Żyję z fitnessem w tle

Z łatwością odnajduje się w dwóch, na pierwszy rzut oka obcych sobie światach. Trenuje, rysuje, pisze, a całość doprawia szczyptą zdrowego dystansu. Edyta Draus, dwukrotna wicemistrzyni Polski w fitness sylwetkowym w kategorii +163 cm w latach 2007-2008, graficzka i ilustratorka. Jeśli przypadkiem nie znajdziesz jej na siłowni, prawdopodobnie organizuje wystawę swoich prac. Postanowiliśmy porozmawiać z autorką książki "Piękna papryczka uwodzi kształtem" i przyjrzeć się bliżej modzie na bycie fit.

Gabriela Kurcz: Dziś więcej rysujesz, czy jednak pakujesz?  

Reklama

Edyta Draus: Balansuję pomiędzy, ale oczywiście wolałabym więcej rysować.

Zacznijmy więc od początku, co skłoniło cię do napisania książki?  

- Pięć lat temu — emocje, dużo emocji i deficyt tego rodzaju poradników na rynku. Miałam misję, ale świata jakoś nie zmieniłam. (śmiech) Pewnie nie wróciłabym do tematu, gdyby nie duże zainteresowanie "Papryczką" wiosną 2013 roku. Pisane już z dystansu, II wydanie pomogło mi wreszcie pospinać sprzeczne pasje. W czym pomoże czytelniczkom, dopiero się dowiem.    

Płyniemy wciąż z nurtem mody na bycie fit. Trenerki wszystkich Polek walczą o każdą z nas, wyzwań na fejsbuku przybywa. Nie masz ochoty powiedzieć czasem "Ej, to żadna nowość, to było zawsze, a ja byłam pierwsza"?  

- To pospolite ruszenie może być jednak męczące, bo zamiast przyjemności wyboru, wielu z nas coraz częściej odczuwa presję. Mnożący się trenerzy stają się powoli ekspertami od wszystkiego. Wymaga się od nas określonych nawyków i określonego wyglądu, jakby te były jedyną i słuszną przepustką do szczęścia. Pierwsza nie byłam, ale rzeczywiście zaczynałam w momencie, kiedy trening siłowy nie był aż tak popularny, otwierały się pierwsze profesjonalne kluby fitness, termin "trener personalny" brzmiał naprawdę obco, a szał na bieganie dopiero miał się zacząć.  

Nie ukrywasz, że twoje początki przygody ze sztangą wcale nie należały do najłatwiejszych. Nie miałaś też 20-tu lat, a widok kobiety na siłowni wywoływał u mężczyzn złośliwe uśmieszki.  

- Do dzisiaj w głowie mi się nie mieści, jak osobę tuż po 30-ce można było uważać za zbyt starą na fitness. Kilka lat później 38-latka debiutująca na zawodach nikogo już jakoś nie gorszyła. Może zatem pozytywnym skutkiem całego tego fitnessowego bumu ostatniej dekady było właśnie wyjście poza ten koszmarny stereotyp chodzącej o kiju szpetnej czterdziestoletniej.  

Wciąż ciężko przekonać kobietę, że nawet sypiając ze sztangą, nie osiągnie nigdy postury Akopa Szostaka. W książce zauważasz zresztą, że nie jesteśmy zaprogramowane na masę, prędzej — na cellulit. Dlaczego my, kobiety, tak bardzo boimy się treningu siłowego?  

- Bo źle się kojarzy i coraz częściej wcale nie dziwię się dziewczynom. Jeśli zawodniczka fitness, która większość czasu spędza właśnie na siłowni, zaczyna wyglądać jak brakujące ogniwo ewolucji, to chyba mamy prawo się bać. Ogromna popularność mającego zaledwie kilka lat fitness bikini jednoznacznie pokazuje, o jakiej sylwetce marzy większość normalnych kobiet.  

W książce wspominasz o "klacie na patykach". Mężczyźni wyjątkowo chętnie pracują nad górą swojego ciała, resztę traktując po macoszemu. A jak jest z nami? Pośladki i brzuch to oczywiście priorytet, a co z resztą? Motylki to chyba zmora większości z nas?  

- Nie pamiętam, kiedy ostatni raz spotkałam dziewczynę, która chciałaby zbudować lub chociaż poprawić plecy. O barkach, które ustawiają nam sylwetkę, nie wspomnę. To kwestia świadomości. Jeżeli o czymś nie wiem, to zwyczajnie tego nie widzę, to nie istnieje. Z drugiej strony, trudno oczekiwać, by niećwicząca dziewczyna patrzyła na sylwetkę tak całościowo jak zawodniczka z kilkuletnim stażem. Można się jednak tego patrzenia nauczyć. Jako kobiety zawsze czepiamy się pośladków i brzucha, tymczasem problem z reguły jest zupełnie gdzie indziej.  

Radzisz, by zamiast z uporem walczyć o szczuplejsze biodra, popracować nad barkami, w skrócie — skupić się na kompozycji sylwetki i poszukać w niej najsłabszych punktów. Takie proste i działa?  

- Genetyka wyznacza pewne granice, ale dieta i trening pozwalają nam je czasami przesuwać. Jeśli nogi są krótkie i masywne, przy wąskiej obręczy barkowej proporcje będą zaburzone. W tej sytuacji poszerzenie barków działa na plus. Co ciekawe, pomoże również optycznie zwęzić talię, jeśli narzekamy na jej brak. Na tym polega to całe oszustwo.  

Mięśnie pamiętają — chwała ci za ten fragment w książce. Od razu poczułam się lepiej, ale po chwili przyszła refleksja — błogosławić je za to, czy jednak przeklinać?  

- Zależy, co chcesz osiągnąć. Jeżeli zredukować to, co już duże — nie będzie łatwo. Jeśli wrócić do formy po przerwie — pójdzie jak z płatka.  

Wspominasz o powracającej modzie na trening funkcjonalny. Nagle wszyscy trenujemy crossfit i wisimy na drążkach w parkach osiedlowych. Wyobraźmy sobie przeciętną, zabieganą trzydziestolatkę, która na trening może przeznaczyć góra 3 godziny w tygodniu. Polecisz jej wspomniany cross, basen, a może jednak bieganie?  

- Znowu zależy. Jeśli dziewczyna chce się tylko lepiej poczuć, poprawić kondycję, a przy okazji trochę schudnąć, bieganie i basen wystarczą. Jeżeli zależy jej na poprawie jakości ciała, powinna pomyśleć o obciążeniach. Nie wrzucałabym jej od razu na crossfit, bo jest wymagający, ale z drugiej strony obserwuję wiele osób, które odnajdują się tam choćby z marszu. To z reguły te z nas, które koniecznie muszą się sponiewierać. Wiesz, taki typ ekstrawertycznej twardzielki-petardy, która potrzebuje porządnie się spocić i przygrzmocić. 

Przejdźmy do diety. Ciekawa jestem jak twoje czytelniczki reagują na zdanie — Przyjaźń z wrogiem się opłaca, zacznij jeść tłuszcze — serio?

- Chyba już nie tak alergicznie jak kiedyś. Tłuszcz to bardzo ważny makroskładnik, a jego niedobór naprawdę destabilizuje hormony i utrudnia odchudzanie. Talia też zyskuje, kiedy wprowadzamy do diety zdrowe tłuszcze. Dziewczyny, jedzcie tłuste ryby, orzechy i oleje tłoczone na zimno.  

Powiedzmy, że od dziś wieszam na ścianie w kuchni twoje trzy na pozór proste zasady: cukier to narkotyk - unikaj!, mniej węgli — więcej białka, 80 % twojej sylwetki to dieta. Dodajmy, że trzymam się tych zasad, a nawet regularnie ćwiczę. Jak szybko zobaczę pierwsze efekty?  

- Kiedy odstawiamy to, co nam nie służy, zmiany widać już nawet po tygodniu. Węglowodany rzeczywiście utrudniają redukcję, ale też nakręcają metabolizm, dlatego nie może być ich w diecie ciągle zbyt mało. Weganizm praktycznie wyklucza niską podaż węgli, a jednak to weganie rzadko narzekają na nadwagę. Jeśli dużo biegasz, też będziesz potrzebować węglowodanów bardziej niż białka. Tu nie ma złotej zasady dla wszystkich. Receptę zawsze należy dopasować do pacjenta. 

A co ma kortyzol do nagle zbyt ciasnych spodni?  

 - Nagle może nie, ale w dłuższej perspektywie rzeczywiście utrudnia utrzymanie szczupłej sylwetki. Kortyzol to główny antagonista hormonu wzrostu. Im większe jego wydzielanie, tym większe ryzyko, że znowu przytyjemy. I nie chodzi tylko o stres psychiczny związany z pracą, śmiercią ukochanego psa, czy rozwodem. Stresujące dla naszego organizmu są także okresy niedojadania, zbyt ciężkie treningi, zbyt duża objętość treningowa, zbyt mała ilość snu. Najlepiej nie serwować ciału żadnych ekstremów. Szczególnie na początku drogi, kiedy organizm dopiero adaptuje się do zmian. 

Wczesne śniadanie to szybsze spalanie. Zapamiętałam tę radę, bo dobrze brzmi, gdy wstać trzeba o 6 rano. Jak rozpocząć dzień, by ten czas działał na naszą korzyść?  

- Większość z nas preferuje lekkie śniadania węglowodanowe typu muesli, pieczywo, koktajl z warzyw i owoców, jogurt z owocami. Ważne, by wrzucić coś przed wyjściem z domu, zimą zjeść lub przynajmniej wypić coś ciepłego. Rano biegam, więc potrzebuję o tej porze węglowodanów. Jeśli trenujesz po południu lub wieczorem, węgle możesz sobie zjeść również na noc, a rano np. tylko jajecznicę. Porcja białka do śniadania sprawia, że nie jesteś potem tak szybko głodna. Coraz więcej osób je jednak węglowodany właśnie przed snem, bo z punktu widzenia całodobowej pracy naszych narządów i przemian biochemicznych jest to jak najbardziej zasadne. Musi to być jednak niski indeks.  

Bardzo o nim głośno ostatnio, wyskakuje nam z lodówki, a często nie wiemy, kim naprawdę jest — Jaśnie Pan Indeks Glikemiczny. Warto poznać go bliżej?  

- Warto, bo rzeczywiście decyduje o naszym wyglądzie i samopoczuciu. Zbyt dużo tego wysokiego nie wróży dobrze sylwetce. Niski możemy jeść ze spokojem o każdej porze. Nie lubię wysokiego GI, bo mnie usypia i nie pozwala mi schudnąć, ale oczywiście nie wszyscy jesteśmy aż tak na niego wrażliwi.

Byłaś wicemistrzynią Polski w fitness sylwetkowym. Czym ta kategoria różni się od bikini fitness i kulturystyki? 

 - To dużo mniej niż kulturystyka, a trochę więcej niż bikini fitness. Sylwetka jest tutaj bardziej rozbudowana i docięta niż w przypadku bikini, ale zdecydowanie delikatniejsza i bardziej kobieca niż w kulturystyce. Kryteria oceny, zarówno w fitness sylwetkowym, jak i bikini, są wciąż niejasne, obie dyscypliny — bardziej wrażeniowe niż sportowe, ale ma to swój urok i sens, bo wygrywają dziewczyny niekoniecznie najlepiej przygotowane sylwetkowo, ale te, które potrafią swoją sylwetkę najlepiej sprzedać. Osobiście żałuję, że szlif, który zawsze lubiłam u fitnessek sylwetkowych, z wiadomych względów odbywa się dzisiaj tak bardzo kosztem urody.   

Fitness kobiet budzi wciąż sporo emocji, by nie powiedzieć mocniej — kontrowersji. Zawodniczkom zarzuca się brak kobiecości i zbyt mocno rozbudowane ciała. Mimo to ciężko mi uwierzyć, byś kiedykolwiek czuła się mało kobieca, szczególnie patrząc na zdjęcia ilustrujące twoją książkę.  

- Kontrowersje wokół sportów sylwetkowych wynikają z faktu, że wszechobecny doping czyni z tych kobiet obiekty kobietopodobne. Nikt nie jest ślepy, choć nie każdy wie i rozumie, co jest przyczyną tej groteski. W "Papryczce" piszę do normalnych dziewczyn, więc siłą rzeczy chcę wyglądać normalnie. Publikowanie zdjęć, z którymi czytelniczka nie mogłaby się choć trochę utożsamić, byłoby przecież strzałem w kolano.  

Sport to ogrom wysiłku, wyrzeczeń i zaangażowania. Z czego musiałaś zrezygnować, by dzisiaj cieszyć się tytułem mistrzowskim?  

- Nie wiem, czy musiałam, ale przestałam rysować. Na klika długich lat zniknęłam z artystycznego podwórka i to nie było fajne. Wyrzeczenia dietetyczne, o których pewnie myślisz, były w tym kontekście najmniejszym problemem. Cieszę się, że już nie startuję. Trzeba mieć końskie zdrowie, żeby wyjść z tego cało. Mi się udało.  

Żyjesz jeszcze fitness? A może śledzisz sukcesy swoich koleżanek po fachu, Natalii Gacki lub Gosi Mączyńskiej?  

- Żyję z fitnessem w tle i sprawia mi to dużą przyjemność. Nie śledzę uważnie wydarzeń, ale prowadząc dwa fanpage, mimo woli dowiaduję się o wszystkim. Sylwetkowo i mentalnie bliżej mi do Natalii, bo nie tylko wydała własny poradnik, ale chyba też zrozumiała, że wyczyn na dłuższą metę to równia pochyła. Nikomu jednak nie odbieram marzeń. Nikomu tej przygody nie odradzam i nie polecam. Wspieram i szanuję natomiast te z dziewczyn, które mają odwagę się z tym zmierzyć. Niech każda ma swoją opowieść.  

Wraz z bicepsem rośnie wiara w siebie, we własne możliwości, w siłę, o istnieniu której wiele z nas nie ma pojęcia?  

- Jeśli komuś wiara rośnie wraz z bicepsem, to gratuluję. (śmiech) Ciało może być świetnym punktem wyjścia do poprawy relacji ze sobą, ale absolutnie nie rozwiązuje wszystkich problemów. I o tym jest "Papryczka". 


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje