Wolszczak i Harasimowicz: O miłości dojrzałej...

Przez wiele lat byli gdzieś obok siebie, spotykali się i... każde wiodło swoje życie. Dopiero, gdy oboje byli już po czterdziestce, po przejściach, coś mocno zaiskrzyło. I iskrzy do dziś, od 15 lat!

Związek aktorki Grażyny Wolszczak (57 l.) oraz aktora, scenarzysty i pisarza Cezarego Harasimowicza (60 l.) jest niezwykły. Ci, co ich dobrze znają, twierdzą, że mimo upływu lat, ich miłość jest coraz piękniejsza, dojrzała i oboje wciąż na swój widok mają ten sam błysk w oczach... Błysk pełen uczucia.

Reklama

Grażyna Wolszczak: Na pewno inaczej błyszczą nam te oczy niż to było na początku.

Cezary Harasimowicz: Dzisiaj rano siedziałem w kąciku, piłem kawę, w domu była absolutna cisza. Grażyna wstała i nagle usłyszałem, bo ona często gada do siebie: "O nie! Nie ma go, poszedł gdzieś". I tak mi się miło zrobiło.

GW: Bo lepiej mi w życiu, kiedy jesteś, niż jak cię nie ma obok.

Jaka jest miłość dojrzała?

GW: Z czasem wielkie porywy namiętności zmieniają się w przyjaźń i czułość.

CH: Pierwsza miłość zawsze jest głupawką. My, gdy się spotkaliśmy, byliśmy już dojrzałymi ludźmi, po przejściach.

GW: Po przejściach, nie po przejściach, ale zawsze jest ekscytacja, bo jak pisał poeta - "każda miłość jest pierwsza".

Pamiętacie Wasze pierwsze spotkanie?

GW: To było tak dawno temu... Oblałam egzaminy na psychologię, pojechałam do Wrocławia do teatru pantomimy, a Cezary był studentem Studium Aktorskiego przy Teatrze Polskim.

CH: Pantomima grała spektakle także w Teatrze Polskim, widywaliśmy się więc na korytarzach często.

GW: Czarek od razu wydał mi się interesujący, wiesz, wysoki blondyn (he, he). Ale podrywał mnie jego kolega z roku.

CH: Spodobała mi się, ale nie miałem śmiałości. Łatwiej było mi poderwać jej koleżankę.

GW: Po latach, kiedy powiedział, że od pierwszego wejrzenia mu dech zaparło, uznałam to za kurtuazję. Uwierzyłam, kiedy opisał, w co byłam ubrana.

Naprawdę pamiętałeś?

CH: Kiedy ją zobaczyłem po raz pierwszy, siedziała na podłodze i miała naciągnięty na kolana obszerny sweter. Miała długi warkocz na ramieniu - był jej znakiem rozpoznawczym.

Kiedy spotkaliście się ponownie po latach?

GW: Co jakiś czas wpadaliśmy na siebie. I zawsze było nam do siebie po drodze. Ale ja miałam męża, Cezary żonę...

CH: W końcu los nas zetknął, gdy oboje byliśmy znowu wolni, choć po przejściach.

GW: Kiedyś zobaczyłam zdjęcie Cezarego z tatuażem. Jakoś mi ten tatuaż nie pasował do Czarka, rozśmieszył mnie, więc zadzwoniłam. Chciałam zażartować, ale trafiłam na moment, kiedy jemu wcale nie było do śmiechu.

CH: Właśnie się rozwodziłem. Naprawdę byłem w ciężkim dole. W jakimś magazynie przeczytałem wywiad z Grażyną, jaka jest szczęśliwa w nowym związku, że kiedy wchodzi do domu i wie, że ktoś na nią czeka...

GW: Ciekawe o kim tak opowiadałam? (śmiech) Rzeczywiście ja nie znoszę być sama. Tak jak dziś rano - nie potrzebuję, żeby ktoś mnie nosił na rękach, tylko po prostu był obok.

CH: Gdy znów zobaczyłem zdjęcie Grażyny, napisałem SMS-a.

Romantycznego?

GW: No bardzo! "Pozdrowienia. Cezary H." (śmiech). Najpierw nie zorientowałam się od kogo ta wiadomość. Ale potem przypomniałam sobie, to H - to Harasimowicz. Odpisałam. Coraz dłuższe były te SMS-y, a mnie nie chciało się już stukać w klawisze, więc zaproponowałam: chodź na kawę, pogadamy.

Postanowiłaś wziąć sprawy w swoje ręce?

GW: Przysięgam, zero podtekstu, byłam ciekawa co u niego słychać. Ale Cezary odebrał to jako "zaproszenie do tańca".

CH: Bo "chodźmy na kawę" od kobiety oznacza, że uchyla drzwi. Odebrałem tę propozycję jednoznacznie.

GW: Spotkaliśmy się w kawiarni na Żurawiej. Przyszedł z różą.

CH: Mama tak mnie wychowała, że jak się idzie na randkę, trzeba kupić kwiaty.

I miłość, jak grom z nieba?

GW: Nie. Po prostu czułam, że jest za fajny, żebym mogła go przegapić. Zaprosiłam go na kolację.

CH: Ale ja zaprosiłem cię do kina.

GW: No tak, to był ten sam wieczór. Najpierw kino, potem kolacja. To była pierwsza randka. Dla mnie to nie był dobry moment. Po kilku nieudanych związkach miałam dość mężczyzn. Postanowiłam odpocząć od nich, nabrać dystansu. Aż tu nagle z nieba spada wprost w moje ramiona, nie blondyn już wprawdzie tylko łysy, ale ciągle przystojniak.

I co zrobiłaś?

GW: Po paru miesiącach zaproponowałam, żeby wprowadził się do mnie. Nie chciał. Miał idiotyczne przekonanie, że to mężczyzna powinien zaprosić do swego życia kobietę, więc to on powinien mi coś zapewnić. Tymczasem on mieszkał kątem u mamy, a ja miałam mieszkanie.

CH: Jestem trochę przedwojennego chowu. Powiedziałem jej: "Nie wypada". Dopiero pani Hanna Krall mnie przekonała: "Pan zwariował? Niech pan się stuknie w głowę. Pan u mamusi będzie mieszkał?".

No właśnie... Nie bałeś się? Nie bałaś się?

GW: Od początku wiedziałam, że to porządny człowiek. To nie brzmi zbyt seksi, ale w codziennym, długofalowym życiu ma znaczenie podstawowe. Bo daje poczucie bezpieczeństwa.

CH: No wiesz, wchodziłem w ten związek z bagażem w postaci przeżytego życia i dwóch córek. Nie wiedziałem, czy zaakceptują Grażynę, czy jej syn mnie zaakceptuje.

I co na to Filip?

GW: Kilku moich "narzeczonych" mieszkało z nami, ale...

CH: Kiedy wniosłem walizki, Filip powiedział: "Nie spiesz się z rozpakowywaniem, mama i tak ci w końcu powie, że cię nie kocha". To było pół żartem, pół serio. Miał 12 lat. Z Filipem na szczęście mamy podobne, dość sarkastyczne poczucie humoru.

Ale nie powiedziała. Przeciwnie, zaprzyjaźniłeś się z Filipem. Skąd miałeś taką mądrość?

CH: To żadna mądrość, jeśli już, to może emocjonalna. Nigdy, nawet wobec swoich córek, nie byłem apodyktyczny. A tutaj wiedziałem, że nie mogę wchodzić w rolę ojca, bo nim nie jestem. Uważałem, że nie powinienem go wychowywać. Jeżeli już, to mogłem być przyjacielem - po prostu wsparciem. Czasem nawet Grażyna miała do mnie pretensje, że powinienem zareagować, ostro. Ale ja swoje uwagi wolałem przekazywać przez nią.

GW: Buntowałam się czasem: przecież jesteśmy rodziną.

CH: Intuicyjnie czułem, że nie powinienem.

GW: Czasem nawet obaj byli w opozycji do mnie (śmiech). Stworzyli wspólny front i język, trochę żartobliwy.

Trudniej było porozumieć się z córkami Cezarego. Były starsze, w trudnym wieku...

CH: Kiedy się rozwiodłem, Marta miała 16 lat, a Julka 11. Ale wiedziałem, że muszę poznać ze sobą wszystkie kobiety, które kocham. Choć był we mnie lęk, że starsza powie: Nie chcę.

GW: Pamiętam to spotkanie. Julcia, miała wypieki na policzkach tak była przejęta. A ze starszą, Martą, umówiłam się na drugie spotkanie, żeby porozmawiać poważnie. Denerwowałam się. "Twój tata jest dla mnie bardzo ważny" - zaczęłam rozmowę. A ona odpowiedziała: "Dla mnie też".

Dzieci polubiły się?

CH: I to dość szybko. Traktujemy się bardzo rodzinnie.

GW: Jula mówi o mnie "moja macoszka" (śmiech).

CH: Marta mieszka teraz w Czechach, więc rzadziej jest w Polsce. Julia skończyła historię sztuki, jest artystyczna, mamy więc wszyscy wspólne tematy.

A jak to robicie, że po piętnastu latach wciąż między wami jest jest taka... ekscytacja?

CH: Grażyna jest jedną z najpiękniejszych kobiet w Polsce, w dodatku coraz piękniejszą.

GW: E tam... Przez pierwsze 10 lat związku, miałam wrażenie, że jesteśmy bardzo młodą parą. Była w nas taka świeżość. Dziś, po piętnastu latach bycia razem, czuję się spokojna.

Wszyscy wokół się rozstają, a wy wciąż jak dwa gołąbki.

CH: Za starzy jesteśmy na zmiany.

GW: A tak na poważnie, myślę, że dobrze wybraliśmy.

I nie kłócicie się?

CH: Mamy odmienne charaktery, ale żeby się kłócić? Ja nie nadawałbym się na prezesa Fundacji Garnizon Sztuki, jak Grażyna. Jestem słabym organizatorem, dlatego nigdy nie zająłem się reżyserią, wolałem pisać scenariusze. Ostatnio napisałem dla jej sceny sztukę "Pozytywni" o poszukiwaniu miłości i akceptacji. Bo ja jestem taki domowy pisarczyk-myśliciel.

GW: A ja jestem do bólu praktyczna.

CH: Jedyne, co mnie naprawdę w niej denerwuje, to jej uwagi, gdy prowadzę samochód. Ale znalazłem na to sposób - auto prowadzi tylko ona. Po co mam się denerwować (śmiech). Wkurza mnie też jej bałaganiarstwo. Jak ja robię obiad, natychmiast sprzątam kuchnię. Gdy za pichcenie zabiera się Grażyna, lepiej do kuchni nie wchodzić - bo wygląda jak po bitwie. Ale... zawsze to posprzątam.

A ciebie w Czarku coś wkurza?

GW: Jak mnie coś wkurzy, szybko zapominam. Więc są jakieś rzeczy, ale jak widać - nieistotne. O, wiem! Wkurza mnie jego czarnowidztwo.

CH: Tak, jestem pesymistą. Choć wolę mówić o sobie "heroiczny optymista", bo jednak wciąż się zmuszam do optymizmu.

GW: Gdy coś mu się nie uda, mówi: "Nic mi się w życiu nie udaje". I to mnie wkurza. Przecież nie ma człowieka, któremu wszystko wychodzi. Takie jest życie, nielekkie.

CH: A Grażyna jest niepoprawną optymistką.

Jak wygląda wspólne życie pesymisty i optymistki?

CH: Super. Bo Grażyna mnie tym optymizmem od rana zaraża. A wyobraź sobie, że na kanapie siedzi dwóch pesymistów...

GW: ... którzy wzajemnie się dołują i nakręcają w swoim wielkim poczuciu nieszczęścia i niespełnienia.

O co jesteście mądrzejsi w swoim związku?

CH: Mnie się po prostu udało. Bo spotkałem kobietę, która pokazała mi na czym polega szczęście i radość. Grażyna daje mi miłość, spokój, ciepło, harmonię, przyjaźń. Możemy ze sobą rozmawiać, ale wspólne milczenie też daje mi szczęście. Bo wiem, że ona jest obok mnie.

GW: Lubimy siedzieć na kanapie i oglądać razem seriale.

CH: Dobrze nam ze sobą na kanapach. Co jeszcze jest fajne w Grażynie? To, że akceptuje moją mamę, starszą już panią.

GW: Jak ja mogłabym nie akceptować twojej mamy?

CH: Różnie to w życiu bywa. Ale my jesteśmy jedną wielką rodziną, z naszymi "przystawkami".

Czego nauczyliście się przez te wspólne lata?

GW: Ja na pewno nauczyłam się uważności na drugą osobę. Tego, żeby się tak nie koncentrować tylko na sobie. Żeby się przyglądać, czego druga osoba pragnie. Ale też żeby mówić o swoich potrzebach. O, na przykład, że otwarta klapa od sedesu wytrąca mnie z równowagi.

CH: Ale przecież ja zamykam!

GW: Nie o tobie mówię (śmiech). To ta przysłowiowa klapa. Choć mnie wytrąca z równowagi.

Psychologowie od dawna się zastanawiają, dlaczego związki się rozpadają. Ostatnio doszli do wniosku, że to dlatego, iż koncentrujemy się na swoim szczęściu, a nie na tym, co jest naprawdę ważne...

GW: Złoty środek zawsze jest najlepszym rozwiązaniem. Nie zapominając o sobie, dbasz o drugą osobę. Po 15 latach jesteśmy w takiej symbiozie, że ja to on, on to ja.

CH: Grażyna ma w sobie bardzo dużo czułości.

GW: Żadna moja w tym zasługa. Ta czułość dla ludzi, jest mi dana z nieba. Uwielbiam ludzi!

CH: Myślę, że ważny jest też szacunek i zrozumienie. Ja pracuję w domu. To znaczy, że nie wychodzę do pracy, prawda? Więc jak nie pracujesz, to zrób to czy tamto. A Grażyna tego nie wykorzystuje. Na kilka godzin zamykam się w swoim pokoju i piszę albo myślę. Grażyna nigdy nie nadużywa mojego czasu pracy. Stara się nie przeszkadzać, nawet gdy ma coś pilnego. A przecież to, że jestem w domu, mogłoby być pretekstem do tego, bym się non stop angażował w sprawy domowe, w codzienność. A ona szanuje mój czas.

GW: Nawet nie pomyślałam, że mogłabym...

Często mówicie sobie, że się kochacie?

CH: Lubię jej to mówić. Widzę, jak pięknieje.

GW: Ja musiałam wyhamować te egzaltacje. "Przestań mi to wciąż mówić, bo w końcu się znudzi" - powiedziałam. Bo to słowo musi mieć swoją wagę, nie powinno być jak przerywnik, traci wtedy na znaczeniu. A Cezary jest takim mężczyzną, że swoją kobietę postawiłby na piedestale i ją wielbił...

Tylko go sklonować i rozdać wszystkim spragnionym miłości i uwielbienia kobietom...

GW: Też tak uważam. I jestem wdzięczna losowi, że postawił mi go na drodze.

CH: Te słowa są naprawdę bardzo ważne. Zwykłe "kocham cię" buduje człowieka. Tego zresztą nauczyli mnie Amerykanie. Byłem kiedyś na warsztatach u Roberta Redforda ze swoim scenariuszem pt. "Bandyta". Kilku ekspertów, a każdy miał po 2 Oscary co najmniej, zwracali uwagę wskazując ten sam fragment tekstu: tu powinno paść słowo "kocham". "Boże, to jakiś banał" - protestowałem. Potem jednak pomyślałem: "A czego tu się wstydzić?" Widz potrzebuje ujawnienia uczuć. To wielka nauka. I tę lekcję przeniosłem też na życie. Bo tak naprawdę każdy pragnie miłości.

Jakbym was poprosiła o przepis na udany związek, jak na ciasto, to jakby brzmiał?

CH: Najważniejsze są proporcje. Jak dorzucam trochę swojej goryczy, to wiem, że musi też być i słodycz.

GW: Lojalność, trzymanie wspólnego frontu, przyjaźń, uczciwość, dotrzymywanie słowa, zaufanie.

CH: Nie przesłodźmy tego. Być razem jest po prostu OK.

Rozmawiała Beata Biały

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje