Reklama

Reklama

Małżeńskie regaty

Tęsknota towarzyszy im od 19 lat, odkąd są razem. W ciągu roku spędzają ze sobą tylko kilkadziesiąt dni. Potem on wyrusza na ocean, a ona zostaje i z lądu prowadzi jego projekty. Ufają sobie na śmierć i życie.

Są jak woda i ogień. On wysoki, małomówny. Ona drobna, gadatliwa brunetka wydaje się wypełniać energią cały dom. - W naszym związku Zbyszek, czyli Gutek, nie ma wyjścia i musi mnie słuchać - śmieje się Eliza Gutkowska (38).

Reklama

- Nie narzekam. Przywykłem - podsumowuje lapidarnie Zbigniew Gutkowski (39), kapitan, płetwonurek, radiooperator. Pierwszy w historii Polak, który wystartował w regatach okołoziemskich, w domu staje się bezradny niczym małe dziecko.

Ich małżeńskie regaty zaczęły się dokładnie 18 grudnia 1994 roku o 19.00. Byli wtedy nastolatkami.

Żeglarz ? Straszny facet!

Wpadli na siebie w autobusie. On wracał z treningu, ona z zajęć baletowych. On przełamał nieśmiałość i rzucił do niej kilka niezobowiązujących zdań, ona zaprosiła go na prywatkę. - Podobał mi się, ale miałam ochotę uciec, kiedy usłyszałam, że od 10. roku życia trenuje żeglarstwo. Wyobraźnia podsuwała mi obrazy facetów spędzających godziny na łódce, śpiewających szanty i hodujących zarost. Ale Gutek wyjaśnił mi, na czym polega ten sport.

Z przyjemnością słuchała jego opowieści o czytaniu pogody, zmaganiach z czasem i dokładnym planowaniu każdego ruchu na wodzie. Podobało jej się, kiedy mówił o adrenalinie, jaką daje współzawodnictwo, i nie potrafiła oderwać od niego oczu, gdy zapalał się, wspominając wygrane regaty. Intuicja podpowiadała jej, że żeglarstwo to nie tylko jego hobby, ale też integralna część życia, ale wtedy jeszcze nie wiedziała, jak bardzo to wpłynie na jej życie. 

Jeśli kochasz, daj mu wolność

Każde z nich inaczej wspomina pierwsze miesiące związku. Gutek usiłował pogodzić treningi, zawody i randki. Eliza walczyła z zazdrością o jego czas poświęcany żeglarstwu. Była wściekła, że kiedy inni obchodzą walentynki albo umawiają się parami w kinie, ona przychodzi sama, bo właśnie zaczęły się regaty.

- Nie chciałem, żeby czuła się odstawiona na boczny tor. Usiłowałem podzielić się z nią swoją pasją i kilka razy zabierałem ją na zawody. Miałem nadzieję, że kibicując mi, poczuje to samo co ja, ale woda i ląd to dwa różne światy - wspomina Gutek. - Nie czułam frajdy z żeglowania, nie rozumiałam, do czego służą na łódce te wszystkie sznurki. Denerwowałam się, że nie umiem złapać wiatru w żagle - przyznaje Eliza. - Postawiłam Gutkowi ultimatum: albo ja, albo żagle. Wybrał mnie. Była zadowolona, bo rezygnując z pasji, dał - jak wtedy myślała - prawdziwy dowód miłości. Mieli dla siebie mnóstwo czasu, cieszyli się, kochali, ale coś ją uwierało.

Gutek nie był w pełni szczęśliwy. Jego spojrzenie straciło blask, nie umiał mówić o niczym z taką pasją jak wcześniej o żaglach. Wyciągnęła go na tydzień do lasu, ale zbierający grzyby i łowiący ryby wydawał jej się kimś przeklejonym z innej rzeczywistości. To samo czuła, przyglądając się, jak tapetuje mieszkanie czy wbija gwoździe. Zrozumiała, że nie może wymagać, aby kochany mężczyzna poświęcał dla niej swoją pasję, bo kiedyś może mieć o to do niej pretensję i po prostu odejść.

Po pół roku poprosiła, żeby wrócił na wodę. Zwracając mu wolność, była pewna, że już nigdy w życiu nie postawi go przed podobnym wyborem. Wiedziała też, że zgoda na to, żeby dzielił życie między dom i jacht, oznacza ciągłą tęsknotę. Była na nią gotowa.

99 dni na granicy życia i śmierci

Trzy lata później pobrali się i na świat przyszła Zuzia. Eliza kończyła chemię, jako wolontariusz pracowała w klinice weterynaryjnej. Gutek wyjeżdżał na regaty tak, jak inni mężowie wychodzą do biura albo fabryki. Tyle że oni wracają tego samego dnia, a jego nie było tygodniami. Umiała naprawić cieknący kran, wymienić żarówkę, zająć się Zuzką.

- Nie bałam się o życie męża, bo wiedziałam, że Gutek to facet, który urodził się z liną w ręku i może żeglować z zamkniętymi oczami. Denerwowało mnie, że gdyby coś się stało, jestem skazana na informację od organizatorów zawodów. Bałam się, że nie powiedzą mi prawdy dla mojego rzekomego dobra. Wolę prawdę, nawet najbardziej bolesną - przyznaje. Ten stres pogłębił się, kiedy Gutek wypłynął na szerokie wody, czyli zaczął startować w regatach dookoła świata.

- Gdy zostałem członkiem drużyny Romana Paszke, poczułem, że łapię wiatr w żagle, ale też narażam się na większe niż do tej pory niebezpieczeństwo. Morze nie było już dla mnie zagadką, oceanu dopiero się uczyłem - przyznaje Gutek. Oboje zdawali sobie sprawę, że 99 dni rejsu dookoła świata oznacza 99 dni balansowania na granicy życia i śmierci. Mimo to nigdy nie rozmawiali o tym, że może zginąć.

Gutek, jak każdy sportowiec, trochę przesądny, nie zamierzał kusić losu. Eliza nie chciała obciążać go swoimi emocjami. Wiedziała, że na regatach musi być skoncentrowany na sobie i na jachcie. Dlatego kiedy dzwonił z oceanu, nie mówiła mu o chorobie Zuzki, swoich gorszych dniach, problemach w pracy czy kłótni z koleżanką. Czasem obiecywała sobie, że wróci do tego po jego przyjeździe, ale kiedy wreszcie byli razem, wszystko szło w kąt. Żyli chwilą, znów przeżywali miesiąc miodowy. 

Pod nogami miękki dywan

Po kilku miesiącach daleko od domu ona wydawała mu się bardziej dojrzała, odpowiedzialna, poukładana. On w jej oczach stawał się spokojniejszy, bardziej zdystansowany, pewny siebie. Nie zmieniało się jedno: wilk morski, który nieraz opłynął kulę ziemską, w domu stawał się kompletnie zagubiony. Nie wiedział, gdzie stoi cukier, zapominał, do której klasy chodzi Zuza.

- Czasem miałam wrażenie, że tylko ciałem jest w domu, ale duchem nadal żegluje - wspomina Eliza. - Budził się o trzeciej nad ranem, bo przecież trzeba iść na wachtę, albo zrywał się z krzykiem: "Toniemy!". Kiedyś musiałam przekonywać go, że nie musi siedzieć w kucki na łóżku, bo pod nogą ma miękki dywan, a nie spienioną toń... Eliza patrzy na mnie porozumiewawczo.

Gutek nie ma pojęcia, jak uruchomić pralkę, zapomina, że ich 16-letnia córka Zuza wybiera się do liceum o profilu biologiczno-chemicznym i już dawno zawiesiła treningi pływania. Tata się dziwi na widok kolejnego kota, choć przecież mówiła mu przez telefon, że powiększyła swoją hodowlę wielkich i kudłatych kotów rasy maine coon...

- Na szczęście Gutek po kilku dniach w domu ogarnia zmiany, jakie zaszły podczas jego nieobecności. Tyle że wtedy znów zaczyna się pakować na kolejne regaty - lekko uśmiecha się Eliza. - Cholernie trudno przejść z trybu żeglarskiego na lądowy. Tym bardziej że rejs obfitował w różnego typu atrakcje - opowiada Gutek.

Szybko ustalili, że gdyby działo się coś złego, ma natychmiast do niej zadzwonić. Nieważne, że jest na innej półkuli, minęła trzecia rano albo w Polsce właśnie wszyscy siadają do wigilii. Przekonała go, że musi znać nawet najbardziej bolesną prawdę i nie chce, żeby o tym, co się z nim dzieje, opowiadali jej obcy ludzie. Dzięki temu jeszcze przed organizatorami regat dowiedziała się o wypadku w Hiszpanii.

Kierowca wiozącego ich auta zasnął, cudem uszli z życiem. Policjanci, którzy oglądali wrak, pytali, czy są jakieś ofiary. Na szczęście skończyło się na zadrapaniach oraz potłuczeniach. Zadzwonił do niej zaraz po wypadku. Kiedy tylko usłyszała, że na szczęście krzyczy ze wściekłości, a nie bólu, poczuła ulgę. Nie widziała go, ale intuicja podpowiadała jej, że nic mu nie jest.

Tryb małżeński i zawodowy

Gutek, zazwyczaj małomówny, ożywia się, kiedy pada słowo "intuicja". Uważa, że to jedna z cech, która doskonale sprawdza się nie tylko na lądzie, ale też na wielkiej wodzie. Jak wtedy, gdy zdecydował się na udział w samotnych regatach okołoziemskich i postanowił zatrudnić Elizę jako swojego menedżera. Początkowo nie była pewna, czy sobie poradzi: jako opiekun projektów Gutka musiałaby starać się o sprzęt, walczyć o sponsorów wypraw, a potem z lądu sterować jego poczynaniami podczas regat. To oznacza nieustanne czuwanie, gigantyczną odpowiedzialność, setki telefonów, stres. - Z jednej strony dzięki wspólnej pracy mogłam być bliżej Gutka - przyznaje.

- Z drugiej zaś bałam się, że wejście w jego żeglarski tryb życia okaże się końcem mojej niezależności. Nie byłam też pewna, czy uda mi się oddzielić Elizę żonę od Elizy menedżera i w pewnym sensie szefa własnego męża. - Obiecałem, że zrobię wszystko, żeby udało nam się pogodzić oba te światy, ale szybko zrozumieliśmy, że to niemożliwe - uśmiecha się Gutek.

Świat żagli, lądu, małżeństwa, zależności służbowych splótł się w nierozerwalną całość. Eliza jako szefowa potrafi być bezlitosna i nie stosuje wobec Gutka żadnej taryfy ulgowej. Jednocześnie po trudnej rozmowie służbowej potrafi przejść na tryb małżeński i zapytać, czy za nią tęskni. Przez miesiące nieobecności i gadania przez telefon nauczyli się odgadywać swój nastrój z brzmienia głosu.

Czasem, kiedy Gutek czekając na kolejny start w regatach, siedzi w tropikach, a w Polsce panuje przygnębiająca szara jesień, Eliza nie ma ochoty na dłuższe rozmowy. Wtedy Gutek pyta: "Czy ty mnie jeszcze kochasz?". A wtedy ona odpowiada: "A nie masz ty innych kłopotów?". Niby nic, a od razu jej lżej na sercu. 

Bardzo mądra decyzja

Oboje nie lubią nadużywać słów: kocham, tęsknię, zrobię dla ciebie wszystko. Na wielkiej wodzie w cenie jest opanowanie, umiejętność myślenia na zimno i działanie. - Dziesięć dni po starcie w samotnych regatach okołoziemskich Velux Oceans Race Gutek miał groźny wypadek. Wiatrak, mała elektrownia jachtu, poranił mu głowę - wspomina Eliza. - Zadzwonił o 15, ślęczałam nad jakimś raportem dla sponsora. Wykrzyczał do słuchawki: "Jest źle". Pomyślałam, że jego jacht tonie, a w okolicy nie ma nikogo, kto mógłby mu pomóc. Na szczęście po chwili zaczął wykrzykiwać, że kogoś, kto zainstalował wiatrak, powinno się wysłać do diabła, i już wiedziałam, że skoro krzyczy, nie jest z nim aż tak źle.

- Kazałam mu zrobić sobie zdjęcie i wysłać mi komórką. - Nie traciłem czasu na dopytywanie dlaczego - uzupełnia Gutek. - Wiedziałem, że Eliza ma w jednym palcu zasady pierwszej pomocy medycznej, a więc robiłem, co kazała. Wymyłem twarz, wyczyściłem ranę, wyciąłem włosy. Zaprotestowałem tylko, kiedy zarządziła: "A teraz weź nici chirurgiczne i szyj". Udało mi się nakleić specjalne plasterki ze sztucznej skóry. Eliza przyznaje, że wydawanie poleceń nie przychodziło jej z trudem. Najtrudniejsze było wzięcie odpowiedzialności za jego dalsze losy. Zapytał: "Czy powinienem zawinąć do portu?".

Odpowiedziała: "Płyń dalej, będzie dobrze". A przecież widziała jego rany na niewyraźnym zrobionym komórką i nie miała pojęcia, w jakim naprawdę jest stanie. Kiedy po 15 dniach zawinął do mety, po ranach zostały prawie niewidoczne blizny. Kilka miesięcy później, na innym etapie regat, nie wahała się odwołać go z trasy. Tym razem fala zmyła go z pokładu do kokpitu, spadł na wystającą listwę. Zadzwonił i wył z bólu.

Wiedziała, że tym razem to nie przelewki. Złamanie żebra mogło skończyć się przebiciem płuca i śmiercią. Nie prosiła, żeby przerwał regaty. Powiedziała wprost, że jeśli tego nie zrobi, zostanie mu ledwie kilka godzin życia. Kiedy dotarł na ląd, lekarz potwierdził jej diagnozę i pogratulował mu mądrej decyzji. Wtedy Gutek pomyślał, że podjął naprawdę mądrą decyzję, podchodząc w autobusie do pewnej drobnej brunetki, a potem prosząc ją o rękę...


Dowiedz się więcej na temat: małżeństwa | statek | morze | Miłość

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje