Reklama

Reklama

Z mężczyznami też się kłócę

O tym, dlaczego w sporcie kobiety wcześniej rezygnują, a mężczyźni częściej przekraczają granice, do czego prowadzi rywalizacja płci na najwyższych szczytach świata mówi portalowi INTERIA.PL alpinistka Aleksandra Dzik, pierwsza Polka, która stanęła na wszystkich siedmiotysięcznikach byłego ZSRR, uzyskując prestiżowy tytuł Śnieżnej Pantery.

Aleksandra Dzik ma na swoim koncie m.in. wejście na najniższy ośmiotysięcznik Karakorum - Gaszerbrum II (8035 m n.p.m.) oraz zdobycie, jako pierwsza Polka, jednej z najniebezpieczniejszych gór świata - Piku Pobiedy (7439 m n.p.m.). Również jako pierwsza kobieta z Polski weszła na wszystkie pięć siedmiotysięczników byłego ZSRR: Pik Pobiedy, Chan Tengri, Pik Somoni (dawnej Pik Kommunizma), Pik Korżeniewskiej i Pik Awicenny (dawniej Pik Lenina), uzyskując prestiżowy tytuł Śnieżnej Pantery. W ubiegłym roku - jako pierwsza kobieta - ukończyła zawody Elbrus Race jednocześnie ustanawiając kobiecy rekord w biegu na ten szczyt (5642 m n.p.m.), który wynosi 5 godz. 4 min. Aleksandra uprawia zawodniczo także narciarstwo wysokogórskie - jej największym osiągnięciem jest zdobycie mistrzostwa i Pucharu Polski. Obecnie współprowadzi firmę turystyczną BluEmu i doktoryzuje się na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Reklama

Marcin Wójcik, INTERIA.PL: Czy koleżanki pukają się w czoło, kiedy ty zamiast wakacji all inclusive w ciepłych krajach wybierasz dwa miesiące w namiocie, wysoko w górach?
Aleksandra Dzik: - Nie mam koleżanek, które jeżdżą na all inclusive. Przeważnie przebywam w środowisku ludzi gór albo ludzi z uczelni, więc dziewczyny, z którymi się przyjaźnię raczej rozumieją to, co robię. Aczkolwiek czasami takie niedowierzanie, taka zgroza: "Jejku, gdzie ty znowu jedziesz, jak tam będzie strasznie" się pojawia.

Co cię zatem ciągnie, by jechać w te "straszne" góry?
- Trudno tak naprawdę powiedzieć. Od zawsze byłam związana z górami. Trochę to odziedziczyłam po rodzicach, zwłaszcza po tacie. On za młodu się wspinał, bardziej taternicko i alpejsko, ale był też na dwóch wyprawach na Nanga Parbat (dziewiąty, co do wysokości szczyt świata liczący 8126 m n.p.m. - przyp. MW). Słyszałam jego opowieści, ale na pewno nie było tak, że byłam po górach ciągana. Doszłam do nich swoją drogą: trenowałam skialpinizm, jeździłam w Alpy, czułam się dobrze na wysokości.

- Jakoś tak ciągnie człowieka coraz wyżej i kiedyś padł pomysł zdobycia Piku Lenina (dziś Szczyt Awicenny). Pewnie dlatego postanowiłam kontynuować swoją przygodę z górami wysokimi, że ta pierwsza wyprawa zakończyła się sukcesem, a ponadto był to sezon bez większych dramatów. Teraz słyszę, że co roku się tam wydarzają. Wtedy nikt nie zginął, nie było dramatycznych historii, pogoda była dobra. To była moja pierwsza wyprawa na górę wyższą, od razu siedmiotysięczną. Wcześniej byłam najwyżej na Mont Blanc. Gdy teraz wspominam, jaki miałam sprzęt, doświadczenie, to włosy stają mi dęba. Wtedy się udało i poczułam, że to jest to. Ale bardzo trudno mi powiedzieć, co to dokładnie jest. Czy oderwanie się od życia czy może odnalezienie prawdziwego życia, gdzie nie ma miejsca na lans, autokreację, gdzie poznajemy siebie i innych. W górach wszystko nabiera bardziej rzeczywistego charakteru, zgodnego z naszą naturą.

Co dla ciebie jest w górach najważniejsze?
- Na pewno nie jest najważniejszy szczyt, choć patrząc z zewnętrznej perspektywy tak się może wydawać. Doświadczyłam tego w ubiegłym roku, kiedy wróciłam załamana z Piku Pobiedy (Po zdobyciu szczytu, gwałtowne załamanie pogody uwięziło trójkę Polaków na zboczu góry. Kilka dni przetrwali oni w namiocie na grani, wycieńczonych wspinaczy w końcu uratowano śmigłowcem. W efekcie zdarzenia, Jakub Hornowski, jeden z Polaków, stracił palce. Również Ola Dzik doznała odmrożeń. Mniej szczęścia mieli jednak wspinający się z Polkami alpiniści z krajów b. ZSRR - trójka z nich zginęła - przyp. MW). - W oczach innych ludzi to był sukces, bo zdobyłam szczyt. Dla mnie to była wielka porażka, bo zginęli ludzie, a kolega stracił palce. Mam świadomość, że być może można było zrobić coś inaczej i ta historia inaczej by się skończyła. Najważniejsze jest więc zejście w komplecie, żeby wszyscy wracali szczęśliwie.

Nawet wtedy, gdy nie uda się zdobyć szczytu?
- Tak. Celem wyprawy jest wrócić cało. Nie mówię, że szczyt się nie liczy. Oczywiście, jest bardzo ważny. Nigdy bym się jednak nie zgodziła na udział w wyprawie, która jest dużo ponad moje możliwości, a jadę na nią tylko dla samego udziału. Są ludzie, którzy gdy jest ciężko rezygnują. Ja ma podejście bardzo zadaniowe. Jadę po to, by wejść na górę - ale nigdy nie za wszelką cenę - i z niej zejść.


Łatwiej ci się wspina z mężczyznami czy z kobietami?
- Trudno powiedzieć. To dość częste rozróżnienie na himalaizm męski i żeński...

...a w ogóle istnieje jakaś różnica między nimi?
- Ciężko uogólniać, bo z niewieloma kobietami zdarzyło mi się być w górach wysokich. Kobiet jest tam po prostu mało. Trudno więc skompletować zespół kobiecy, który umiałby sprostać takiemu zadaniu. Teraz mi się udało - na Gaszerbrumach byłam z Marią Khytrykovą, bardzo młodą dziewczyną - 21 lat kończyła na wyprawie - ale pokazała na co ją stać. Bardzo dobrze mi się z nią działało. Ale trudności ze skompletowaniem wyłącznie żeńskiego składu powodują, że działanie z kobietami zawsze zahacza o współpracę z mężczyznami. Jednak nawet gdy się wspinam wyłącznie z dziewczynami, to nie mogę powiedzieć, że jest ciężej, bo np. się kłócimy. To są stereotypy.

- Z mężczyznami też mi się zdarzało pokłócić. Rozmowy z kobietami bywają równie mało subtelne i ekscytujące, co w gronie męskim. Kolega kiedyś powiedział mi, że on myślał, iż kobiety są uduchowione i nie rozmawiają o... przyziemnych sprawach czy nie używają wulgarnego języka. Jesteśmy tak samo zdeterminowani przez biologię, więc o niej rozmawiamy, niezależnie od płci. Czasem też przeklniemy i się pokłócimy.

A płeć ma w ogóle znaczenie wysoko w górach?
- Zawsze ma znaczenie. Weźmy chociażby takie elementarne rzeczy, jak wyjście do toalety. Oczywiście są środki techniczne, które pozwalają paniom przeskoczyć pewne problemy, ale fizjologia nas różnicuje. Kobieta jest mniejsza od mężczyzny, nie ma takiej siły. Natomiast czasami, w ekstremalnych sytuacjach, ma większą wytrzymałość. I to był paradoks na Piku Pobiedy. Ponieważ jestem mniejsza, nie byłam w stanie ściągnąć z góry cięższego od siebie mężczyzny. Próbowałam i o mało się to nie skończyło dla mnie tragicznie, a dla tego mężczyzny niestety tak.

- Z drugiej strony w niektórych momentach dziwiłam się skąd mam w sobie tyle siły. Inne kobiety, bo byłam tam jeszcze dwie, też trzymały się lepiej niż wielu mężczyzn. To jest dla mnie zagadkowe. Fizjologowie mówią, że kobieta ma większy margines - jest jej po prostu trudniej dojść do swoich granic. To sprawia, że w sportach kobiety częściej rezygnują, nie dochodząc do maksimum swoich możliwości, zaś mężczyźni częściej tę granicę przekraczają. No i na dwoje babka wróżyła: mężczyzna dzięki temu osiągnie lepsze rezultaty, ale jak jest już bardzo źle, to paradoksalnie czasem kobieta ma większe rezerwy, dające jej szanse przetrwania.

Mężczyzna i kobieta wobec góry są równi - kryteria dla nich są takie same: albo zdobędą szczyt, albo nie, czyhają też na nich te same zagrożenia. Ale czy kobieta w górach może liczyć na taryfę ulgową, pomoc ze strony mężczyzny czy raczej każdy musi troszczyć się o siebie?
- Bardzo dużo zależy od tego, jak to jest dogadane w zespole. Ja w górach wysokich - oczywiście biorąc poprawkę na to, że nieraz mam mniejsze doświadczenie niż inni, że w czymś jestem słabsza, w czymś lepsza, że mam lepszy czy gorszy dzień - staram się na równi z mężczyznami podejmować takie obowiązki, jak np. noszenie bagażu. Noszę taki sam plecak, jak mężczyźni. Im wyżej, tym jest mi łatwiej, bo tam człowiek nie weźmie 30 kilogramów, tylko 25. To, że jestem mniejsza mi nie przeszkadza. Dlaczego na przykład miałabym nosić mniej jedzenia, skoro apetyt na wysokości mam dobry? Mój śpiwór czy namiot nie jest lżejszy od męskiego. Staram się nie wykorzystywać tego, że jestem kobietą do kokietowania i wymuszania pomocy w sytuacjach, które tego by nie wymagały. Może dlatego mężczyźni nie boją się i chcą ze mną jeździć w góry wysokie.

Ale po cichu z nimi rywalizujesz?
- Miałam taki okres, kiedy chciałam udowodnić, że jestem mocniejsza niż mężczyźni i nawet wtedy, kiedy taka pomoc była mi potrzebna, brałam na siebie za dużo. W pewnym momencie dostała po uszach od jednej góry i to mi przeszło. Teraz wydaje mi się, że potrafię tę granicę umiejętnie wyważyć.

Czy w trakcie dwumiesięcznej wyprawy, kiedy mieszkasz w namiocie wysoko w górach, czujesz się kobietą?
- Hmmm... Jak siedzę długo powyżej bazy i się nie myję, to nie czuję się kobietą (śmiech). Czuję takie obrzydzenie sobą. Mówiąc bardzo kolokwialnie, czuję wtedy zezwierzęcenie. Zaczynam odczuwać, że należałoby zejść do bazy i się wykąpać. Szczególnie fajne jest wtedy, kiedy się już umyję, ubiorę w pakistańską sukienkę i idący gdzieś tam tragarze zaczynają zerkać. Takie gesty, w których wyrażają się kulturowe definicje kobiecości i męskości, nawet to, co mnie czasami drażni na dole, w górach staje się takie miłe.

- Nie zapomnę tego, jak po zejściu z Chan Tengri z Asią Stasielak i Olą Ihnatowicz, kolega z bazy kazachskiej przyniósł nam czekoladki, a koledzy z bazy kirgiskiej - róże. Te kwiaty były takie zmiętolone, ale sam fakt, że kupili je, wieźli pół dnia samochodem, a potem helikopterem, zrobił na nas wrażenie. Róże czekały już lekko przymarzłe, bo za długo na górze siedziałyśmy... Oni nam je wręczyli, to był dowód adoracji. To było coś niesamowitego i bardzo miłego. Wtedy czuję się kobietą.

A co czujesz, gdy zdobywasz szczyt? Masz w ogóle czas, by cieszyć się tą chwilą czy od razu myślisz o powrocie?
- Kiedy wchodzę na szczyt, to jest pełna koncentracja, a nie jakieś mistyczne przeżycie. Trzeba poczekać na resztę ekipy, robimy zdjęcie dla sponsora, zdjęcie z flagą. Oczywiście w miarę możliwości, bo na Gaszerbrumie była taka pogoda, że nie było nic widać. Śmieję się, że to zdjęcie mogło być na Pilsku zrobione, jakby się dobrze ustawić, by nie było widać koła wyciągu. Po "obowiązkach szczytowych" w pełnym skupieniu zaczynamy schodzić na dół. Jeśli człowiek będzie się zbytnio ekscytował euforią wejścia na szczyt, to może źle się to skończyć. Był w tym roku na Gaszerbrumie wypadek, kiedy alpinistka irańska zginęła na pierwszych metrach zejścia...

Która z gór, które zdobyłaś jest twoją ulubioną?
- Trudno powiedzieć, bo wejścia, które człowiek najbardziej ceni, wzbudzają uczucia nie tylko pozytywne, ale i negatywne. Gdyby góra zbyt łatwo przyszła, nie ceniłabym wejścia na nią. Bo to znaczy, że ona była poniżej moich możliwości. Takie bardzo ambiwalentne uczucia wzbudza we mnie Pik Pobiedy, na który weszłam latem 2010, po nieudanej próbie rok wcześniej. Chyba dopiero teraz jestem w stanie docenić to, co mi dała.

- Żadna góra mnie tyle nie nauczyła, także o sobie. Miałam tam sytuację, kiedy "przegięłam" i kolega mnie ratował. Gdyby nie on, to bym z tej góry nie zeszła. Kiedy indziej role się odwróciły. To wszystko sprawia, że bardzo ten szczyt cenię. Trudno powiedzieć, że go lubię. Ja go tyle samo kocham, co nienawidzę, jeżeli tak w ogóle można mówić o kawałku kamienia i lodu. Kiedyś chciałabym tam wrócić.

Po co?
- Powiem wprost, marzy mi się trawers Piku Pobiedy. Chciałabym postawić sobie poprzeczkę wyżej.

Czy twoja droga do zdobycia tytułu Śnieżnej Pantery też była podnoszeniem sobie poprzeczki coraz wyżej?
- Tak, zaczynałam od góry najmniej trudnej technicznie, czyli Piku Lenina (dziś Szczyt Awicenny), aby zakończyć na tej najtrudniejszej, a na pewno najniebezpieczniejszej, jaką jest Pobieda. To mi pozwalało powolutku zdobywać kolejne szlify. Myślę, że gdybym nie pojechała na początku na Pik Lenina i na końcu tylko jego brakowałoby mi do tytułu, to wolałabym jechać na inną górę, która pozwoliłaby mi się rozwinąć, niż jechać na Pik Lenina dla zakończenia "kolekcji".

Wchodzisz coraz wyżej. Który z ośmiotysięczników będzie następny?
- Na pewno nie chcę kompletować wszystkich, po tym co widziałam na Gaszerbrumie. Była tam masa wypraw komercyjnych, dużo ludzi w bazie, mitingi, zastanawianie się, kto gdzie będzie poręczował, po czym nikt nic nie robił... Razem z Marią Khytrykovą, jako Ternua Female Team, współpracowałyśmy z Jackiem Telerem i sporą część, jak nie większość, pracy jeśli chodzi o wieszanie lin poręczowych, wykonaliśmy w trójkę. Zachowania niektórych ekip, takie jak chodzenie po lodowcu w pełnym słońcu, zamiast nad ranem, aby nie powodować powiększania się szczelin, stwarzały zagrożenie dla wszystkich. Zdarzały się osoby, które nie miały doświadczenia i nie powinny się tam znaleźć. Po tym wszystkim, co tam widziałam, utwierdzałam się w decyzji, że nie chcę robić korony Himalajów.

Nie chcesz być kolekcjonerką?
- Nie chcę. Natomiast marzę o tych trudniejszych ośmiotysięcznikach. Moim niespełnionym od zeszłego roku marzeniem jest Nanaga Parbat. Bardzo chciałabym na tę górę wrócić. Może też Gaszerbrum I, który był blisko. No i gdzieś tam powolutku zaczyna mi się marzyć K2, ale to tak bardzo nieśmiało mówię. Nie wiem, czy do tej góry dorosłam, ale tak - marzy mi się K2.

Czy w kontekście tego, co się działo pod Gaszerbrumami nie uważasz, że himalaizm stał się zbyt popularny?

- Zbyt popularne stało się dążenie do kolekcjonowania szczytów, wchodzenia na nie niesamodzielnie. Bo im himalaistów sportowych jest więcej, tym lepiej. Ale tak naprawdę w tej chwili, w porównaniu z latami 70. XX wieku, kiedy były niesamowite przejścia wysokościowe, jest ich mało. Mało ludzi chce jeździć na wyprawy, które trwają dwa miesiące, wiążą się z dużymi kosztami, oderwaniem od rodziny i pracy. Przy dzisiejszym stylu życia i pracy, kiedy perspektywy rozwoju kariery są ogromne, zaś urlopu jest mało, ludzie wolą uprawiać sporty, gdzie wyzwanie jest trudne, ale można je podjąć w ramach wyjazdu dwutygodniowego czy weekendowego.

- Z drugiej strony, są ludzie którzy mają pieniądze, ale nie przeszli wszystkich etapów, jakie góry wymagają, by dopuścić człowieka do najwyższych szczytów. Oni chcą to zrobić na skróty i chcą, by ktoś ich wprowadził. Ci ludzie są często oszukiwani, bo agencje im wmawiają, że nie muszą być wytrenowani, nie muszą się przez lata szkolić. Mówią: "pojedziesz, my cię wprowadzimy", tylko później nieraz się to kończy tragicznie. Zdarzają się przypadki, że gdy jest źle, ci wprowadzający gdzieś nagle znikają i klient zostaje sam. A jak skończy mu się tlen, z którym idzie, to nie ma szans przeżyć. To naprawdę jest wystawianie się na duże niebezpieczeństwo. A sam fakt przebywania w tłumie ludzi, którzy postępują nieracjonalnie, już stwarza zagrożenie. Zarówno dla pozostałych klientów, jak i innych ludzi wspinających się na górę, czy to w stylu samodzielnym, czy nie.

Byłaś świadkiem takiego nieracjonalnego działania "komercyjnych" himalaistów?
- Tak, na Gaszerbrumie było sporo takich sytuacji. Na przykład wpinanie się po kilkanaście osób na kawałku starej liny poręczowej, dopiero co odkopanej przez nas ze śniegu. Nigdy nie wiadomo, na czym ta lina się trzyma i w jakim stanie jest u góry, ale próby zaprowadzenia porządku, tak, aby na jednym odcinku zużytej liny znajdowała się jedna osoba, na nic się zdały. W pewnym momencie woleliśmy wypiąć swoje przyrządy do podchodzenia i trzymać się ręką liny. Że wtedy nie wydarzyła się tragedia to cud. Takie są efekty postępującej komercjalizacji i chęci zrobienia czegoś na skróty.

Czy wobec tego "prawdziwi" himalaiści powinni szukać innych łańcuchów górskich?
- Nie tyle innych łańcuchów górskich, co szczytów. Z Maszą byłam pod Gaszerbrumami. Tam jest nie tylko G1 i G2, czyli ośmiotysięczniki, ale też G3, G4, G5, G6 i tak dalej...

...czyli na "komercyjnych" himalaistów działa magia ośmiotysięczników?

- Tak. A są jeszcze góry "nierobione", czyli niezdobyte, np. Gaszerbrum 6. Były bodajże dwie próby, ale nieudane. Góra nie jest technicznie bardzo trudna, ale droga w większości biegnie pod serakami. Trzeba byłoby to dosłownie przebiec zanim wyjdzie słońce i te seraki się oberwą. Jest dużo niezdobytych gór, które mają troszeczkę mniej niż te osiem tysięcy. Nie mówiąc już o górach, które maja osiem tysięcy, ale mają ściany niezdobyte. Jest jeszcze sporo rzeczy do zrobienia, i w Himalajach, i w Pamirze, i w Karakorum, i w Tien-Szananie.

A jak to jest możliwe, że w takim niewielkim, powiedziałbym eterycznym, ciałku znalazło się tyle energii, by wbiec tak szybko na Elbrus? Ile to było pięć godzin...
- ...i cztery minuty. Z bieganiem mam trochę wspólnego, aczkolwiek ten wynik też mnie zaskoczył. Ale nie dlatego, że uważam, iż mam eteryczne ciałko (śmiech). Tylko dlatego, że na Elbrus wbiegłam 24 września 2010 r., a 30 sierpnia, po dramatycznej akcji ratunkowej na Pobiedzie ściągnął nas wszystkich - wszystkich, którzy przeżyli - helikopter. Byłam poodmrażana i w nienajlepszym stanie. Psychicznie też - miałam raczej poczucie wielkiej porażki, niż sukcesu. Absolutnie nie byłam przygotowana.

- Miałam aklimatyzację bardzo dobrą, bo byłam wcześniej na Nanga Parbat i Pobiedzie, ale nie miałam wybiegania - nie biegałam przez trzy miesiące! Przed zawodami nie czułam palców, ale na Elbrus, przynajmniej tam wyżej, bardziej się szło niż biegło. Po prostu pomogło mi chodzenie przez poprzednie miesiące z plecakiem w górach. Paradoksalnie może to, że miałam odmrożone palce i biegłam ze świadomością, że jak je jeszcze raz "domrożę", to się ich pozbędę, było bardzo dobrym motywatorem, by się szybciej ruszać. Myślę jednak, że gdybym nie musiała przez te odmrożenia zatrzymywać się, zmieniać butów, zakładać ogrzewacze i rękawiczki, to bym jeszcze jakieś 20 minut z tego czasu uszczknęła. Nie rozpływam się w samouwielbieniu, ale cieszę się, bo to było mi potrzebne, by po Pobiedzie znowu poczuć ducha walki.

Potrafisz jeszcze zwiedzać góry czy już tylko z nimi walczysz?
- Potrafię. Nie jadę w góry na zasadzie, że agencja odbiera mnie z lotniska, zawozi pod górę, a potem wsadza z powrotem do samolotu. W przypadku Pakistanu, nie jest to takie proste, ale wcześniejsze wyprawy wiązały się z podrożą niskobudżetową, poznawaniem kultury, ludzi, z podróżowaniem przed i po górze. Dzisiaj też to wykorzystuje w pracy z innymi, bo jestem przewodnikiem międzynarodowym UIMLA i współprowadzę firmę turystyczną BluEmu. Prowadzę ludzi w góry i to też daje mi bardzo dużą frajdę.

A gdybyś nie wchodziła na Gaszerbrum i nie wbiegała na Elbrus, to czym byś się zajmowała?
- Górami. Zajęłabym się mniej sportem, a jakąś inną formą eksploracji, bardziej podróżniczą. Bo w górach mnie niesamowicie pociąga to, że to nie są sztucznie wykreowane zawody. Na zawodach są sędziowie, punkty kontrolne, a jak się coś dzieje, to na najcięższym rajdzie przygodowym można zadzwonić do organizatora, on nas ściągnie z trasy i ktoś się nami zajmie. Tylko w górach jestem w realu. Tam jest walka z samym sobą, trudnościami, przeciwnościami losu, granicami możliwości swoimi i zespołu.

Wspinasz się by udowodnić coś sobie, komuś albo światu?
- Uważam, że wspinanie czy robienie czegokolwiek, a zwłaszcza czegoś, co wiąże się z ryzykiem utraty zdrowia lub życia, by udowodnić coś sobie lub innym, jest w ogóle złe. Ja ani sobie, ani innym nie chcę nic udowadniać.

Dziękuję za rozmowę.

Aleksandra Dzik była gościem Przeglądu Filmów Górskich im. Andrzeja Zawady w Lądku Zdroju.

Za pomoc w realizacji materiału dziękujemy Rezydencji ProHarmonia w Lądku Zdroju.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: góry | alpinizm | Aleksandra Dzik

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje