi się, że ja to ten w okularach po lewej stronie. Chociaż niewykluczone, że jestem tym po prawej.

Biedny M. najwyraźniej nie zauważył, że na jego drodze stanęło lustro i nakręcił po prostu... siebie! Musiało tego dnia wiele być utyskiwania na gapiostwo M., a pewnie i śmiechu co niemiara.

Widok kantoru załatwiającego na poczekaniu tak ważne w życiu człowieka sprawy spowodował, że przez dłuższy czas stałem przy wejściu do szemranego przybytku jak wryty. Moje oszołomienie i bezruch trwały wystarczająco długo, by towarzyszą­ca mi osoba mogła wykonać to zdjęcie, na którym wyraźnie widać moje obrzydze­nie i bezbrzeżną pogardę dla takiego trywializowania związków między ludźmi.

Spośród najróżniejszych zajęć, jakie zdarzyło mi się wykonywać, od dawien dawna aż po dziś dzień ulubionym jest występowanie w radiu. A jeszcze kon­kretniej - w Programie Trzecim Polskiego Radia. Niestety, fotodokumentowanie pracy radiowca najczęściej sprowadza się do uwieczniania dosyć monotonnej sytuacji - siedzenia przed mikrofonem. Radio, jak wiadomo, czaruje nie tym, co widać, ale tym, co słychać. Dodam, że to, co słychać, trafiając do odbiorcy, powin­no powodować jakąś reakcję, przywołać skojarzenia i co nie mniej ważne, budzić emocje. Ta wyłącznie dźwiękowa łączność z niewidzianym audytorium jest czymś dla mnie zupełnie fascynującym. Zupełnie niefascynujące za to są fotografie wy­konane w radiu. Oto przykład.

materiały promocyjne

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje