Zbigniew Wodecki: Tęsknię za zwyczajnym życiem

Jeden z najbardziej uwielbianych polskich artystów. Mąż, ojciec i dziadek, któremu ciągle brakuje czasu dla bliskich. Marzy o krótkim urlopie lub choćby chwili odpoczynku.

Niełatwo się z nim umówić. Zbigniew Wodecki to człowiek nieustannie pracujący, wiecznie w rozjazdach. Ale gdy już znajdzie czas na spotkanie, rozmówca od pierwszej chwili czuje, że sława nie zmieniła tego artysty. Wielu jest w Polsce popularnych muzyków, ale naprawdę mało tak sympatycznych, jak on.

Reklama

Wygląda pan dokładnie tak, jak w czasach mojego dzieciństwa, kiedy śpiewał pan "Pszczółkę Maję" i "Chałupy welcome to". Nawet długie włosy identyczne...

Zbigniew Wodecki: - Dziękuję, jestem w dobrej formie, choć w maju skończyłem 65 lat. Prawdę mówiąc, nawet się nie spodziewałem, że tyle pożyję. Zakładałem, że najwyżej do czterdziestki, a tu... Pewnie dlatego, że ciągle jestem w trasie. W życiu mi się powiodło, żałuję jedynie, że zabrakło czasu, by się tym sukcesem nacieszyć. Nieustannie gdzieś pędzę. Tu mam koncert, tam nagranie, a gdzie indziej próbę czy wywiad. I bardzo często każda z tych rzeczy odbywa się w innym mieście. Tak mam od zawsze. Wieczna gonitwa...

- Pocieszam się, że spotkania z publicznością dają mi satysfakcję, pieniądze oraz dobre samopoczucie, tylko że gdyby nie mój wart trzy złote notesik, w którym sobie wszystko zapisuję, nie dałbym rady. Chociaż i tak wpadki się zdarzają... Kiedyś sam odwołałem sobie koncert. Zadzwonił promotor, któremu odpowiedziałem, że nie mogę, bo już tego dnia występuję. A on na to: "Ale przecież pan się już zgodził". Przeprosiłem i podziękowałem. Później okazało się, że chodziło o tę samą imprezę.

Taki zapracowany człowiek na pewno z niecierpliwością czeka na urlop.

- Nigdy nie miałem długiego urlopu. Raz spędziłem cztery dni w Chorwacji i bardzo żałowałem, że muszę już wracać, bo wydała mi się rajem na ziemi. Innym razem, właściwie przypadkiem, pojechałem na osiem dni do Acapulco w Meksyku. Miałem akurat robótkę w Chicago, a koledzy przekonali mnie, że to blisko. Znalazłem się w innym świecie, w którym upał jest tak silny, że nie da się chodzić po piasku. Zdałem sobie wtedy sprawę, że jest jeszcze inny świat poza Chałupami, Pszczółką Mają, Warszawą, Krakowem i festiwalem w Opolu, często ciekawszy, ale nie mam na niego czasu.

Nie zaniedbuje pan bliskich?

- Całe życie zaniedbywałem, ale bliscy się przyzwyczaili, że jak jestem w domu dłużej niż trzy dni, to mnie nosi. Nawet w święta zdarza mi się pracować. Na szczęście moje dzieci mają swoje sprawy, niezwiązane z muzyką. Świetnie sobie radzą: w aranżacji wnętrz, w charakteryzacji, w fizjoterapii. Zawsze biłem się w pierś, że nie miałem dla nich czasu, usprawiedliwiam się jednak tym, że ojcem zostałem bardzo wcześnie. Gdy na świecie pojawiły się wnuki, zrozumiałem, że facet powinien zakładać rodzinę po czterdziestce.

Dlaczego?

- Bo dopiero wtedy dorasta.

A jakim jest pan dziadkiem?

- Rzadko widuję wnuki, o co też mam do siebie pretensje. Bardzo je kocham, ale nie ingeruję w ich wychowanie, mają przecież swoich rodziców. One również żyją swoim dziecięcym życiem, sprawy dziadka ich za wiele nie obchodzą. (śmiech) Mają od dziewięciu do piętnastu lat: Julia, Maja, Leo, Lily i Dawid. Trzy dziewczynki i dwóch chłopców.

Pójdą w muzyczne ślady dziadka?

- Dzieci nie poszły, mimo że pokończyły podstawowe szkoły muzyczne, to i one pewnie nie. Chociaż Leo niedawno wystąpił w głównej roli w musicalu "Mały lord" w Operze Krakowskiej, a Lilka gra na fortepianie.

Rozmawiamy w Warszawie, ale mieszka pan w Krakowie. To pana miejsce na ziemi?

- Bez dwóch zdań. Mieszkam w 118-metrowym lokalu blisko Wawelu, niestety na trzecim piętrze, a człowiek młodszy się nie robi. Ale przynajmniej więcej światła dochodzi... Trochę narzekam, że parkować pod domem nie można przez zalew turystów, ale i tak miejsce jest idealne. Jak się mieszka w Krakowie, to już połowa sukcesu, tylko żeby było co do gęby włożyć. Człowiek się nudzi, to może pójść na Rynek, na Wawel, gdziekolwiek. Uwielbiam klimat tego miasta. Tam się urodziłem, tam spotkałem świetnych ludzi. Kiedy jednak odwiedzam po latach miejsca, które były mi kiedyś tak bliskie, jak Piwnica pod Baranami, Klub pod Jaszczurami czy Filharmonia Krakowska, dochodzę do wniosku, że bez moich znajomych są dziś dla mnie obce. Atmosferę tworzą ludzie, a gdy ich zabraknie, zostają niestety tylko kamienie.

Ma pan wielu przyjaciół?

- Trudno powiedzieć... Kilku na pewno, choć jednak znacznie więcej wielbicieli. Bogu dziękować, bo po czterdziestu kilku latach śpiewania i grania o to niełatwo. Mam też sporą rodzinę, dobrze się dogadujemy. Nie narzekam. Bardzo lubię być w gronie bliskich, cieszyć się ich towarzystwem, patrzeć, jak się bawią. Sam nie przepadam za tańcem czy zabawami, bo nie lubię huku, ale w hotelach, po koncertach, z kolegami z branży sobie czasem odreagowujemy. Nawet piwko się zdarza.

A ma pan gdzieś swój azyl?

- Tak, to domek letniskowy na wsi pod Krakowem. Przyjeżdżam na dzień, półtora i mogę godzinami siedzieć w ogrodzie, ćwicząc na instrumentach i gapiąc się na rzekę Rabę. Uwielbiam to robić. Mam ciszę i spokój, a to cenię najbardziej. Raz w życiu byłem z ojcem na rybach i do dziś nie mogę tego zapomnieć. Fantastyczne doświadczenie. Nic się nie działo, a tyle się działo.

Jaka jest pana recepta na udane małżeństwo?

- Jak najmniej się widywać. (śmiech) W każdym żarcie jest odrobina prawdy. Wiadomo, że namiętność po latach się wypala i zostaje to, co najważniejsze - przyjaźń i zaufanie.

Przed laty Zbigniew Wodecki uchodził za podrywacza. Zgodnie z prawdą?

- Może i uchodziłem, ale było w tym sporo przesady. Żadnym Casanovą nigdy nie byłem. Zresztą, nie mógłbym, bo wszyscy mnie znali.

Między innymi za sprawą charakterystycznej fryzury... Dba pan jakoś specjalnie o włosy?

- Nic nadzwyczajnego nie robię, nawet nie noszę grzebienia. Po prostu myję i suszę. Ta moja fryzura stała się jakimś fenomenem, a przecież każdy ma jakieś włosy. Ja mam długie, bo bez nich wyglądam jak pół nie powiem czego zza krzaka.

Zdarza się panu, twórcy oratoriów i muzyki teatralnej, zagrać koncert bez "Pszczółki Mai" i "Chałup..."?

- Nie. Publiczność krzyczy często: "Dawaj tę Maję!". I ja się nie obrażam o to, że dla wielu jestem facetem od animowanej pszczoły i gołych kobiet na plaży. Te piosenki to część ich dzieciństwa bądź młodości, cofające ich w czasie.

Jest pan choć trochę sentymentalny?

- Zawsze patrzę na to, co przede mną, nigdy wstecz. Dlatego nie przepadam za oglądaniem zdjęć sprzed lat. Tęsknię za normalnym życiem. Może będzie mi dane je przeżyć w następnym wcieleniu, w tym już nie zdążę.

Myśli pan o emeryturze?

- Nie wyobrażam sobie, bym miał przestać grać i śpiewać. Mam nadzieję, że przede mną jeszcze parę nagrań i koncertów.

Paweł Piotrowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje