Reklama

Reklama

Łatwo pokochać muzyka, ale trudniej z nim żyć

Dzieliła ich scena. On na niej występował, ona stała na widowni. Po koncercie wpisała się na stronie zespołu i była zszokowana, kiedy Marek odpisał. Mailowali kilka tygodni, zanim się spotkali. Wyglądało to tak, jakby muzyk poderwał swoją fankę...

Historia Moniki Borkowskiej (28) oraz Marka Kopeckiego (48) to gotowy scenariusz komedii romantycznej. - Nie może być inaczej, bo wszystko zaczęło się na koncercie Universe, w którym Marek jest basistą - uśmiecha się Monika. - Stałam daleko od sceny, ale odbierałam całą bijącą od chłopaków energię i radość. Nie tylko z grania, ale też z bycia razem.

- Po koncercie weszłam na ich stronę i podziękowałam za te fajne emocje. Podałam swój adres e-mailowy, ale nie spodziewałam się, że ktoś odpisze... - Przeczytałem jej wpis. Spodobała mi się jego prostota i szczerość - uśmiecha się Marek. - A jej po prostu spodobało się nasze granie. Odpisałem.

Reklama

Monika żartuje, że na widok e-maila z podpisem "Universe" poczuła się tak, jakby odezwał się do niej sam Elvis Presley! Była też ciekawa, który z muzyków znalazł czas dla nieznajomej dziewczyny. Gdy Marek odpowiedział, przeszukała internet. Dowiedziała się, że wcześniej grał bluesa i country.

Zobaczyła, że jest chłopięco przystojny, ale zaskoczyło ją, że niewiele młodszy od jej rodziców. On nie wiedział, jak wygląda 23-letnia studentka, której pisze o swoim życiu, ale wtedy go to nie interesowało. Liczył się płynący z jej listu młodzieńczy entuzjazm i przekonanie, że wszystko w życiu jest możliwe. I sprawdziło się - są razem od pięciu lat.

Spotkanie w realu

Z czasem e-maile stawały się rzadsze i pewnie ustałyby, gdyby nie samobójcza śmierć frontmana Universe, Mirka Breguły. Monika pojechała na pogrzeb, szła w kilkutysięcznym tłumie fanów. Kilka tygodni później chciała odwiedzić jego grób.

- Napisałam o tym do Marka, a on zaproponował, że mnie tam zaprowadzi - wspomina. - Jechałam na to spotkanie z duszą na ramieniu. Czy w realu będzie się nam dobrze rozmawiało? - Spóźniłem się osiem minut. Jak na mnie to niezły wynik - śmieje się Marek. - Stała tyłem, więc najpierw zobaczyłem jej piękne, kręcone włosy.

- Odwróciła się i pomyślałem, że w sumie to fajnie, że jest taka ładna.

Kiedy zostawili kwiaty na grobie Mirka, zaprosił ją do kawiarni. Przegadali kilka godzin. Nie czuła dzielącego ich dystansu wieku, życia w dwóch różnych światach. Spodobało się jej, jak wyglądał (szary płaszcz, oryginalna czapka), tembr głosu, sposób, w jaki na nią patrzył.

On z radością zauważył, że ona nie traktuje go jak gwiazdę, którą fajnie się pochwalić w towarzystwie. Owszem, gadali o koncertach, opowiadał jej o zespole, ale czuł, że interesuje ją jako facet, a nie basista znanego zespołu. Kiedyś spotykał się z dziewczyną, dla której tylko to się liczyło i do dziś z niechęcią wspomina tamten epizod.

Gdy odwoził ją do domu, zapytał, czy mogą się jeszcze spotkać. Niemal krzyknęła, że tak. Pierwszy raz w życiu była zakochana. On z każdym kolejnym tygodniem czuł, że może być tą jedyną. Mimo że miał 43 lata, a Monika była 20 lat młodsza.

W trasie

Po dwóch miesiącach zaprosił ją na koncert Universe. Zabrał za kulisy i przedstawił kolegom. Ktoś mógłby pomyśleć, że wyrwał wpatrzoną w siebie fankę i szpanuje. Miał to w nosie. Wiedział, że życie różni się od stereotypów. Monika znała się na muzyce, była krytyczna i nie bała się o tym mówić.

- Gdyby było inaczej, nie wziąłbym jej w trasę - przyznaje Marek. - Monika jest szczera do bólu. Po jednym z koncertów wytknęła mi, że źle prezentuję się na scenie, po kolejnym zwróciła uwagę na to, jak się poruszam i jak to wygląda z widowni.

- Na trasie byłam jego dziewczyną, asystentką, tour managerem. Przypominałam, że pora kończyć kawę, bo już za dwie minuty zaczyna się koncert, w biegu mocowałam mu odsłuch - śmieje się Monika. - Robiłam to dla niego, ale też dla siebie. Czułam, że biorę udział w czymś niezwykłym, przeżywam przygodę w świecie do tej pory dla mnie nieosiągalnym... 

Walka z gitarami

Monika studiowała zarządzanie i marketing, Marek był specjalistą ds. reklamy wizualnej. Przez rok żyli na dwa domy. W tygodniu czasem wpadała do niego, weekendy zazwyczaj spędzali w trasie. Kiedy Marek miał wolne, Monika zabierała go na studenckie imprezy. Poznał jej paczkę, ale lepiej dogadywał się z rodzicami Moniki, którzy też dorastali w czasach PRL-u, słuchali rock and rolla i lubili tradycyjną kuchnię śląską, a nie modne fast foody.

- Rodzice początkowo traktowali Marka jak przybysza z innej planety - wspomina Monika. - Przed pierwszym wspólnym obiadem mama nie miała pojęcia, co zrobić do jedzenia, tak jakby Marek miał inny niż przeciętni śmiertelnicy system trawienny.

- Moi rodzice przyjęli Monikę z szeroko otwartymi ramionami - uśmiecha się Marek. - Ojciec, który bacznie obserwował moje zakręty życiowe, ucieszył się, że mam dziewczynę spoza branży muzycznej. Według niego, taki układ jest zdrowszy, lżejszy o sprawy ambicjonalne i pewniejszy. Mama z ojcem martwili się tylko, że Monika jest młodsza i może kiedyś zakochać się w chłopaku w swoim wieku...

Po roku zamieszkali razem. Przez pierwsze tygodnie zachwycona budziła się przy Marku, pili poranną kawę, wieczorem słuchała, jak ćwiczy na gitarze. Ale miała wrażenie, że pełnoprawnymi mieszkańcami są instrumenty, które zajmowały sypialnię, kuchnię, pokój, a nawet łazienkę. Chowała do szafy gitary, na których już nie grał, odkładała do pudła stary syntezator. I po chwili znów się o nie potykała...

Zaciskała zęby, przekonywała się, że muzycy tak mają. Milcząc, zbierała rozrzucone ciuchy, wkładała do pralki, ale wybuchała na widok zapychających zlew torebek po herbacie. Była rozczarowana. Marek bałaganiarz nie pasował do wyidealizowanego obrazu. Co u Marka muzyka było rozkoszne, u partnera stawało się denerwujące.

Pokochać za wady

Dla niego pierwsze tygodnie z Moniką były rozczulające. Zwracał uwagę jak dziecku, że nie powinna stawiać małego garnuszka na dużym ogniu, bo to przedłuży gotowanie. Szukał gubionych rękawiczek czy szalików. - Widziałem, że Monika spala się w walce z moimi niedoskonałościami - śmieje się.

- Starałem się poprawić, ale nie zawsze wychodziło. Kiedyś postanowiła nauczyć mnie robić szybkie zakupy. Podzieliła supermarket na dwie części, sama pobiegła po nabiał, a ja miałem 20 minut, by kupić mięso i wędliny. Rozglądałem się spanikowany, a gdy wróciła, stałem w tym samym miejscu.

- Zobaczyłam, że mu zależy, i zaczęłam odpuszczać. Dotarło do mnie, że nie mogę wymagać od Marka, by zamienił się w kogoś, kim nie jest - uśmiecha się Monika. - Odpuściłam, ale nie w sprawie wspólnego czasu.

Monika przerwała studia, bo dostała propozycję z firmy reklamowej. Przestała jeździć w trasy. Marek po pracy zaraz biegł na próby albo ćwiczył w domu. A do tego dochodziły jeszcze kilkudniowe wyjazdy. Monika zaczęła być zazdrosna o muzykę. Walczyła, żeby nie grał na gitarze więcej niż dwie godziny dziennie. Dostosowała swój grafik do jego terminów prób i dopilnowała, żeby mieli te same wolne dni.

Po jakimś czasie Marek złapał równowagę między pasją a miłością. Jedną ścianę w salonie przeznaczyli na zdjęcia ze wspólnych wyjazdów, a Monika nauczyła się żyć w mieszkaniu zdominowanym przez instrumenty. 

Wygrać z czasem

Od tamtej chwili minęło pięć lat. Czasem znów jadą razem w trasę. - Łapiemy wspólne chwile, bo mamy ich mniej niż ludzie, którzy wchodzą w miłość w tym samym wieku - przyznaje Monika.

- Czasem martwię się, że nie dotrzymam kroku Monice. Wyobrażam sobie atrakcyjną 40-latkę i siebie, 60-latka, który udaje na scenie nastolatka - śmieje się Marek. - I co z tego? - Monika odpowiada pytaniem. - I tak będę twoją najwierniejszą fanką.

Elżbieta Turlej

Olivia

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: muzyk | muzyka | Miłość

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje