Reklama

Reklama

Nielegalny biznes Polaków

Ponad dwa lata Polacy wożą nielegalnie pasażerów z lotniska Torp do Oslo w Norwegii. Bezradne są władze portu, oficjalny przewoźnik, a także policja. Nielegalni polscy pracownicy w Norwegii to wciąż norma – stanowią 1/3 polskiej emigracji.

Lotnisko w Torp, gdzie przylatują Polacy kierujący się do Oslo, jest oddalone od stolicy Norwegii o ponad 100 km. Do miasta można dojechać koleją, albo specjalnym autokarem, czekającym przed halą po przylocie każdego samolotu. W razie potrzeby podstawiane są dodatkowe autobusy. Wydawać by się mogło, że na więcej połączeń nie ma zapotrzebowania. Otóż jest. Postanowili to wykorzystać przedsiębiorczy Polacy, którzy za cenę porównywalną z tą oferowaną przez licencjonowanego przewoźnika, wożą Polaków. Czasami trzeba im zapłacić więcej, ale rodak nie znający języka i przekonany, że sobie nie poradzi, zapłaci nawet więcej, żeby bezpiecznie dotrzeć do mieszkania.
 

Reklama

Kto z państwa do Oslo?


Ci, którzy jadą do Oslo przez Torp po raz pierwszy mogą nie wiedzieć, że na lotnisku czekają na nich rodacy gotowi zapakować ich bagaże do niewielkiego busika, usadzić ich z tyłu upychając pasażerów odpowiednio do ich ilości i podwieźć pod drzwi mieszkania lub hostelu. Czekają przy wyjściu z hali przylotów, nie w samym budynku, bo władze lotniska, walcząc z nielegalnymi przewoźnikami, zagrodziły wyjście specjalnymi bramkami.

Wsiadamy do samolotu lecącego do Oslo w Krakowie. Na pokładzie - w większości Polacy. Trzech przedsiębiorczych mężczyzn zaopatrzonych w wódkę kupioną na strefie bezcłowej pół godziny przed lądowaniem, już lekko plączącym się językiem, zagaduje pasażerów o to, czym będą dojeżdżać do Oslo.

- Mamy takiego znajomego, który wozi do miasta za 200 koron. Pod sam dom. Tylko może być problem, bo ostatnio pokazywali go w telewizji i pisali w gazetach, że jeździ nielegalnie, ale wie pan, jak się zbierze kilka osób, to może przyjedzie, tak po znajomości - wykłada jeden z mężczyzn, który, jak się okazuje po dłuższej rozmowie leci do Oslo odebrać zasiłek dla bezrobotnych. Taki "dodatek do długiego urlopu wypoczynkowego", jak sam to nazywa.

Po lądowaniu podchodzimy do mężczyzn, których "przyjaciel" ma odebrać z lotniska. Po drodze, widząc niezdecydowane turystki, które pierwszy raz są w Torp, obsługa podchodzi i informuje, że jeśli chcemy dojechać do Oslo, to tu jest autobus podwożący pasażerów do kolejki, a tam, 20 metrów dalej - autokar jadący do miasta. To kosztuje tyle a tyle, a tamto trochę mniej. - Proszę uważać na oszustów - słyszymy na odchodne.

Przecież się znamy


Podchodzimy do trójki "znajomych" z samolotu, którzy palą papierosy przed wyjściem z budynku lotniska. Mężczyźni traktują nas trochę podejrzliwie, ale tylko na początku. W końcu dochodzą do wniosku, że cztery kobiety nie wzbudzają zbyt dużego lęku.

- Znajomi mówili, że można łatwo dojechać do Oslo, szybciej i taniej niż autokarem. A panowie wspominali coś w samolocie, więc my chętnie, gdyby była taka możliwość, bo nigdy tu nie byłyśmy, nie znamy miasta, a jest już późno i nie chcemy krążyć w poszukiwaniu hotelu - zagadujemy.

W końcu dowiadujemy się, że za pół godziny powinien być busik i możemy się zabrać. 200 koron, a nawet 180 w jedną stronę. Niestety nie mamy szczęścia. Piętnaście minut później następuje zmiana planów - busik dziś nie przyjedzie. Za dużo ostatnio było w mediach o Polakach nielegalnie wożących rodaków po Norwegii i trzeba chwilę odczekać zanim wróci się do interesu, bo przybyło patroli policyjnych.

Udaje nam się zdobyć numer telefonu do niejakiego Wojtka. To zresztą nie jest trudne. Ulotki reklamujące usługi rodaków można znaleźć w hali przylotów, na kawiarnianych stolikach, a nawet w legalnie kursujących na wspomnianej trasie autokarach. Dzwonię, pytam, czy byłaby możliwość, żeby Wojtek przyjechał po cztery osoby na lotnisko.

- Dziś nie - pada odpowiedź.

- A jutro? Bo przyjeżdżają do mnie znajomi. Cztery osoby - dopytuję.

- Jutro tak.

Pytam o cenę.

- Jak będą cztery osoby, to po 250 koron. Jak więcej, będziemy się mogli targować - słyszę.

- Ale za 300 koron można kupić bilet w dwie strony na autokar, to trochę drogo - próbuję negocjować cenę.

- No trudno, jak za drogo, to za drogo. Ale autokar nie podwiezie pani znajomych z bagażami pod dom, a ja tak - ucina Wojtek.

- A jeśli zatrzyma was policja, przecież nie macie zezwolenia na wożenie ludzi - pytam na koniec.

- Nie zatrzyma, a jak tak, to powiemy, że jesteśmy znajomi. Przecież się poznamy po przylocie - tłumaczy zasady.

Kiedy przedstawiam się jako dziennikarka "Gazety" i proszę o oficjalny komentarz, Wojtek się rozłącza. Nie odbiera więcej ode mnie telefonu.

Walka z wiatrakami


Na pomysłowych kierowców władze Torp i oficjalny przewoźnik narzekają od ponad dwóch lat. Polscy "piraci" taksówkowi obstawili wszystkie połączenia lotnicze z Polską. Wcześniej był jeden, później dwóch. Później zaczęło dochodzić między nimi do szarpanin i bójek, co skwapliwie opisywały norweskie media.

- Teraz nasiliło się to do tego stopnia, że na każdy z lotów przypada od dwóch do ośmiu busów - żali się Espen Hveem z firmy UniBuss, właściciela linii Torp-Epressen, która jest oficjalnym przewoźnikiem kursującym na trasie Torp - Oslo. - Zgłaszaliśmy to wielokrotnie na policję, pierwszy raz w lutym 2009 roku, zresztą robiliśmy to nie tylko my, było wiele podobnych zgłoszeń, nawet od pasażerów. Niestety nie udało się ukrócić tego procederu - rozkłada ręce.

O Polakach wożących nielegalnie pasażerów zrobiło się naprawdę głośno w połowie stycznia tego roku. Telewizja publiczna NRK wyemitowała reportaż, w którym dziennikarze przybliżyli Norwegom sposób, w jaki działają pomysłowi kierowcy. Przez cały dzień filmowali ukrytą kamerą Polaka, który wychodzących z hali lotniska pasażerów zapraszał do swojego auta.

Kiedy reporter próbował dowiedzieć się, ile kosztuje taki przejazd, kierowca odpowiadał, że pieniędzy nie bierze, bo podwozi jedynie znajomych i rodzinę. Dziennikarzom jednak udało się znaleźć Polaka, który do kamery potwierdził, że jeździ z nielegalnym przewoźnikiem i płaci mu ok. 250 koron, w zależności od trasy. Dlaczego to robi? Bo można dojechać pod sam dom, a tego nie oferuje oficjalny przewoźnik.

Opinie wśród Polaków dotyczące nielegalnego zajęcia rodaków są podzielone. - Wiele razy jeździłem z Mateuszem i jestem bardzo zadowolony. Zawsze przyjadą na czas, a kilka razy udało mi się wytargować zniżkę, jak jeszcze kogoś namówiłem na podróż. Płaciłem wtedy 150 koron, zwykle taki kurs kosztuje 200 - mówi Marek, pracownik budowlany. - Mieszkam kawałek od centrum i dotarcie z bagażami byłoby trudne, gdyby nie te busy - argumentuje.

Na pytanie, czy nie przeszkadza mu, że jeździ z oszustami odpowiada, że "każdy musi sobie jakoś radzić, a jeśli nikt im tego nie zabrania, a popyt jest, to dlaczego mieliby nie jeździć". Z kolei Anna, turystka, która odwiedza Oslo na kilka dni, postępowaniem kierowców jest oburzona. - To oszuści. Za takich cwaniaczków musimy się wstydzić nie tylko tu, ale i w każdym kraju, gdzie pracują Polacy - kwituje.

Na polonijnych forach internetowych jedni z działalności Polaków są zadowoleni, inni się za nich wstydzą. "Zdaję sobie sprawę, że przewóz jest na czarno i biorę na siebie odpowiedzialność w razie wypadku lub spóźnienia" - pisze jeden z Polaków na stronie ForumNorwegia.net. Inny jest zupełnie odmiennego zdania: "Taki np. Bogdan... Zeszyt w ręku, przechadza się w pobliżu wyjścia pasażerów jak jakiś biznesmen. Pomijając to, że nie płaci podatku w kraju, w którym pracuje, ma ceny takie jak legalny przewoźnik (jeśli Wam się uda), lub wyższe, to zapewnia Wam nijaki komfort i zero gwarancji dowozu na miejsce."

Jedna trzecia nielegalna


Wątek dotyczący busów na forum ciągnie się od przeszło dwóch lat i liczy sobie kilkaset wpisów. Można się z niego dowiedzieć, ile kosztuje przewóz u różnych "Bogdanów", a także o bójkach i incydentach między kierowcami nie tylko w pobliżu lotniska, ale też na stacjach benzynowych po drodze do Oslo. W Drammen (miejscowość między Torp a Oslo) policja zatrzymała jednego z nielegalnych przewoźników. - Zapłacił 9 tys. koron grzywny i skonfiskowano mu auto na pół roku. Ale reszta się tego nie przestraszyła - mówi Espen Hveem.

Wożenie pasażerów bez wymaganych pozwoleń to nie jedyna działalność w tzw. "szarej strefie", jaką parają się w Norwegii Polacy. Joanna Napierała z Ośrodka Badań nad Migracjami Uniwersytetu Warszawskiego właśnie koordynuje badania nad Polonią pracującą w Norwegii.

- Według statystyk jest tu 45 tys. Polaków. Ale pamiętajmy, że obecnie obowiązek rejestracji obejmuje tylko osoby, które planują pobyt dłuższy niż 6 miesięcy. I w sumie chociaż należy się zarejestrować, to przymusu nie ma, więc wiele osób prawdopodobnie tego nie robi. Ponadto znaczna liczba Polaków może w Norwegii przebywać jeszcze na podstawie ważnych (nawet do 5 lat) zezwoleń na pobyt z możliwością podjęcia zatrudnienia, które wydawane były do maja ubiegłego roku - wyjaśnia.

Według niej, naszych rodaków w ojczyźnie Henryka Ibsena może być nawet dwa razy więcej, niż podają to statystyki. - Część z tych osób pracuje na czarno. Ostatnie badania, jakie przeprowadzaliśmy w 2006 roku w Oslo pokazały, że około jedna trzecia emigrantów pracuje nielegalnie. Najczęściej przy opiece nad dziećmi, sprzątaniu, pracach remontowych, w ogrodnictwie - wylicza Napierała. Jak podkreśla, kij ma jednak dwa końce. - Korzystają z tego zarówno Polacy, którzy mają szansę w ogóle zarobić, jak i Norwegowie, którzy znajdują tańszych pracowników - mówi.

Aneta Zadroga



Dowiedz się więcej na temat: Oslo | emigracja | emigracja zarobkowa | nielegalny

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje