Reklama

Reklama

Zatykadła, grzybki i cofanki: Po co się zabezpieczać przed niechcianą ciążą?

​Warszawa, schyłek lat dwudziestych. Marian Sękowski, zwyczajny stołeczny taksówkarz, tłumaczy, jak radzić sobie z kryzysem gospodarczym w wielkim mieście.

Kiedy podstawowe źródło dochodu zaczyna wysychać (a u taksówkarzy, żyjących z ekscesów klasy średniej, siłą rzeczy wysycha najszybciej), trzeba na gwałt szukać nowych źródeł i studzienek. Choćby ściekowych. Nasz bohater nie ukrywa: najłatwiej zarobić na seksie. "W ślad za roznamiętniającymi wyobraźnię książkami, ci sami sklepikarze zaczęli nam sprzedawać prezerwatywy, popularnie zwane kondony" - wspomina. Był to, co tu wiele mówić, produkt z najwyższej półki: "O różnych wymyślnych kształtach, z końcówkami w formie główek pierrota i innymi przedłużeniami, co miało wzbudzać wyższe doznania u kobiet. Były one w tutkach papierosowych dla zamaskowania".

Reklama

Sękowski, jak przystało na profesjonalistę (i na żonatego człowieka z bujnym życiem erotycznym), nie wzbrania się przed testowaniem produktu. Przede wszystkim jednak - opycha go swoim klientom. "Okazało się, że [prezerwatywy] przydawały się nam nie tylko do prywatnego użytku, co dla odsprzedaży pasażerom, a nawet prostytutkom i to z dobrym zyskiem" - wspomina z dumą.

Zapytany, czy wie coś o zapobieganiu ciąży i czy zna się na antykoncepcji, wybuchnąłby zapewne gromkim śmiechem. Można się domyślić, że we własnym mniemaniu był seksuologiem i ginekologiem w jednej osobie. Podobnie jak każdy zaradny, stołeczny  "szofer taksówkowy".

Rok 1929, również Warszawa. Dwudziestotrzyletnia anonimowa mężatka - nazwijmy ją dla porządku Anną - udaje się po poradę lekarską. To matka trójki dzieci, kobieta schorowana pomimo młodego wieku, sterana niemal samotną opieką nad potomstwem i już na pierwszy rzut oka - wynędzniała. Zarobki jej męża, sierżanta Wojska Polskiego, wystarczały na skromne utrzymanie ich dwojga. O zaspokojeniu potrzeb pięcioosobowej rodziny nie pozwalają jednak nawet marzyć. Jakby głodu i nędzy było mało, Anna na dodatek żyje w ciągłym strachu.

Kilka lat po ślubie doskonale zna już mechanizmy rządzące naturą. Za rok przybędzie jej czwarte dziecko. Za dwa lub trzy - niechybnie całej rodziny będzie już siódemka. Przerażona kobieta wie, że musi działać. Jako żona podoficera ma przynajmniej prawo do dobrej opieki medycznej. Skrępowana udaje się do Szpitala Ujazdowskiego - jednego z bardziej renomowanych w mieście. "Nie śmiałam się lekarza spytać, nie miałam odwagi, no i wstydziłam się" - zwierzy się swojej koleżance, która następnie przekaże jej historię Tadeuszowi Boyowi-Żeleńskiemu, tym samym przyczyniając się do opublikowania jej w książce Piekło kobiet.

 "No ale jakoś - ciągnie dalej Anna - po walce z sobą w końcu pytam. Panie doktorze, co ja mam robić, żeby w ciążę nie zachodzić? Chora jestem, dzieci troje, jedno umarło, pensja mała". Lekarz patrzy na nią spode łba. "Co robić? Nie spać z mężem" - rzuca wreszcie i wybucha, jak to ujmie Anna, "zdrowym, rubasznym śmiechem".

 "Kobieta ta już w ogóle leczyć się nie chce w Szpitalu Ujazdowskim, a gdzie indziej nie może. Jeszcze się dziś rumieni, kiedy to opowiada" - zrelacjonuje jej koleżanka.

Gdyby jakiś ankieter zapytał Anny, czy wie coś o zapobieganiu ciąży i czy zna się na antykoncepcji, mogłaby chyba tylko się rozpłakać.

Dwadzieścia tysięcy powodów

W dwudziestoleciu międzywojennym w polskiej debacie publicznej po raz pierwszy padły głośne pytania o świadome macierzyństwo. Czy kobiecie wolno używać środków antykoncepcyjnych? Czy kontrolowanie własnej płodności jest moralne albo chociaż dopuszczalne? Próby znalezienia odpowiedzi przez lata rozpalały szpalty gazet do czerwoności. A wszystko to było zasługą jednej dziewczyny i jednej nielegalnej procedury medycznej, na skutek której niemal straciła życie.

W 1923 roku Irena Krzywicka miała dwadzieścia cztery lata. Właśnie zawarła swoje koleżeńskie małżeństwo z Jerzym Krzywickim, ale niewiele to w jej życiu zmieniło. Państwo młodzi nie mogli sobie pozwolić nawet na wspólne mieszkanie - ona gniotła się dalej w ciasnym pokoiku u matki, on całą swoją skromną pensyjkę był zmuszony oddawać despotycznym rodzicom. Kiedy Irena dowiedziała się, że jest w ciąży, nie zastanawiała się długo. Nie miała pracy, oszczędności ani warunków, by założyć rodzinę.

 "Nieunikniona była skrobanka" - stwierdziła. Pieniądze na zabieg pomogła jej zebrać matka. Było to pewnie około stu, dwustu przedwojennych złotych. Procedura odbyła się w jej mieszkaniu, "pod narkozą chloroformową". O swojej aborcji publicystka napisała dopiero siedemdziesiąt lat później, we wspomnieniach opublikowanych niedługo przed śmiercią. W międzywojniu musiała milczeć. Dopuściła się czynu, za który i jej, i akuszerce przeprowadzającej zabieg groziło pozbawienie wolności na kilka lat. Pod tym względem kodeksy państw zaborczych były zgodne - "spędzenie płodu", niezależnie od okoliczności, kwalifikowano jako ciężkie przestępstwo. W prawodawstwie porosyjskim matkę czekał trzyletni wyrok. Osobę przeprowadzającą aborcję - nawet sześcioletni. W byłym zaborze niemieckim więzienie groziło nie tylko za dokonanie aborcji, ale też za próbę jej dokonania na kobiecie będącej w ciąży urojonej. W XIX-wiecznej Warszawie surowe przepisy były egzekwowane, choć wyrywkowo. Zdarzało się wręcz, że lekarzy spędzających płody wywożono kibitkami na Syberię. W wolnej Polsce karano już właściwie tylko w przypadku denuncjacji lub kiedy kobieta sama przerwała zmowę milczenia. W tej ostatniej uczestniczył cały kraj. Wybitny specjalista z zakresu medycyny sądowej Wiktor Grzywo-Dąbrowski szacował: "Robi się w Warszawie przypuszczalnie dwadzieścia tysięcy poronień rocznie". W skali kraju mogło to być dwieście tysięcy, albo i więcej aborcji każdego roku. Miliony na przestrzeni dwudziestolecia. Na każdej ulicy i w niemal każdej rodzinie.

Dla elit to była metoda antykoncepcji - wciąż zdarzało się, że pierwsza i jedyna, o jakiej myślano. Za spędzanie płodu u swoich żon i kochanek zgodnie płacili prokuratorzy, prawnicy, politycy i prawicowi dziennikarze. Tajemnicą poliszynela było to, kto odwiedził w tym celu jedną z renomowanych klinik stolicy, a kto wyjechał z partnerką do szpitala na prowincji. Tam, gdzie świadczono usługi dla śmietanki towarzyskiej, spokój i dyskrecja były zagwarantowane. Reszta społeczeństwa nie mogła liczyć ani na to, ani nawet na krztynę bezpieczeństwa. Zabiedzone kobiety z warstw robotniczych widziały w aborcji jedyne wyjście pozwalające przeżyć. Przyjęte w latach dwudziestych przepisy o ochronie matek i rodzin były martwym prawem. Samotna kobieta z dzieckiem traciła szansę na jakąkolwiek posadę, nieślubne potomstwo kodeks traktował z tą samą pogardą co w czasach Napoleona, a rodziny pracowników fabrycznych gnieździły się po kilkanaście osób w ciasnych, brudnych izbach. Jedno dziecko więcej mogło już oznaczać różnicę pomiędzy głęboką nędzą a śmiercią z głodu. To były rodziny, w których ojciec, słysząc o narodzinach córeczki, potrafił syknąć: "Będzie jedną kurwę więcej". Dom przeistaczał się w piekło. "Żona w trzydziestym roku życia schorowana, stara kobieta, odpychająca fizycznie. Mąż ogłuszony piskiem bachorów, widzący żonę albo w ciąży, albo karmiącą, albo jedno i drugie razem, ucieka z domu do szynku, gdzie pijaństwem pogłębia jeszcze nędzę rodziny" - brzmiał opis sytuacji panującej w świecie zwykłych, pozbawionych przywilejów ludzi. Życie na granicy zezwierzęcenia, zero potrzeb kulturalnych. Egzystencja sprowadzona do nieustannej reprodukcji. A do tego ciągły strach matek. Bo albo po porodzie czekała je śmierć z wycieńczenia i chorób, albo - więzienie lub zabójcza infekcja na skutek spędzenia płodu. Tylko mężczyźni nie ponosili konsekwencji. W prawie karę za aborcję przewidziano wyłącznie dla niedoszłej matki. I to wszystko miał być standard, a nie przykry wyjątek.

Śmierć wcześniej lub później, ale zawsze zbierała swoje żniwo. Nikogo nie dziwiło, jeśli z dziesiątki dzieci tylko dwójka lub trójka, skarlała i wychudzona, dożywała dorosłości. Tym bardziej nie mogła zaskakiwać śmierć matki. Z szacunków lekarzy wynikało, że od kilku do nawet 50% aborcji kończyło się zgonem kobiety. Wiktor Grzywo-Dąbrowski wspominał, że on jeden: "sekcjonuje do dwustu zwłok kobiet zmarłych [po spędzeniu płodu] na zakażenie krwi [rocznie], a to jest tylko cząstka". Po kilku zabiegach, powtarzanych co rok lub dwa, tragiczny koniec był niemal nieunikniony. Szczególnie że "skrobankę" wykonywali partacze i oszuści, brudnymi narzędziami, bez żadnej kontroli i bez odpowiedzialności. I tak sytuacja wyglądała nie tylko na prowincji, ale też w nowoczesnej, europejskiej metropolii, za jaką starała się uchodzić Warszawa.

Krzywicka pragnęła wreszcie przerwać zmowę milczenia, szczególnie że była to dla niej sprawa bardzo osobista. Własną aborcję opłaciła załamaniem nerwowym. W pojedynkę nie mogła jednak nic zrobić. Jako młoda, początkująca publicystka, a do tego jako kobieta w dziennikarskim światku mężczyzn nie miała wystarczającej siły przebicia. Dopiero gdy związała się z Tadeuszem Boyem-Żeleńskim, przekonała go, by to on stanął na czele wielkiej kampanii na rzecz "świadomego macierzyństwa".

Był rok 1929. O aborcji nigdy wcześniej nie debatowano publicznie. Temat poruszali prawnicy i lekarze, ale w swoim gronie i przyciszonym głosem. Nie było ustalonych obozów, postulatów, sloganów. Trudno było stwierdzić, komu wypada głośno wypowiedzieć swoje zdanie, a kto - ze względu na środowisko polityczne, zawód, orientację światopoglądową - powinien milczeć lub protestować. Początkowo wydawało się zresztą, że za zniesieniem karalności aborcji jest zdecydowana większość społeczeństwa. "Tylko nie trzeba tego fałszywie rozumieć - podkreślał Boy. - Przeciwnicy karalności uważają, tak samo jak inni, przerywanie ciąży za smutną ostateczność, ale sądzą, że nie na drodze sankcji karnych należy przeciwdziałać temu zjawisku, że kodeks karny (...) szkodzi zamiast pomagać". Wpływowemu publicyście udało się zdobyć poparcie najwybitniejszych lekarzy, społeczników, legislatorów. Aleksander Mogilnicki, były prezes Sądu Najwyższego i członek komisji przygotowującej nowy Kodeks Karny, stwierdził wprost:

 "Byłbym za dozwoleniem tego zabiegu lekarzom i za pozostawieniem [decyzji] ich etyce lekarskiej". Prokurator Sądu Apelacyjnego Kazimierz Rudnicki też szybko doszedł do wniosku, że obowiązująca ustawa "wymierzona jest (...) w ludzi biednych". I że przynajmniej do trzeciego miesiąca ciąży aborcja powinna być dopuszczalna. Dyrektor rządowego Departamentu Opieki Społecznej stanowczo zadeklarował, że regulowanie sprawy aborcji należy "zostawić życiu". Nawet przeciwnicy zniesienia zakazu - tacy jak doktor Zofia Garlicka czy były minister sprawiedliwości Wacław Makowski - opowiadali się za tym, żeby dopuścić aborcję ze względów społecznych. Nikt z nich nie był "zwolennikiem aborcji". Także określanie w ten sposób Boya lub Krzywickiej zakrawałoby na absurd. Wszystkim chodziło tylko o to, by zniszczyć monstrualnych rozmiarów podziemie aborcyjne. Chroniony przez hipokryzję całego społeczeństwa wrzód, dzięki któremu setki lekarzy i akuszerek bezkarnie zbijało fortuny na spędzaniu płodów, a tysiące kobiet - umierało bezsensowną śmiercią.

Względy religijne na tym etapie odgrywały ograniczoną rolę. Boy przez długie tygodnie nie wspomniał o nich w swoich manifestach ani razu. Organizacje chrześcijańskie, takie jak Katolicki Związek Polek czy Narodowa Organizacja Kobiet, protestowały przeciwko zmianie przepisów, ale głównie na gruncie ochrony rodziny i siły narodu - a nie życia poczętego. Sceptycy obawiali się dalszego rozluźnienia obyczajów i brania przykładu z ateuszowskiego Związku Radzieckiego. Szczególnie głośno mówiono też o ryzyku zmniejszenia "populacyjnego potencjału" Polski w starciu z Rzeszą Niemiecką. Znacznie ciszej - o względach religijnych i moralnych. Środowiska kościelne do debaty włączyły się na dobre dopiero, gdy Boy i Krzywicka zrobili kolejny krok. Od mówienia o aborcji przeszli do - promowania antykoncepcji. Chodziło o to, by zapobiegać problemowi, a nie tylko walczyć z hipokryzją. Zgodnie z założeniem, że falę nieudolnych skrobanek i dzieciobójstw uda się powstrzymać dopiero, gdy ciąża przestanie być dopustem Bożym, którego kobiety oczekują ze strachem i bezradnością.

Tutaj zgoda nie była już równie powszechna. Prasa prawicowa, a nawet dziennikarze do niedawna podający się za przyjaciół i zwolenników Boya zaczęli zarzucać mu, że propaguje obmierzłe "życie ułatwione". To był atak bezpardonowy i zupełnie osobisty. Zaczęto kreować Boya na "amoralistę, namawiającego do rozpusty i ułatwiającego tę rozpustę przy pomocy środków antykoncepcyjnych". A na dodatek na człowieka nawołującego do czynów sprzecznych z naturą. Antoni Słonimski skomentował ten nagły zwrot w dyskusji w charakterystyczny dla siebie, zjadliwy sposób: "A może metafizyczny grzech wobec natury - to nie tylko stosowanie środków ochronnych? To pewnie także używanie szkieł, a nawet gotowanie owoców, bo przecież usuwa się w ten sposób moment niebezpieczeństwa tyfusu, a zostaje sama rozkosz żarcia".

Po pierwsze, debata na temat świadomego macierzyństwa skłoniła lekarzy i społeczników do podjęcia własnej dyskusji. Nie było sensu spierać się o dopuszczalność antykoncepcji bez rozwiązania znacznie trudniejszego, a dzisiaj zupełnie zapomnianego problemu. Dziewięćdziesiąt lat temu pytanie numer jeden brzmiało: czy przed niechcianą ciążą w ogóle można się uchronić? Polscy specjaliści przystępowali do debaty dobrze przygotowani. Mieli kilkadziesiąt lat na to, żeby gruntownie przemyśleć sprawę. Podczas gdy na zachodzie Europy już u schyłku XIX stulecia głośno rozprawiano o antykoncepcji, w Polsce uparcie był to temat tabu. Jedna z tych  "rzeczy, o których się nie mówi". Aż do 1929 roku o zapobieganiu ciąży można było co najwyżej szeptać. Zamożne kobiety wyciągały odpowiednie wiadomości od swoich drogich ginekologów. Mniej majętne przekazywały sobie zniekształcone porady z ust do ust. Te zupełnie biedne były zdane tylko na ludowe recepty lub na "niezawodne środki" sprzedawane w ciemnej alejce przez szarlatanów.

Wszystko to zaczęło się zmieniać na przełomie dekad, kiedy milczeć przestali Boy i Krzywicka. Od 1929 roku w postępowej prasie pisano o technikach antykoncepcji, a przynajmniej o potrzebie edukowania kobiet w tym zakresie. Pierwsze broszury poświęcone w całości zapobieganiu ciąży trafiły do sprzedaży trzy lata później. Warszawski lekarz Henryk Kłuszyński wydał Regulację urodzeń. Rzecz o świadomym macierzyństwie. Inny doktor prowadzący praktykę w stolicy, Herman Rubinraut, opracował Skuteczne i nieszkodliwe środki zapobiegania ciąży. W 1933 roku ukazał się także polski przekład pracy najbardziej cenionych niemieckich specjalistów w dziedzinie antykoncepcji - Magnusa Hirschfelda i Ryszarda Linserta z berlińskiego Instytutu Seksuologicznego. Tamy odgradzające kobiety od informacji o dostępnych sposobach świadomego macierzyństwa powoli pękały.

Potężna, prawicowa prasa wypuszczała setki artykułów bijących w propagatorów "życia ułatwionego". Ale polskie kobiety zagłosowały nogami. Niezależnie od tego, co mówiono, lub co same mówiły - opowiedziały się za antykoncepcją.

Wojna światopoglądowa wybuchła na dobre i trwała aż do końca epoki międzywojennej. Zakaz aborcji pozostał w prawie, choć z zastrzeżeniem, że nie obowiązuje w przypadku gwałtu lub istotnych wskazań medycznych. Ten drobny sukces nie zadowalał organizatora wielkiej akcji na rzecz świadomego macierzyństwa, której poświęcił swoje dobre imię i lata życia. Dla Boya było jasne, że na zmianie skorzystają tylko świętoszkowate elity. Lekarze znajdą przeciwwskazania wtedy, gdy "zajdzie w ciążę panna hrabianka lub kiedy nie chce się dziecka pani bankierowej". A dla prostych ludzi wszystko zostanie po staremu. Irena Krzywicka wspominała, że Boy pogrążył się w letargu, miał poczucie osobistej klęski, na które nakładał się jeszcze zawodowy ostracyzm i problemy finansowe. Nikt nie chciał drukować jego książek, a po latach lukratywnej pracy w "Kurierze Porannym" (zarabiał tam pięć tysięcy przedwojennych złotych miesięcznie!) z trudem udało mu się znaleźć jakiekolwiek nowe zatrudnienie. Przede wszystkim jednak czuł chyba, że całe zamieszanie, które wywołał, na nic się zdało. Nie była to prawda.

Wielki strach przed bocianem

 - Maniu! Ty ciągle jesteś w towarzystwie mężczyzn.

 - Czy cię to dziwi, Olu?

 - Nie, ale ja boję się zawsze mężczyzn. Podziwiam więc twoją odwagę.

 - Ja mężczyzn się nie boję. Boję się tylko dzieci.

Tak brzmiał dowcip opublikowany w 1924 roku przez erotyczne czasopismo "Amorek". Żart raczej słaby, za to problem - zupełnie realny. Niemal każda kobieta, a już tym bardziej każda uważająca się za "światową" (czyli wyzwoloną), mogłaby powtórzyć za Manią: "Boję się tylko dzieci". Prasa o bardziej frywolnym charakterze konsekwentnie odmalowywała obraz społecznej fobii łączącej dziesięć milionów Polek. Doskonale oddaje ją wierszyk wydrukowany w 1925 roku przez dwutygodnik "Nowy Dekameron":

Na łączkę, kiedy dziewczę z chłopczykiem wiosną mknie,

Jej uśmiech w żyłach krew trze, termometr w górę mknie.

Lecz nagle, gdy bociana, zobaczy, cała drży.

I mówi: "Proszę pana, wracajmy. Omen zły".

Tak długo, jak trwał wielki strach przed bocianem, nie mogło być mowy o rewolucji seksualnej. W warstwach inteligenckich, w wielkich miastach, zaczęło się to zmieniać już u schyłku XIX wieku. Jak wyjaśniał Herman Rubinraut, właśnie wtedy do szerokiego użytku weszły "mechaniczne" środki antykoncepcyjne. Bycie żoną i matką nie musiało się już dłużej wiązać z ciągłą grą w ruletkę z własnymi jajnikami. Dla wielu kobiet z warstw inteligenckich był to impuls do większej wolności. Ale miliony Polek żyjących na wsi, w małych miasteczkach, w dzielnicach robotniczych dopiero za sprawą Boya i Krzywickiej zyskały możliwość decydowania o tym, jak będą wyglądać ich życie i rodzina. I często nawet nie zdawały sobie sprawy, komu to zawdzięczają. W 1931 roku Antoni Słonimski wyjaśniał, skąd biorą się klientki zakładanych pod wpływem Boya poradni świadomego macierzyństwa - placówek pomagających dobrać metodę antykoncepcji lub przygotować się do przemyślanej i odpowiedzialnej ciąży. "Bywają napaści, które są doskonałą reklamą - wyjaśniał publicysta "Wiadomości Literackich". - Podobno do poradni (...) przyszło już kilkadziesiąt kobiet z ludu, które, pytane, skąd wiedzą o [jej] istnieniu, odpowiadały: »Ano, ksiądz na Grzybowie wyklinał i napominał, że takie poradnie na Lesznie otworzyli«".

Niepostrzeżenie zmienił się też rynek wydawniczy. W 1932 roku można już było kupić w specjalistycznych księgarniach książki poświęcone metodom antykoncepcji. To jednak była literatura dla fachowców. Mało która prowincjonalna pani domu ośmieliłaby się poprosić sprzedawcę o Zapobieganie ciąży. Środki i metody. W połowie dekady już nie musiała tego robić. Porady z zakresu antykoncepcji zaczęto dołączać do zwyczajnych podręczników higieny, a nawet - do rubasznych senników. Wystarczyło kilkadziesiąt groszy i odrobina chęci, a kobieta zyskiwała dostęp do przynajmniej w miarę rzetelnych wytycznych. Jeszcze tylko musiała wybrać najlepszą metodę dla siebie. I tu zaczynały się schody. Autorzy dostępnych broszur nie byli w stanie dojść do porozumienia w niemal żadnym punkcie. Jeśli jedni gloryfikowali dany środek, to inni przestrzegali kobiety, że jego stosowanie prowadzi do ciężkich chorób. Kiedy pierwsi zapewniali o stuprocentowej skuteczności określonej metody, drudzy wyśmiewali ją jako chałupniczą samoróbkę. Tylko w jednej kwestii panowała zgoda - ciąży można zapobiec. Ale będzie to kosztowne, bolesne i pracochłonne.

Paryskie pończochy gumowe od polskiego Żyda

Czym jest kondom? "[To] pochwa z cienkiej gumy, którą mężczyźni wsuwają na prącie przed spółkowaniem i w niej zatrzymuje się nasienie, które następnie wyrzuca się razem z kondonem". Definicja zawarta w słowniczku dołączonym do opublikowanego w 1933 roku zeszytu Miłość we śnie brzmi znajomo. Nie licząc dość kuriozalnej w tym kontekście "pochwy", reszta właściwie się zgadza. Na temat prezerwatyw można by napisać oczywiście więcej, nawet całe tomy. Ten środek antykoncepcyjny był w użyciu przynajmniej od epoki nowożytnej, a zdaniem niektórych badaczy - od zarania dziejów. Polscy autorzy woleli jednak ograniczać się do absolutnego minimum. Co tu wiele mówić: oni po prostu nie znosili prezerwatyw. I z rozmysłem zniechęcali do ich używania.

Wileński lekarz Feliks Malinowski wyjaśniał rzeczowo w 1935 roku: "Ujemną stroną kondonu jest, że: 1) Podczas spółkowania może pęknąć i odsłonić prącie. 2) Przy tym kondon zmniejsza uczucie lubieżne. 3) Kondon szpeci estetykę aktu płciowego i dlatego większość mężczyzn odrzuca kondon i woli stosować inne środki". Właśnie pod punktem trzecim kryje się sedno problemu. Znawcy antykoncepcji niemal jednogłośnie podawali, że seks w gumce to po prostu nie to samo. Autor słowniczka dołączonego do Miłości we śnie stwierdził, że: "Członek męski [w prezerwatywie] jest prawie w tym [samym] położeniu co przy onanizmie". Paweł Klinger był w swoim Vita sexualis mniej dosadny, ale w gruncie rzeczy wyraził tę samą myśl. Przypomniał stary dowcip, w myśl którego kondom jako "środek zapobiegawczy" jest tylko pajęczyną. Jednocześnie jednak działa jak najskuteczniejszy pancerz dla jakichkolwiek łóżkowych rozkoszy.

 "Co się tyczy orgazmu, to wystarczy nawet najcieńsza błonka kondomu, aby sprowadzić to uczucie do zera" - ubolewał.

To samo pisali inni. Zarazem robili jednak wszystko, by wyszukać lepsze argumenty przeciwko prezerwatywom niż sam fakt, że są niewygodne dla mężczyzn. Bądź co bądź ich broszury były adresowane niemal wyłącznie do kobiet. Potrzebowali powodów, które przemówią do nich osobiście.

Henryk Kłuszyński wybrał drogę na skróty. Stwierdził, że pisząc do niewiast, siłą rzeczy nie będzie marnować farby drukarskiej na zgłębianie męskiego tematu kondomów. Tylko w jednym zdaniu zaznaczył, że prezerwatywa "nie jest najpewniejszym środkiem". Herman Rubinraut ostrzegał z kolei, że na partnerze seksualnym nigdy nie można polegać: "Egoizm i lekkomyślność mężczyzn, jako strony nienarażonej, przemawia za tym, aby środków ochronnych używała kobieta, tym bardziej, że czyni to bez szkody dla swoich przeżyć seksualnych, podczas gdy dla mężczyzny wszelkie z jego strony zabiegi ochronne są dokuczliwe". Autor słowniczka z Miłości we śnie posunął ten tok rozumowania o krok dalej. Przestrzegł, że prezerwatywa odbiera dobry orgazm także kobiecie, ponieważ:

 "nie czuje [ona] wytrysku nasienia, pozbawiona więc jest największej rozkoszy przy spółkowaniu".

W ten sam bęben bił też o dziwo Paweł Klinger. Tyle tylko że zamiast o rozkoszach pisał o zdrowiu. Wyjaśnił, że w ciele kobiety wytwarzają się pewne "substancje toksyczne hormonalnego pochodzenia". Złowieszcze "ginecyny" zatruwają cały organizm, upośledzając zarówno funkcje fizyczne, jak i umysłowe. "Na tę truciznę kobiecą zna natura jedną tylko odtrutkę - wyrokował Klinger - spermę". Trudno o koncepcję lepiej odzwierciedlającą wszystkie archaiczne wyobrażenia, zgodnie z którymi bez seksu i bez męskiego nasienia każda kobieta jest skazana na obłąkanie. Przy okazji jednak - trudno też o mocniejszy argument przeciwko prezerwatywom.

Paniczną niechęć polskich autorów do kondomów można zrozumieć. Przynajmniej do pewnego stopnia. Jeszcze na początku XX wieku używanie gumek, to było doświadczenie niczym z horroru. Pierwsze gumowe prezerwatywy niewiele się różniły od dętek rowerowych. Wykonywano je z grubego, szorstkiego, źle przylegającego do ciała materiału. Miały nawet, tak jak i dętki, biegnący po bokach chropowaty szew. Beczka wazeliny nic by tu nie dała. Wystarczyło kilka pchnięć i powstawały bolesne otarcia. Specjaliści w rodzaju Klingera czy Rubinrauta najwidoczniej jednak przegapili gnającą właśnie naprzód rewolucję. Podobne narzędzia tortur odchodziły do przeszłości, ustępując miejsca nowoczesnej, lateksowej prezerwatywie. Wynalazkowi, który na dodatek miał bardzo polskie korzenie.

Konkurencja pęka

Za wszystkim stał prosty chłopak z Konina. Izrael From urodził się w biednej żydowskiej rodzinie w 1883 roku. W wieku dziesięciu lat wyemigrował z rodzicami do Berlina przeżywającego wówczas okres gospodarczego boomu. Bardzo młodo się usamodzielnił. Jako dwudziestotrzylatek poślubił swoją narzeczoną, kiedy ta przedwcześnie zaszła w ciążę. Chyba właśnie ta rodzinna komplikacja podsunęła mu pomysł życia. Pracował nad nim cierpliwie w swoim małym warsztacie w najbiedniejszej, robotniczej dzielnicy miasta. W międzyczasie sprzedawał prowizoryczne gumowe akcesoria i tanie perfumy. Przeistoczył się też z polskiego Żyda Izraela w asymilowanego Niemca - Juliusa Fromma. Wreszcie w 1916 roku złożył w niemieckim urzędzie patentowym wniosek, który miał na zawsze odmienić oblicze seksu. Jak wyjaśniają autorzy jego biografii, Götz Aly i Michael Sontheimer, Fromm uczynił niemal to samo, co twórcy antykoncepcji hormonalnej pięćdziesiąt lat później: "skutecznie oddzielił fizyczne pragnienia i miłość od reprodukcji".

Z wielomiesięcznych eksperymentów zrodził się zupełnie nowy rodzaj prezerwatywy. Cienkiej, wygodnej, bezszwowej i taniej w produkcji. Tak właśnie powstały "Fromms Act" - pierwsze markowe kondomy z lateksu na świecie. Pomimo szykan ze strony niemieckiego kościoła i niechętnej postawy władz wynalazek Fromma zdobył oszałamiającą popularność. Już w 1919 roku jego fabryki produkowały sto pięćdziesiąt tysięcy "Frommsów" dziennie. Czyli przynajmniej czterdzieści, czterdzieści pięć milionów rocznie. Prawie dwa razy więcej, niż wynosiła ludność całej II Rzeczpospolitej. Wprawdzie w latach trzydziestych Fromm został zmuszony do odsprzedania swojego kondomiarskiego imperium matce chrzestnej Hermanna Göringa, jednak stworzony przez niego proces technologiczny przetrwał całe dekady. Aż do upadku muru berlińskiego prezerwatywy produkowane w Niemczech Wschodnich niewiele różniły się od klasycznych "Frommsów". I tak jak one były od środka posypywane talkiem.

Imigrant z Konina stworzył w Niemczech zupełnie nową gałąź przemysłu. W krok za "Frommsami" pojawiły się dziesiątki innych marek. Magnus Hirschfeld i Ryszard Linsert, autorzy pracy Zapobieganie ciąży. Środki i metody, wymienili między innymi: "Krokodila", "Domino", "Herkulesa", "NeverRipa", "Optimosa",  "Mikado" i "Penzerette". Jak widać, dzisiejsi producenci kondomów mogliby wziąć przykład z tych przedwojennych i nieco urozmaicić nazewnictwo. Określeń na prezerwatywy jako takie też było prawdziwe zatrzęsienie. Cytowani wyżej specjaliści wspominają między innymi o "ochraniaczach", "kondonach" (przed wojną równie często pisano to słowo przez "n", co przez "m"), "paryskich pończochach gumowych" czy po prostu - "gumkach". Podobno Francuzi nazywali prezerwatywy "płaszczami angielskimi". Anglicy z kolei -  "listami francuskimi". Sprawa zupełnie jak z pierogami ruskimi. Na Ukrainie też je jedzą. Tyle tylko, że tam są to pierogi polskie.

Sukces "Frommsów" wynikał między innymi z prostoty ich użycia. Wbrew pozorom w czasach, gdy prezerwatywy bardziej kojarzyły się z oponami samochodowymi niż z upojną nocą, nie było to takie oczywiste. Tymczasem ulotka dołączana do słynnych akcesoriów Juliusa Fromma (promowanych hasłem: "Die Konkurrenz platzt" - Konkurencja pęka) rzeczywiście nie pozostawiała żadnych wątpliwości:

Prezerwatywę "Fromms Act" naciąga się na członek w ten sposób, że na szczycie pozostaje jeszcze przestrzeń wolna na szerokość kciuka. Przed aktem zwilża się prezerwatywę wodą, przez co osiąga się wrażenie naturalności oraz ochronę gumy od pęknięcia przy suchej pochwie. Przestrzegamy przed użyciem śliny zamiast wody.

Aż trudno sobie wyobrazić, ile trzeba byłoby śliny do skrupulatnego nawilżenia z dwóch stron całej prezerwatywy. No ale - upomniany klient, to bezpieczny klient. Nieoficjalnie polecano zresztą raczej tłuszcze niż zwykłą wodę. N.J. Safonow, autor książki Mężczyzna i kobieta w życiu płciowym, sugerował na przykład, by gumki smarować świeżą słoniną.

Producent wyliczał tymczasem jeszcze kilka zaleceń dotyczących codziennego użytkowania:

Przechowywać należy je w ciemnym, przewiewnym i chłodnym miejscu. Unikać wilgoci (...). W portfelu lub w kieszeni od kamizelki niszczy się nawet najlepsza guma, bo podlega promieniowaniu ciepła ciała ludzkiego. Najlepiej pozostawić nasze prezerwatywy w ich przewiewnym opakowaniu, a jeżeli wypada nosić je przy sobie, to w zewnętrznej kieszeni surduta (...). Przy zakupie nie należy się wstydzić, lecz żądać stale tylko świeżego towaru!

Cytat pochodzi z niemieckiej wersji ulotki. Polska - jeśli dystrybutorzy w ogóle takową dołączali - musiała wyglądać podobnie. Dzisiaj trudno to sprawdzić, bo rynek kondomów w II Rzeczpospolitej był rozproszony i pozbawiony jakiejkolwiek kontroli. Pozostał po nim ślad w postaci najrozmaitszych reklam prasowych. Prezerwatywy sprzedawano przede wszystkim jako środki zapobiegające chorobom wenerycznym, a nie ciąży, tak więc nie były na cenzurowanym nawet w latach dwudziestych.


INTERIA.PL/Informacja prasowa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje