Reklama

Reklama

Nie pozwoliłam, by szef mnie poniżał

– Kilka lat znosiłam krzyki i wyzwiska. Przełożony wmawiał mi, że jestem nikim i że nic nie potrafię. W końcu powiedziałam: „Dość!”. Odważyłam się pójść do sądu, a koleżanki stanęły w mojej obronie – opowiada pani Ola z Mysłowic.

Kiedy 12 lat temu rozpoczęłam pracę w mysłowickim Urzędzie Miasta, atmosfera była dobra, nie chciałam zmieniać pracodawcy - opowiada pani Ola. - Po 5 latach postanowiłam jednak coś zmienić, znaleźć stanowisko, na którym mogłabym się rozwijać, służyć swoją wiedzą i umiejętnościami. Dostałam przeniesienie do Wydziału Zdrowia. Podczas pierwszej rozmowy z nowym szefem ścierpła mi skóra - wspomina.

Reklama

- Zaczął krzyczał: "Nikt mnie nie pytał o zdanie!" A potem uprzedził: "Nie jestem łatwy we współpracy. Zresztą... nie wiem, jak długo będziemy mieli ku temu okazję". Domyślała się, że naczelnik mógł mieć kogoś upatrzonego na ten wakat, a jej przeniesienie pokrzyżowało mu plany. - Ze zdwojoną siłą wzięłam się do pracy - kontynuuje opowieść pani Ola. - Chciałam pokazać, że jestem jednak odpowiednią osobą. Robiłam wszystko najlepiej, jak się dało. Nie szczędziłam czasu i sił, by wszystko było dopięte na ostatni guzik.

Mimo to już w pierwszych tygodniach okazało się, że i tak nie sprostam wymaganiom szefa. "Pani jest głupia! To nie tak miało być zrobione!"- krzyczał niemal przy każdej wizycie w jej pokoju. Ubliżał, podważał kompetencje. - Czepiał się i próbował udowodnić, że robię coś źle. Ale tak naprawdę nigdy nie był w stanie tego wykazać, bo nie popełniałam błędów. Nie tylko mnie tak traktował. Niemal codziennie wzywał którąś z koleżanek do siebie, a ta wracała z płaczem - wspomina Aleksandra Lubowiecka.

Mijały miesiące, lata, a ja byłam coraz bardziej zestresowana - mówi. Kilka razy informowała przełożonych, co się dzieje w Wydziale Zdrowia, jednak nigdy nie wzięli na poważnie jej skarg. - Wiedziałam, że nie mogę tego tak zostawić, dlatego zaczęłam sporządzać notatki służbowe po kolejnych wyskokach szefa - zwierza się kobieta. - Nie wpadłam na pomysł nagrywania rozmów, bo jego ataków furii nie sposób było przewidzieć. Naczelnik mógł mieć dobry humor, a w pewnej chwili nagle mnie oskarżał. Pracowałam nawet na chorobowym, bo nie wyznaczył nikogo na zastępstwo. Kontrolował wyniki mojej pracy także wtedy! W sekretariacie wyraził się raz o nas "leniwe, głupie ci...y". Mobbing odbił się na moim zdrowiu - podkreśla pani Aleksandra.

- Najpierw wizyty u psychologa, później u psychiatry, w końcu leczenie lekami psychotropowymi... Przez to wszystko przytyłam, a naczelnik nie szczędził mi "komplementów" z tego powodu. Komentował każdy posiłek, na który przecież w pracy jest miejsce. No i wagę... Płakałam po każdej wizycie w jego gabinecie i po powrocie do domu. Żeby się odstresować, jadłam czekoladę.

Sytuacja w pracy stawała się nie do zniesienia. Aleksandra Lubowiecka była u kresu wytrzymałości. Któregoś dnia, w prywatnej rozmowie z koleżanką, nagle rozpłakała się. "Olu, co się dzieje? To przez pracę?" - pytała zaniepokojona przyjaciółka. - Wyznałam jej wtedy całą prawdę i przestałam oszukiwać samą siebie, że wszystko jeszcze się jakoś ułoży - mówi Aleksandra Lubowiecka. - Zaczęłam zabiegać w Urzędzie Miasta o przeniesienie do innego wydziału, ale nikt mnie nie słuchał. Naczelnik z jednej strony zarzucał, że nic nie potrafię, a z drugiej, kiedy i jego prosiłam o przeniesienie, milczał. Myślę, że dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że pracy, jaka była wówczas do wykonania w Wydziale Zdrowia, w tym momencie nikt lepiej za mnie nie zrobi. W Urzędzie Miasta odbiłam się już od każdej ściany. Zrozumiałam, że pozostało mi już tylko jedno, ostatnie wyjście: sąd pracy - wspomina.

- Przygotowałam pozew o mobbing, lecz najpierw wypytałam koleżanki, czy mogę na nie liczyć. To znaczy, czy zgodzą się zeznać podczas rozprawy, co naprawdę działo się w wydziale. Wszystkie się zgodziły! Sąd wysłuchał opowieści pani Oli i innych dręczonych przez szefa kobiet. - Zeznając przed sędzią, koleżanki płakały tak jak i ja - podkreśla Aleksandra Lubowiecka. - One też były w pracy poniżane, musiały znosić humory szefa i jego drwiące komentarze. Kiedy znalazłam siłę, żeby o siebie zawalczyć, też otworzyły się i powiedziały w sądzie całą prawdę.

W czasie procesu naczelnik poprosił o przeniesienie na inne stanowisko z powodu... stanu zdrowia. Jego następcą została jedna z pracownic wydziału, także wcześniej przez niego prześladowana. Sąd w 80 proc. uznał racje powódki i przyznał jej odszkodowanie w wysokości 25 tys. zł, które - jako jednostka odpowiedzialna za pracę naczelnika - ma zapłacić Urząd Miasta.

- Cieszę się z całego serca, lecz nie aż tak z powodu pieniędzy. Najważniejsze jest dla mnie to, że po chorobowym wróciłam do zupełnie innej pracy! To znaczy na to samo stanowisko, ale w zdrowej, koleżeńskiej i profesjonalnej atmosferze - uśmiecha się pani Ola. Sześć lat poniżania, gnębienia i zastraszania skończyło się sprawiedliwym wyrokiem, który jest ulgą także dla innych pracowników wydziału.

Naczelnik dziwnym trafem podupadł na zdrowiu akurat w czasie procesu w sądzie pracy. Nie miał odwagi, by spojrzeć prześladowanym przez siebie kobietom w twarz. Nie usłyszały od niego słowa: "Przepraszam!". Mimo to pani Aleksandra czuje satysfakcję, że sprawiedliwości wreszcie stało się zadość. - Niech moja historia będzie przestrogą, że bycie przełożonym nie daje nikomu bezwzględnej władzy nad człowiekiem - podkreśla pani Ola. - Szacunek szefa należy się każdemu pracownikowi. Bez względu na to, czy jest mężczyzną, czy kobietą!

Rafał Dobrzyński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje