Reklama

Reklama

Pił, mieszkał na ulicy. Dziś udowadnia, że nie ma sytuacji bez wyjścia

- Ludzie próbowali mi pomagać. Byłem dobrze znany policji, bo często kradłem alkohol. Poza tym trafiłem też do szpitala. I lekarze, i policjanci proponowali pomoc, ale ja jej nie chciałem, ciągle lądowałem w rynsztoku - mówi Henryk Krzosek, autor książki "Bóg odnalazł mnie na ulicy i co z tego wynikło".

Katarzyna Pruszkowska: W książce niezwykle szczerze pisze pan o samotności i niewłaściwych wyborach, które doprowadziły do tego, że przez wiele lat nadużywał pan alkoholu i przez pewien czas mieszkał na ulicy. Było trudno ją napisać?

Henryk Krzosek: - Tak, chociaż ja od dawna wiedziałem, że ta książka powstanie. Ma pani rację, ona jest o tym wszystkim. Ale jest przede wszystkim o tragedii życia bez Boga i radości życia z nim.

Religia zawsze odgrywała ważną rolę w pańskim życiu?

Reklama

- A skąd. W młodości nie odgrywała żadnej roli. Co prawda moja mama robiła wszystko, żeby wychować dzieci na ludzi wierzących, ale było jej trudno, bo z powodu alkoholizmu ojca pracowała od rana do wieczora. Posyłała mnie do kościoła i dawała dwa złote, żebym dał na tacę, ale po drodze mijałem małe kino, w którym bilet kosztował właśnie dwa złote... Po filmie pytałem kolegów, co było na kazaniu, potem streszczałem mamie i nie było kłopotów. Jak powiedziałem - mama musiała przede wszystkim zapewnić nam utrzymanie, zarobić pieniądze na bardzo podstawowe rzeczy, choćby jedzenie.

- Później nastąpił zupełny rozbrat z Bogiem. Moje życie przestępcze, które rozpocząłem jako nastolatek, i wiara kolidowały ze sobą, więc Bóg zupełnie przestał mnie interesować.

W bardzo młodym wieku trafił pan do więzienia. Za co?

- Wie pani, to były jakieś małe kradzieże, chuligaństwo. W młodości szukałem akceptacji, miłości. Bardzo chciałem gdzieś przynależeć, chciałem, żeby mnie ktoś docenił. W domu tego nie zaznałem, nigdy nie czułem się tam bezpiecznie. Bałem się wieczorów, bo wtedy ojciec wracał pijany. Wstydziłem się, kiedy znajdowałem go leżącego na wycieraczce, więc nie chciałem wracać do domu. Wolałem zostawać z kolegami na podwórku, ale żeby móc z nimi przebywać, musiałem się wykazać. Zrobić coś, co im zaimponuje i sprawi, że mnie zaakceptują jak swego.

Akurat tym kolegom imponowały kradzieże?

- Tak. Ale też odwaga. Takie pokazywanie, że jest się odważnym. Przez jakiś czas się udawało, ale w końcu mnie złapali i wsadzili do więzienia.

Za kratkami skończył pan szkołę podstawową, marzył o pracy i założeniu rodziny. Jak to się stało, że zamknęli pana drugi raz?

- To prawda, ja bardzo chciałem być uczciwym człowiekiem, podjąć pracę, zmienić środowisko. Ale nie udało się. Już w pierwszym zakładzie pracy kadrowa zapytała, dlaczego z opóźnieniem skończyłem szkołę. Chwilę kręciłem, próbowałem kłamać, ale tylko ją do siebie zraziłem. To był dla mnie wielki cios, straszne odrzucenie. No bo jak to? Starałem się, uczyłem, chciałem zmienić. Ale nikt nie dał mi szansy. Więc co miałem robić? Znowu poszedłem między kolegów. Oni wiedzieli, że ja w więzieniu grypsowałem, że byłem tam szanowany. Więc mnie przyjęli i też szanowali. I tak... Po 7 miesiącach na wolności znowu trafiłem za kratki.

Za to samo przestępstwo?

- Tak, recydywa, więc od razu wyrok był wyższy. Znowu znalazłem się w więzieniu, znowu udało mi się wypracować sobie niezłą pozycję. Ale marzenia o normalnym życiu nadal we mnie były - jak tylko dowiedziałem się, że można się kształcić na ślusarza, zaraz się zgłosiłem. I ukończyłem szkołę zawodową. Cieszyłem się, że wyjdę z więzienia z zawodem, bo myślałem, że tym razem będą chcieli mnie zatrudnić - w końcu miałem już kwalifikacje, a nie tylko świadectwo ze szkoły podstawowej. Coś umiałem.

Zatrudnili?

- Tak, od razu. Wtedy poczułem, że coś mi się udało, że moje życie zaczyna się układać. Co prawda na początku było mi trudno, bo w więzieniu zrobiłem sobie tatuaże, których się wstydziłem. W tamtych czasach tatuowali się marynarze i przestępcy, a w zakładzie wszyscy wiedzieli, że marynarzem nie byłem. Więc strasznie musiałem się przy umywalce nakombinować, żeby nie pokazać nikomu ramion. Ale jakoś się udawało. No a potem się ożeniłem.

Z dziewczyną, którą znał pan wcześniej. Która czekała, aż wyjdzie pan na wolność.

-Tak. Znaliśmy się od dziecka, przed drugim wyrokiem się trochę spotykaliśmy, zależało mi. Ja się w niej zakochałem, ona we mnie. Układało się, ale, niestety, byli koledzy. Bałem się, że jeśli przy nich okażę jej jakieś uczucia, jakąś czułość, oni to wezmą za słabość i przestaną mnie szanować. Więc zachowywałem się tak, jak tego oczekiwali. No i trafiłem za kraty.

- Ale jakoś tak się złożyło, że czekała. Słaliśmy do siebie listy, przyjeżdżała na widzenia. Więc jak wyszedłem znowu, jak to się mówi, byliśmy razem. Ale niedługo się tak spotykaliśmy - wyszedłem w 1977 roku, a rok później już braliśmy ślub, bo pierwszy syn był w drodze. Ja się nie chciałem żenić, ona też nie myślała o małżeństwie, no ale jak się rodzice o ciąży dowiedzieli, to nie było już wyjścia. Raz dwa i było po sprawie, ślub w kościele, żeby zgorszenia nie było. Myśmy z żoną tak bardziej dla rodziców czy dla tradycji to zrobili.

Ożenił się pan i życie zaczęło się układać?

- Nie. Ożeniłem się i była tragedia. Ja wcale nie wiedziałem, jak być mężem, jak być ojcem. Żona ode mnie wymagała jakiegoś zorganizowania, decyzji, działania. A ja nie umiałem jej tego zapewnić. Mnie wszystko przerażało. Kiedyś żona dała mi pieniądze, żebym poszedł do zakładu kupić koksu na zimę. A mnie tak sparaliżował lęk, tak byłem przerażony myślą, że muszę coś załatwić, że te pieniądze przepiłem. Ja się dobrze czułem tylko wśród kolegów.

- Żona oczywiście to widziała i nie mogła zaakceptować. Wychodziłem do pracy rano, wracałam wieczorem podpity. Albo, żeby uniknąć awantur, w ogóle nie wracałem i spałem w mieszkaniu matki na sąsiedniej stronie ulicy.

Nie widział pan, że małżeństwo się rozpada?

- No pewnie, że widziałem, że się sypie. Że ja źle postępuję, że dzieci cierpią. Ale nic nie robiłem. Ratunkiem miał być wyjazd - ojciec żony był rodowitym Niemcem, więc w ramach łącznia rodzin chciał sprowadzić córkę do siebie. A wiadomo, jak córkę to i jej męża. Więc szykowaliśmy się do wyjazdu, ja bardzo podniecony - miałem zacząć nowe życie, bez kolegów i alkoholu, w bogatszym kraju. Tu prawie niczego nie było, a jak już było, to na kartki. 

- Chwilę tylko się z tego cieszyłem, bo najpierw pojechała żona ze starszym synem, a ja nie dostałem paszportu. W urzędzie powiedzieli, że dadzą, jak wróci żona. A przecież ja wiedziałem, że ona nie wróci. Więc co? Wszystko mi runęło, nie miałem żadnej nadziei na wyjazd, bardzo piłem. Dobrze, że mieszkaliśmy wtedy z teściową, bo zajmowała się młodszym synem.

Ale po 7 miesiącach udało się wam wyjechać.

- Tak, dostałem w końcu ten paszport, całą podróż bałem się, że mi go zabiorą i mnie zawrócą. Ale na miejscu okazało się, że moje przeczucia były słuszne. Wie pani, kiedy żona wyjeżdżała, ja sobie pomyślałem: "to już koniec". I na miejscu okazało się, że miałem rację. Sam nie wiem, dlaczego żona mnie tam ściągnęła, pewnie chciała, żeby dojechał do niej drugi syn. Miała tam już znajomych, cały czas coś załatwiała - a to szkoły dla dzieci, a to swoje sprawy.  Nie miała dla mnie czasu. Już po paru dniach poczułem się bardzo samotny, sięgnąłem znowu po alkohol, bo przecież byłem już uzależniony.

Jak zareagowała żona?

- Rozstaliśmy się. Razem z teściem mi pomogli, załatwili zasiłek, dokumenty. Ale pod jednym warunkiem: miałem się z już nie kontaktować z nimi. Żadnego kontaktu. Zostałem skierowany do domu dla przesiedleńców, takiego szarego smutnego budynku. Wszyscy tam byli tacy sami: przyjechali pełni nadziei na lepsze życie, którego tam wcale nie było.

Pił pan dalej?

- Oczywiście. Alkohol mną zawładnął. W domu przesiedleńców miałem jakichś kolegów, chciałem należeć do ich grupy. Jak mogłem im zaimponować? Oczywiście pijąc, stawiając alkohol. Ja nawet przez chwilę walczyłem o siebie, wynająłem nawet własne mieszkanie, mały pokoik. Ale musiałem pić, więc nie płaciłem czynszu. Wyrzucili mnie, potem okazało się, że zapomniałem złożyć wniosek o zasiłek i zostałem bez pieniędzy.

Na ulicy?

- Tak. Koledzy zobaczyli, że nic nie mam, więc się odwrócili. Zostałem całkiem sam. Dwa lata wytrzymałem jako bezdomny, spałem na dworcach, w różnych miejscach Hamburga, ma pani zdjęcia. To był akurat czas bardzo mroźnych zim, nie miałem gdzie się położyć, nie mogłem siedzieć, bo zamarzałem. Ciągle chodziłem, od rana do wieczora. Widziałem, jak ludzie na mnie patrzą: byłem brudny, zarośnięty, śmierdzący. Czułem, że się mnie brzydzą. Wiedziałem, że trzeciej zimy już nie wytrzymam i widziałem już tylko jedno wyjście.

Chciał pan popełnić samobójstwo.

-Tak, wtedy naprawdę nic innego nie przychodziło mi do głowy.

W tym czasie znikąd  nie miał pan pomocy?

- Ludzie próbowali mi pomagać. Byłem dobrze znany policji, bo często kradłem alkohol. Poza tym trafiłem też do szpitala. I lekarze, i policjanci proponowali pomoc, ale ja jej nie chciałem, ciągle lądowałem w rynsztoku.

Jak to się stało, że postanowił pan nie odbierać sobie życia?

- Poszedłem na stołówkę dla bezdomnych. Spotkałem tam znajomą, z którą już wiele razy rozmawiałem. I ona, widząc w jakim stanie jestem, powiedziała: "Henryk, tobie to już tylko Bóg może pomóc". Nie wiem dlaczego, ale te słowa do mnie trafiły, pomogły mi. Wyszedłem stamtąd, usiadłem na ławce, i powiedziałem do Boga: "zmień mnie, już nie chce pić. A jeżeli się nie da, to się powieszę". Nie wiem, czy to była modlitwa, bo nie pamiętałem żadnych słów.

Po tej jednej modlitwie przestał pan pić?

- Nie, ale nie piłem całe 5 dni, to było dla mnie dużo. W tym czasie unikałem kolegów, nie chciałem chodzić do miejsc, gdzie był alkohol, omijałem stołówki dla bezdomnych. Ale w końcu głód okazał się silniejszy, poszedłem tam i znowu wypiłem. Na szczęście krótko po tym ta sama kobieta ze stołówki dała mi Nowy Testament, zacząłem go po pijanemu czytać, nie myślałem już tak często o samobójstwie. Od tego momentu wszystko zaczęło się lepiej układać. Miesiąc później poszedłem na ewangelizację, bo dostałem od kogoś ulotkę i przeczytałem, że będą się modlić o uzdrowienia. Pomyślałam, że może źle się modliłem, bo przecież nie pamiętałem tych słów. I tam spotkałem ludzi, którzy najpierw się ze mną modlili, a później mi pomogli.

- Po tamtej ewangelizacji już nie piłem. Obudziłem się rano, zdziwiłem się, bo nie czułem kaca, nic. Wyszedłem z piwnicy, zobaczyłem kolegów, którzy wołali mnie na wino, chcieli się ze mną podzielić. Ale ja nie chciałem. Poszedłem do parku i skręcając papierosa zobaczyłem, że już nie drżą mi ręce. Od tamtego czasu minęły już 24 lata, a ja nadal nie piję.

Powiedział pan, że ludzie, których pan spotkał panu pomogli. Jak?

- To była taka konkretna pomoc. Poznałem tam dziewczynę ze wspólnoty katolickiej, Polkę, która pomogła mi załatwić dokumenty  - nie miałem nic, a bałem się iść sam, bo sądziłem, że wygonią mnie z urzędu. Załatwiła mi też zasiłek. Po jakimś czasie stanąłem na nogi, modliłem się tylko o jakiś kąt: "Boże, mam pieniądze, a ciągle śpię w śmietniku". Proboszcz niemieckiej parafii pozwolił mi u siebie zamieszkać, po pewnym czasie dostałem pracę - sprzątałem w sklepie z alkoholami.

I nie ciągnęło pana do alkoholu?

- Nie. Już nie. Przepracowałem 15 lat w Niemczech, już w zawodzie, którego nauczyłem się w więzieniu, później wróciłem do Polski.

Udało się panu odzyskać kontakt z rodziną?

- Tak, bardzo szybko po moim nawróceniu. Na początku żona nie wierzyła, że mogę się zmienić, mówiła, że Bóg jest moją wymówką, że i tak wrócę do picia. Ale przez wiele lat mnie obserwowała i w końcu uwierzyła, że się zmieniłem. Dziś się spotykamy, chyba nie będziemy już razem, ale jesteśmy przyjaciółmi. Z synami też udało mi się ułożyć relacje, starszy syn jest bardzo za mną, trochę trudniej mam z młodszym. Ma do mnie żal, ale oczywiście ma prawo. Spotykamy się co jakiś czas, więc mogę powiedzieć, że odzyskałem rodzinę.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy