Ślub i wesele

Radosław Krzyżowski: Małżeństwo jest jak firma

Z Radosławem Krzyżowskim spotykam się w jednej z klimatycznych kawiarni w Krakowie. Przychodzi punktualnie, w czarnej skórzanej kurtce, z uśmiechem na ustach. Popijając dużą czarną kawę, z werwą, ale i z nutą nostalgii, opowiada o ślubie z Dominiką Bednarczyk, wspólnym budowaniu rodzinnego kapitału i pasjach, na które wciąż brakuje mu czasu. To mężczyzna konkretny, bezkompromisowy i… wciąż zakochany.

Spotykamy się tuż przed próbami w krakowskim Teatrze Starym. Czy może pan zdradzić, do jakich ról teraz się przygotowuje? Czy wkrótce czekają nas jakieś premiery? 

Reklama

Radosław Krzyżowski: - Nie powiem, do jakich ról się przygotowuję, bo jeszcze tego nie wiem. Wiem natomiast, w jakich przedstawieniach będę brał udział. Wkrótce zaczynam próby z Moniką Strzępką do sztuki Pawła Demirskiego "Triumf woli" w Tetrze Starym - premiera już pod koniec czerwca. Na początku lipca, również w Starym, startują przygotowania do adaptacji "Wojny i pokoju" Lwa Tołstoja w reżyserii Konstantina Bogomołowa.

Czyli jeszcze nie wie pan, kogo będzie w tych spektaklach grał? Taka zagadka?

- Jeśli chodzi o pierwsze przedstawienie, czyli "Triumf woli", jest to autorski tekst Pawła Demirskiego, więc to będzie prapremiera i nikt poza autorem na razie go nie zna. Z Konstantinem Bogomołowem jeszcze się nie spotkałem - znam tylko tytuł i obsadę sztuki, ale kto kogo będzie grał, wyjaśni się dopiero wkrótce. Tak więc póki co nic nie wiem. 

Skoro nie znamy przyszłości, cofnijmy się o kilka lat. Jeśli miałby pan wybrać przełomową dla pana rolę, w teatrze lub telewizji, to która by to była? Jaką wskazałby pan jako tę najważniejszą w swoim dorobku?

- Przełomem na pewno był spektakl "Hamlet" w Teatrze Stu, natomiast trudno mi wskazać jedną rolę, bo tych istotnych było kilka, a każda ważna z innego powodu. Były takie, które dawały przełom w życiu zawodowym i "Hamlet" z pewnością do nich należał. On zmienił mój status z aktora, który poruszał się tylko w offie, na aktora, który wszedł w teatr repertuarowy z dużymi, poważnymi kreacjami. Cenne były także te doświadczenia, które zmieniły mój sposób myślenia o aktorstwie albo dały możliwość spotkania z ludźmi, którzy stali się w moim życiu ważni.

- Tu znowu musiałbym wspomnieć "Hamleta" w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego, ale też postać Rogożyna w "Idiocie" u Barbary Sass, Klienta w "Samotności pól bawełnianych" Koltèsa w reżyserii Mariusza Wojciechowskiego czy Czeladnika w "Trzecim akcie według "Szewców" Jerzego Jarockiego. Jednak niechętnie dokonuję takich wyborów. Jeśli zaczynam wyróżniać pewne role, zawsze mam poczucie, że nie jestem do końca sprawiedliwy wobec całej reszty. Poza tym to, co widzowie odbierają jako znaczące osiągnięcie danego aktora, dla niego samego wcale nie musi czymś takim podobnym doświadczeniem. To jest bardzo względne.

Teatr to nie tylko miejsce pracy, ale i przestrzeń, w której można spotkać swoją drugą połówkę. Żonę poznał pan w teatrze czy spotkaliście się w innym miejscu?

- Dominikę zobaczyłem w szkole teatralnej, gdy dziwnym trafem znalazła się na zajęciach mojego roku z impostacji. Chyba miała jakieś konsultacje? Wtedy pierwszy raz zwróciłem na nią uwagę. Potem jeden z kolegów, który się w mojej obecnej żonie podkochiwał, powiedział mi, że ona gra w Teatrze Ludowym główną rolę w spektaklu "Romeo i Julia". Poszliśmy na to przedstawienie. Tam Dominikę zobaczyłem pierwszy raz w pełnej krasie na scenie, i jako kobietę, i jako aktorkę (choć nią jeszcze wtedy formalnie nie była, ponieważ to było, zanim zaczęła studia na krakowskiej PWST).

Zakochał się pan od pierwszego wejrzenia czy miłość przyszła z czasem?

- Wtedy jeszcze nie, miłość przyszła później. Ale już wówczas Dominika zwróciła moją uwagę jako kobieta i choć jej nie znałem i nic o niej nie wiedziałem, coś między nami się zawiązało. W zasadzie zaczęliśmy ze sobą być, bardzo mało o sobie wiedząc. To nie był związek, który wynikł z długookresowej fascynacji, znajomości czy wspólnoty doświadczeń. W naszym przypadku było wręcz przeciwnie.

Na czym budowali państwo swój związek? Na wspieraniu się w nauce sztuki aktorskiej, na docieraniu się w różnych płaszczyznach, na przeciwieństwach? 

- Według mnie generalnie związki można podzielić na dwie grupy: przed dziećmi i po dzieciach. W naszym wypadku ten pierwszy okres bez reszty wypełniał teatr i wszystkie związane z nim przygody i fascynacje. Poświęcaliśmy się temu bez reszty, bardzo dużo oboje pracowaliśmy. Tak nam się szczęśliwie ułożyło, że sukcesy odnosiliśmy z reguły razem, w podobnym czasie. Nie było zatem doświadczenia dysproporcji ani wrażenia, że jednemu dzieje się lepiej aniżeli drugiemu. W takim zawodzie jak aktorstwo czasami ma to znaczenie, bo poczucie partnerstwa i równorzędności, które powinno związkowi nadawać ton, bywa często przez brak tej równorzędności w życiu zawodowym zaburzone.

Nie było w was zazdrości...

- Dopełnialiśmy się. Raz ja odnosiłem sukcesy, raz Dominika. Moja żona jest wybitnie utalentowaną aktorką i zawsze miałem poczucie, że umie więcej ode mnie. Pomimo że to ja zazwyczaj  występowałem w roli doradcy i krytyka, więcej uczyłem się - i wciąż uczę - od niej aniżeli ona ode mnie.

Przez siedem lat byli państwo parą zanim zdecydowaliście się na ślub. Czy może pan zdradzić, jak wyglądały oświadczyny, kiedy się odbyły i czy stanowiły zaskoczenie dla pana wybranki?

- Długo się testowaliśmy, dlatego, że wskoczyliśmy od razu na głęboką wodę. Weszliśmy bardzo intensywnie w związek, mało się wcześniej znając. Obcując z partnerem, odkrywamy nie tylko jego, ale całe zaplecze doświadczeń, blizn, traum, oczekiwań, nadziei, wspomnień, które zabrał z domu. I faktycznie, nasz związek opierał się na przeciwieństwach: jesteśmy w niektórych przypadkach skrajnie różni i musieliśmy się dotrzeć. Szybko zamieszkaliśmy razem, dlatego podejmując wspólnie decyzję o małżeństwie, byliśmy już mocno okrzepłą parą z sześcioletnim stażem wspólnego mieszkania. Wiedzieliśmy, na co się decydujemy, po burzliwych siedmiu latach...

Były rozstania?

- Rozstań nie było nigdy, ale pojawiały się momenty, gdy było do nich bardzo blisko. To jak przeciąganie liny - były chwile, w których żadne z nas nie chciało pójść na kompromis, odpuścić. Każde ciągnęło w swoją stronę. W naszych uczuciach zawsze było dużo gwałtowności, ale przetrwaliśmy. I świadomie, bez żadnych wątpliwości, podjęliśmy decyzję o małżeństwie.

Czyli oświadczyny były czystą formalnością.

- Nie było zaskoczenia, wszyscy się tego spodziewali. Był pierścionek zaręczynowy i bukiet kwiatów. Teściowie i zięć na kolanach. O ile ja mogłem mieć więcej obiekcji w czasie tego siedmioletniego okresu bycia razem, to mam wrażenie, że przed samym ślubem to Dominika wahała się bardziej niż ja.

Przygotowania ślubne trwały rok czy udało się państwu szybciej załatwić wszelkie formalności?

- Nie wiem, czy przygotowania trwały aż rok. Teraz nawet nie pamiętam, w którym miesiącu się Dominice oświadczyłem... Na pewno nie chcieliśmy robić ze ślubu widowiska. Pragnęliśmy się pobrać w gronie rodziny i przyjaciół. Co prawda początkowo był pomysł, aby wybrać się w wielką podróż poślubną i w ogóle nie robić wesela, jednak po kilku burzach mózgów doszliśmy do wniosku, że obecność bliskich i przyjaciół jest istotniejsza niż wojaże. Wygrała więc opcja weseliska ze skromną podróżną poślubną.

- Wynajęliśmy salę w Mogilanach i zaprosiliśmy niespełna 100 osób. Ani ja, ani Dominika nie mamy rodzeństwa, nasze rodziny nie są duże, więc nie musieliśmy podejmować jakiś heroicznych decyzji kogo zaprosić, a kogo nie. Mimo że ślub braliśmy w 1999 r., pamiętam, że byli na nim obecni wszyscy ci, na których nam zależało.

Ceremonia zaślubin odbyła się w drewnianym kościołku Matki Bożej Królowej Polski na Woli Justowskiej. Czy podczas składania przysięgi małżeńskiej czuł pan tremę?

- Nie. Byłem absolutnie spokojny. Moja żona i owszem. Nie pomyliła się w przysiędze, ale była zdenerwowana przed samą ceremonią. Natomiast ja tego dnia, a pamiętam to bardzo dobrze, miałem poczucie pełnej harmonii z samym sobą. To był ślub konkordatowy. Dla mnie miał znaczenie ślubu cywilnego, bo jestem osobą niewierzącą, ale dla Dominiki miał charakter sakramentalny. Wszystko nam się udało: i pogoda, i atmosfera. Msza była koncelebrowana przez ważnego dla nas, nieżyjącego już o. Stanisława Musiała, jezuitę. To był wspaniały człowiek, moja żona do dziś uważa go za kogoś w rodzaju duchowego patrona, dla mnie również jego świadectwo i postawa są czymś imponującym. To była niezwykła i barwna postać. Do dzisiaj uważam, że to głównie dzięki niemu uroczystość naszych zaślubin nabrała cudownego charakteru. Myślę zresztą, że jego duch - mówiąc górnolotnie - ciągle unosi się nad naszym związkiem. Niewielu jest już teraz takich księży.

Gdzie wybrali się państwo w podróż poślubną?

- Pojechaliśmy do Kasinki Małej. Nasi przyjaciele wspaniałomyślnie udostępnili nam swoją chatkę i spędziliśmy w niej wiele cudownych chwil. Było wspaniale. 

Przed urodzeniem córki Kai żyli państwo intensywnie, podróżowali, czy wręcz przeciwnie - wiedliście raczej spokojne żywot?

- Nie byliśmy i nie jesteśmy parą specjalnie podróżującą. Oczywiście jeździliśmy na wakacje w różne miejsca, ale dla mnie, z wielu względów, naszym najważniejszym wyjazdem był pierwsza eskapada do Rzymu.

- Byliśmy wtedy ze sobą nieco ponad dwa lata. Moja przyszła teściowa wykładała wówczas na uczelni w Ostii i miała w Wiecznym Mieście wynajęte mieszkanie. Nigdy wcześniej nie byłem we Włoszech, ba - w ogóle na południu Europy! - i ta podróż była dla mnie niesłychanym przeżyciem. Rzym mnie oczarował: sztuka, architektura, organiczność i aura tego miasta do dziś bardzo mocno na mnie działają. Zresztą właśnie dlatego na dziesięciolecie naszego ślubu zdecydowaliśmy się pojechać właśnie tam. Z Rzymem wiąże się wiele naszych emocji.

Ślub wzięli państwo w 1999 r., czyli już prawie siedemnaście lat jesteście razem. Czy może pan zdradzić sekret udanego związku? Wygrywa partnerstwo czy podział ról?

- Wiem, że to nie jest romantyczne porównanie, ale według mnie małżeństwo jest jak firma. Jeśli mamy poczucie, że stworzyliśmy dobry, przyszłościowy produkt, dlaczego nie wejść z nim na rynek? Ryzyko jest zawsze, nikt nie da nam gwarancji, że ten produkt się sprawdzi, dopóki nie zetknie się z odbiorcą, rynkiem, popytem czy podażą, czyli w tym wypadku - z życiem. To nie są romantyczne pojęcia, ale po dwudziestu paru latach życia z Dominiką jestem przekonany, że warto było "zaryzykować". Dziś jesteśmy firmą, która ma ugruntowane strategie, zna jakość swoich produktów, wie, jak się z nimi obchodzić i zaistnieć na rynku.

- W przyszłym roku będziemy obchodzić jubileusz dwudziestopięciolecia bycia razem, więc z pełną świadomością mogę powiedzieć, że bez partnerstwa naszego związku by nie było. Oczywiście są związki, które opierają się na burzliwych namiętnościach, ich ścieraniu się, ale to nie są związki długotrwale. Bywają namiętne, dynamiczne i... zazwyczaj krótkie.

Jest coś, co przeszkadza panu w żonie, a zarazem fascynuje?

- W gruncie rzeczy drażni mnie to wszystko, co do niej przyciąga. Wiadomo, że ładunki różnoimienne ciągną do siebie, ale czasami trudno zracjonalizować postępowanie kogoś, kto myśli inaczej, ciężko zrozumieć jego motywację. Często zdarzają się takie sytuacje, które żona interpretuje zupełnie odwrotnie niż ja i wtedy oczywiście temperatura moich emocji wzrasta . 

Dzięki żonie może pan grać na gitarze, którą kiedyś nieopatrznie pan sprzedał. Muzyce oddaje się pan w każdej wolnej chwili czy woli pan ten czas spędzać w towarzystwie rodziny?

- Muzyka jest bardzo ważną częścią mojego życia. Córka nad tym ubolewa i często mówi: "Tato, jak jesteś w domu to, idziesz na dół i grasz na basie - mało cię mam". Faktycznie jest tak, że gitara jest dla mnie...

...drugą partnerką?

- Tak, muzyka jest moją drugą partnerką, gitara trochę też... To po części wina żony - na długi czas wziąłem rozbrat z graniem i zupełnie niespodziewanie, parę lat temu, dostałem od niej w prezencie urodzinowym gitarę basową. Także mogę otwarcie powiedzieć, że Dominika jest w pewnym stopniu odpowiedzialna za obecną sytuację. Ale chwała jej za to! To był najlepszy prezent, jaki mogłem dostać. Gdy tylko mogę, gram, ćwiczę, uczę się improwizować. Zgrywam sobie podkłady i próbuję tworzyć na ich tle coś własnego.

Pobierał pan od kogoś lekcje? 

- Nie, jestem samoukiem. To nie jest mój zawód i to jest fantastyczne. Nie mam żadnej presji w związku z graniem, nie mam ciśnienia, mogę to robić, jak mi się podoba, z taką częstotliwością, jaka mi odpowiada. W ogóle mam wiele namiętności, pasji, a rodzina szczęśliwie pozwala mi się im oddawać.

- Przez wiele lat fascynowała mnie amatorska astronomia, obserwowanie gwiazd. Zarywałem noce, dużo wyjeżdżałem, by patrzeć w rozgwieżdżone niebo. Lubię też czytać i mimo że jestem bardzo zapracowanym człowiekiem, mam wewnętrzny przymus, by wygospodarować czas na lekturę. Moje dziewczyny to szanują, bo wiedzą, że gdybym nie mógł tego robić, nie byłbym szczęśliwym człowiekiem.

Na koniec zapytam o marzenia. Czy jest coś, co planuje pan zrobić w tym roku z żoną, córką, wspólnie? Jakaś rzecz, czynność, którą odkłada pan już jakiś czas i może teraz uda się to zrealizować?

- Niczego nie odkładam w czasie. Oczywiście człowiek myśli sobie, że fantastycznie byłoby więcej podróżować, ale z drugiej strony w ramach obowiązków zawodowych będę w tym roku w Pradze, Wenecji i Chinach. Trochę jeżdżę z koncertami, ostatnio byłem we Wrocławiu, Katowicach, Szczecinie, Łodzi.

- Nie rośnie we mnie bańka oczekiwań, może dzięki temu, że chociaż moje marzenia nie spełniają się w krystalicznej formie, mają swoje ujście. Nie jestem typem marzyciela, raczej człowiekiem twardo stąpającym po ziemi. Nie pesymistą, tylko sceptykiem. Mam w sobie pewien zasób smutku, ale w przyszłość nie patrzę przez ciemne okulary.

Rozmawiała: Justyna Abdank-Kozubska