Reklama

Reklama

Ile kochanek miał Twój pradziadek?

„ŻONA WYJECHAŁA. Nudzę się i szukam towarzyszki do wymiany myśli i wrażeń” – brzmiało ogłoszenie opublikowane w 1925 roku przez polskie pismo erotyczne „Amorek”. W czasach naszych pradziadków podobne anonse nikogo nie dziwiły.

Każdy mężczyzna jest z samej swojej natury poligamistą, a każda kobieta - monogamistką. Z tak sformułowanym poglądem w XIX wieku jednogłośnie zgadzali się naukowcy, lekarze i... zwyczajni mężczyźni. Wierność mężów uznawano za rodzaj zwyrodnienia i grzechu przeciwko naturze. Zdrada nie tylko nikogo nie bulwersowała, ale była wręcz potwierdzeniem dobrego stanu zdrowia.

Na tym nie koniec (pseudo)naukowych argumentów. XIX-wieczni specjaliści utrzymywali, że organizm każdego mężczyzny, a już szczególnie dojrzewającego chłopca, wymaga go prawidłowego funkcjonowania regularnych wytrysków. I to wyłącznie tych następujących podczas tradycyjnego stosunku płciowego. Spotkania z prostytutkami uchodziły za rodzaj terapii przeciwdziałającej bólom głowy, problemom z koncentracją, z kręgosłupem i koordynacją ruchową.

Reklama

Z tym rysem rzeczywistości musieli się godzić nawet najbardziej radykalni publicyści przełomu wieków: ci propagujący abstynencję seksualną. W komentarzu do ankiety na temat życia płciowego, przeprowadzonej w 1903 roku wśród warszawskich studentów, podkreślali, że wstrzemięźliwość wymaga od mężczyzn prawdziwego męczeństwa. Respondenci, którzy nie uprawiali regularnie seksu, uskarżali się w związku z tym między innymi na "zanik zdolności", ciężkie migreny i "częste zdenerwowanie". Ci, których do abstynencji zmusiła bieda, otwarcie nawoływali do "zakładania dobroczynnych domów publicznych dla ubogich studentów". Przytoczono też popularny pogląd, zgodnie z którym "prostytucja istnieje na to, by młodzieży zdrowie zapewnić"

W burdelach regularnie bywali gimnazjaliści i studenci. Wielu młodych mężczyzn to tam odbywało swój pierwszy raz. Przyznało się do tego kilkunastu uczestników wspomnianej ankiety. Jeden nadmienił przy okazji, że boi się chodzić z kolegami na piwo, bo "najczęściej biba przechodzi w orgie w domach publicznych". Był pewnym wyjątkiem, bo zdecydowana większość młodzieży męskiej przyjmowała ten stan rzeczy z niekłamanym entuzjazmem.

W całej Europie zaakceptowano zasadę, że inicjacja seksualna mężczyzny nie tylko może, ale wręcz powinna następować w burdelu. Przyzwolenie stopniowo zmieniało się w społeczny nakaz. Autor wydanego w 1909 roku poradnika Hygiena miodowych miesięcy wprost krytykował żonkosiów idących do ołtarza bez wcześniejszego treningu z prostytutkami. "Zdarzało się, że młodzi mężowie rozpoczynali swój miesiąc miodowy w niewiedzy (...). Winni byli uczyć się tego tam, gdzie mogli to czynić przed zawarciem związku małżeńskiego" - instruował. Nikogo to nie szokowało. Medycyna skutecznie zabiła wstyd.

Młodzieńcze przyzwyczajenia pozostawały już na całe życie. Po ślubie i nocy poślubnej w sytuacji XIX-wiecznego mężczyzny niewiele się zmieniało. Miał odtąd zapewniony wikt i opierunek, ale życie seksualne prowadził tak, jak zawsze. Głównie poza domem.

"Prostytutka stała się na wiek cały filarem moralności społecznej, niemal urzędnikiem państwowym" - stwierdził w 1932 roku Tadeusz Boy-Żeleński. Tym stanem rzeczy wstrząsnęła dopiero wielka rewolucja seksualna na przełomie wieków. Rozwój ruchów feministycznych, udoskonalenie metod antykoncepcji, wprowadzenie do sprzedaży pierwszych skutecznych środków przeciwwenerycznych, a wreszcie wielka wojna - wszystko to sprawiło, że seks przestał być postrzegany tylko jako męska sprawa. Nie znaczy to jednak, że zmniejszyła się skala niewierności małżeńskiej. Wręcz przeciwnie.

Teraz zdradzali już nie tylko mężczyźni, ale również kobiety. Dżentelmeni, którzy w XIX wieku musieli korzystać z płatnych usług seksualnych, teraz uwodzili żony swoich kolegów lub przypadkowe nieznajome. Albo też sami byli przez nie uwodzeni.

Głośna, postępowa publicystka Irena Krzywicka stwierdziła wprost: Każda prawie z moich znajomych (...) miała takie podwójne stosunki, nie mówiąc już o mężczyznach". O tym samym pisał na początku lat 30. Tadeusz Boy-Żeleński: "Przestarzała terminologia miłosna: »odda się«, »wziął ją«, »zdradził« dziś nic już nie oznacza". Oboje nawoływali do wielkiej "ofensywy przeciwko zazdrości". Do zupełnego zniesienia małżeństw lub przynajmniej - zaakceptowania faktu, że każdy człowiek zdradza. I każdy powinien mieć pełne prawo zostać "swingersem".

To, co z dzisiejszej perspektywy może wyglądać na skrajne, hedonistyczne stanowisko, sto lat temu było tematem otwartej dyskusji w całej Europie. Przeróżne ruchy społeczne i polityczne wprost prześcigały się w promowaniu "wolnych małżeństw", a nawet - wielożeństwa. Pionierzy eugeniki twierdzili, że "monogamiczna moralność podkopuje fizyczny ustrój rasy". Już na początku stulecia zgłosili pomysł tworzenia "stowarzyszeń niewieścich". Dzięki nim uprzywilejowani rasowo mężczyźni mogliby na potęgę płodzić dzieci poza małżeństwem, a tym samym - dać odpór rosnącej w siłę "rasie wschodnioazjatyckiej". Poligamię w zbiór swoich postulatów wpletli socjaliści. "Podobnie jak nie ulega wątpliwości, że własność prywatna jest chwilową formą ekonomiczną i z czasem ustąpi formom innym, tak samo monogamia jest tylko przejściową formą życia płciowego, po której nastąpią inne zwyczaje i obyczaje" - oznajmiano . Wśród feministek porzucenie tyranii zazdrości promowała znana również nad Wisłą Ellen Key. Poligamię na swoje sztandary brali też najbardziej zaciekli zwolennicy demokracji. Miała być jeszcze jednym przejawem wolności jednostki i prawa każdego człowieka do własnego zdania.

Wszystko to działo się w mitycznej epoce szykownych dam, eleganckich dżentelmenów i wielkich patriotów. O takiej stronie dwudziestolecia międzywojennego nie opowiadają w szkołach...

Kamil Janicki

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy