Reklama

Reklama

Przemilczane piekło. Dramat pacjentów psychiatrii dziecięcej

Są sami z głosem w swojej głowie. Sami w rodzinie, wśród rówieśników, w szkole i przede wszystkim w systemie, który powinien wspierać i stać na straży ich zdrowia i życia. Mowa o pacjentach, którzy w nierównej walce o zdrowie pozostawiani są samym sobie. Przez system opieki zdrowotnej, a czasem również najbliższych. Nasi bohaterowie opowiadają o psychiatrii dziecięcej z niezależnych perspektyw: rodziców walczących o dzieci, psychiatrów walczących z systemem i tych, którzy w dzieciństwie walczyli z życiem.

W Polsce na wydatki związane z psychiatrią NFZ przeznacza 3,04 proc. swojego budżetu. Liczba samobójstw w naszym kraju w 2021 roku wyniosła ogółem 5,2 tys. Od początku stycznia do końca listopada 2021 roku 1339 nastolatków próbowało odebrać sobie życie. A wszystko to w sytuacji, gdy w całym kraju łącznie funkcjonuje niewiele ponad 400 specjalistów zajmujących się psychiatrią dziecięcą.

- Najwięcej mam pacjentów młodzieżowych, od 13 roku życia. Problemy są przeróżne, ale takim podstawowym są myśli samobójcze i samookaleczenia. Na 50 pacjentów na zamkniętym oddziale psychiatrycznym dzieci i młodzieży, aż 45 jest po próbach samobójczych i z tendencjami samobójczymi.  Przypominam, że mówimy tu o dzieciach poniżej 18 roku życia - mówi dr Piotr Markowski, psychiatra pracujący w oddziale psychiatrycznym dla młodzieży w Józefowie oraz w prywatnie PsychoMedic. 

Reklama

Co dziecku dolega?

 O tym, że stan polskiej psychiatrii dziecięcej jest dramatyczny, wiemy nie od dziś. Ta dziedzina medycyny zmaga się nie tylko z brakami kadrowymi, lecz także przeciągającymi się latami czy miesiącami decyzjami dotyczącymi leczenia małych pacjentów oraz głębokim niezrozumieniem ze strony rodziców czy opiekunów, a także wciąż powszechną, związana z głęboko zakorzenionym lękiem i niezrozumieniem sytuacji stygmatyzacją, zarówno chorującego, jak i najbliższego otoczenia. Z jakimi jednostkami chorobowymi stykają się najczęściej psychiatrzy dziecięcy w Polsce?

- Do ambulatoryjnej opieki psychiatrycznej kwalifikują się dzieci z łagodniejszymi, mniej dynamicznymi zaburzeniami psychiatrycznymi. W swojej praktyce pracuję głównie z młodzieżą. Często spotykam się u nich z problematyką nieprawidłowo kształtującej się osobowości, zaburzeń zachowania i emocji. Może się w to wliczać szereg zachowań nieakceptowalnych społecznie, w tym niebezpiecznych jak samookaleczenia, sięganie po używki, labilność emocjonalna, stany obniżonego nastroju. Może to u nich skutkować alienacją ze środowisk rodzinnych i rówieśniczych, lękami. Takie rozpoznania mogą łączyć elementy różnych chorób psychicznych jednocześnie nimi nie będąc. Mogą na przykład przypominać depresję, chorobę afektywną dwubiegunową, zaburzenia psychotyczne - mówi dr Szczepan Ligara, psychiatra dziecięco-młodzieżowy i psychoterapeuta pracujący do niedawna w młodzieżowym oddziale dziennym.

- Niemałą grupą osób są dzieci i młodzież z depresja. Dużo osób, głównie dziewczynek, zgłasza się również z zaburzeniami odżywiania. Osobiście nigdy nie rozpoznałem schizofrenii u dziecka ambulatoryjnie,  co poniekąd koreluje z niskim rozpowszechnieniem tego zaburzenia u dzieci, natomiast spotykałem się z nawet bardzo małymi dziećmi z takim rozpoznaniem w oddziałach zamkniętych. Im młodsze dziecko trafia do psychiatry, tym większe ryzyko, że w grę w chodzi jakieś tło biologiczne, dziedziczne. Dużo młodszych dzieci zgłasza się z podejrzeniem ADHD, czy oportunistycznych zaburzeń zachowania. Dzieci te na pierwszy rzut oka można by opisać jako "niegrzeczne", tymczasem kluczowe jest zrozumienie, że one po prostu nie są w stanie inaczej wyrażać swoich emocji. Istotna część moich pacjentów jest leczona z powodu autyzmu.

- Jeżeli chodzi o diagnostykę dzieci i młodzieży, to problem polega też na tym, że w gabinecie umieszcza się nie jedną, a kilka osób. W grę wchodzą też rodzice, czy  opiekunowie np. z placówek wychowawczych, którzy czasem sami mają wyrzuty sumienia o to, czego nie dopełnili względem dziecka. Więc jest to praca pomnożona przez dwie osoby: dziecko i opiekuna.

- Jednym z częstszych aspektów konsultacji psychiatrycznych - zwłaszcza u młodzieży - jest ujawnienie przez badanego wątpliwości co do własnej tożsamości płciowej. Prowadziłem terapię z biologicznymi dziewczynkami, które czuły się chłopcami. To były różne historie, czasami intuicyjnie czuje się, że dziecko jest znacznie bardziej chłopcem niż biologiczną dziewczynką. Innym razem kluczowa była historia rodzinna, w której mężczyźni na kolejnych piętrach drzewa genealogicznego byli z różnych powodów nieobecni - albo umierali, albo dochodziło do rozstania rodziców. Jedna z moich pacjentek wychowywana tylko przez matkę i babcię wywołała "psychiczny alarm", dotyczący braku męskiego pierwiastka i wyrażający się w chęci tranzycji (zmiany płci) z dziewczynki w chłopca.  W tej drugiej terapii nacisk był bardziej położony nie na przygotowanie dziecka do zmiany biologicznej, tylko na zmianę w myśleniu polegającą na pomocy dziecku w uświadomieniu utrat, których doświadczyło, żeby nie musiało przeżywać ich poprzez objawy. Ogromnym problemem jest to, że na terenie Krakowa nie ma osoby, która zajmuje się problemami tożsamości płciowej u dzieci i młodzieży, a te problemy ewidentnie są. Jest jeden, wybitny seksuolog, który pracuje z pacjentami dorosłymi i sporadycznie  ma możliwość konsultacji osób przed 18 rokiem życia. Tymczasem pomocy potrzebują także dużo młodsi pacjenci.

– Miałem takie przykre doświadczenie: dziewczyna z długą historią wynikającą z traumatycznych wydarzeń z dzieciństwa, opowiedziała, że ma myśli i tendencje samobójcze – mówi dr Bartosz Piasecki, psychoterapeuta i koordynator usług zdrowotnych w Środowiskowym Centrum Zdrowia Psychicznego dla dzieci i młodzieży w Poznaniu – Trudno było zaryzykować, że będzie w stanie to skontrolować w ramach kontraktu na życie. Zadzwoniłem więc po pogotowie, najpierw przyjechała policja. Wypytywali dziewczynkę: „Dlaczego to zrobiłaś? Przecież masz piękne życie, cała przyszłość przed tobą”. To jest taka próba dorosłego poradzenia sobie z czymś, z czym sami nie potrafimy sobie poradzić. Tylko, że to w ogóle nie pomaga dziecku. Dorosły nie potrafi zrozumieć, jak ktoś tak młody może targnąć się na swoje życie.

Czas oczekiwania: dni, miesiące, lata

Niedobór kadry to jeden z podstawowych problemów, ale niewydolny jest cały system. Choroby czy zaburzenia psychiczne często wymagają natychmiastowej interwencji, tymczasem nawet zdiagnozowany pacjent ma w perspektywie oczekiwanie na pomoc nie tygodnie lecz miesiące, a nawet lata.

-  Teraz mamy w Polsce około 400 specjalistów psychiatrii dzieci i młodzieży, i to jest zdecydowanie za mało - mówi dr Piotr Markowski. Terminy przyjęć także są odległe - na przykład w poradni ambulatoryjnej w Warszawie, gdzie można przebywać w trybie dziennym, najbliższy możliwy termin rozpoczęcia leczenia to październik 2022 roku. W innej poradni uniwersyteckiej terminy do psychiatry dziecięcego są dwuletnie. Jest też problem z oddziałami nerwicowymi, czyli miejscami, gdzie leczą się dzieci z nieprawidłowo kształtującą się osobowością, z zaburzeniami lękowymi. Często z oddziału psychiatrycznego chcemy skierować naszego pacjenta na leczenie w oddziale nerwicowym z dostępem do psychoterapii indywidualnej i grupowej i wtedy dostajemy odmowę przyjęcia, bo terminy są czasem wielomiesięczne, a czasem kilkuletnie.

"To zwykła nastoletnia fanaberia"

- W przypadku mojej córki kluczowe było to, że miałyśmy bardzo dobry kontakt. Wychowuję ją samotnie, więc jesteśmy ze sobą bardzo zżyte. Już w momencie, gdy zaczęła jeść coraz mniej, unikała tłustego jedzenia, a pasek w spodniach coraz bardziej się zaciskał, wiedziałam, że coś jest nie tak - mówi mama Ani, która kilka lat temu stoczyła walkę z anoreksją.

Ania miała wtedy 15 lat. Zawsze świetnie się uczyła, odnosiła sukcesy i nie miała problemów społecznych. W pewnym momencie jednak jej głównym celem stało się chudnięcie i tak z 59 kg przy wzroście 168 cm, w zaledwie cztery miesiące schudła do 42 kg.

- Wszystko skupiało się wokół jedzenia, choć paradoksalnie anoreksja jest przecież jadłowstrętem. Znałam na pamięć wartość kaloryczną większości produktów. Do dziś mam w szafce jadłospis z tamtych czasów: pół opakowania jogurtu bez tłuszczu z łyżką otrębów. Na obiad talerz zupy jarzynowej, bez ziemniaków, niezabielanej albo warzywa na parze z odrobiną kurczaka. Na tym zazwyczaj się kończyło. Zależało mi tylko na tym, żeby waga spadała, chciałam zniknąć.

Powoli ludzie dookoła zaczęli zauważać, że Ania niknie w oczach. Komplementowali jej wygląd. Kiedy jej waga spadła poniżej 50 kg, zaczęli pytać, czy coś jest nie tak. - Mówiłam wtedy, że mam uczulenie na gluten, laktozę i to dlatego. Panikowałam, gdy ktoś patrzył, jak jem - wspomina Ania.

- Pojechałam w wakacje na kilka dni na wolontariat. W bursie nie było wagi, a ja przecież musiałam ważyć się dwa razy dziennie. Pamiętam, że poszłam do sklepu, i na środku alejki postawiłam wagę z wystawy i po prostu się zważyłam. Ulżyło mi, bo waga dalej spadała.

Mama Ani wiedziała, że coś jest nie tak. Nie poznawała własnej córki i widziała, że zachowuje się zupełnie inaczej. - Każda próba rozmowy kończyła się kłótnią i oskarżeniami, że chcę ją kontrolować. Przecież miała tylko 15 lat, a ja czułam, że ją tracę. Gdy poszukując rady zaczęłam rozmawiać ze znajomymi i lekarzami powtarzali, że przesadzam. Że każda dziewczyna w tym wieku się przecież odchudza, że to przejściowe i jest to zwykła, nastoletnia fanaberia.

W najbardziej krytycznym momencie BMI Ani spadło poniżej 15, co oznacza wygłodzenie. W końcu postanowiła porozmawiać z mamą.

- Pamiętam tę rozmowę do dziś. Coś we mnie pękło, bo poczułam, że straciłam nad tym kontrolę, a miałam tyle ambicji, planów. Tylko, że traciłam siły, czasem nie byłam w stanie podnieść się z łóżka. Gdy wróciłam do szkoły po wakacjach, ludzie mnie nie poznawali. Wychowawczyni zadzwoniła przerażona do mamy i powiedziała, że będzie musiała to gdzieś zgłosić. Przestraszyłam się.

"Zaczynam od nowa. To chyba rodzaj długo oczekiwanego przełomu. Było pyszne, a przecież od pięciu miesięcy nie zjadłam nic słodkiego. Jestem z siebie dumna. Wiem, że muszę zacząć jeść, by móc kiedyś mieć dzieci. Będę jeść to, na co mam ochotę. Kończę na 42 kg i zaczynam od nowa. Czemu nie potrafiłam zrobić tego wcześniej? To było bezmyślne" - tak brzmiał wpis z pamiętnika Ani w dniu, w którym zrozumiała, że choruje na anoreksję.


Niestety, nie był to koniec historii. Mimo wsparcia mamy i chęci wyjścia z tej sytuacji, Ania dalej nie potrafiła zacząć normalnie jeść. W końcu jej mama, Barbara, zgłosiła się po raz kolejny po pomoc do lekarza pierwszego kontaktu, który wcześniej uznał, że to tylko nastoletnia fanaberia. Tym razem, kiedy BMI pokazywało jednoznacznie: zagrożenie życia, skierował Anię do psychoterapeutki, która pracowała w przychodni. To tam Ania po raz pierwszy wprost usłyszała, że jest chora na anoreksję.

„Najsłabsze ogniwo systemu rodzinnego zostało oddelegowane do tego, żeby chorować”

Walkę o zdrowie psychiczne Klara toczy od 10 lat - dziś ma już diagnozę: spektrum autyzmu. Jednak droga, na której jej problemy bagatelizowała rodzina i lekarze, była długa i męcząca. - Pierwszy kontakt z psychologiem miałam w wieku 12 lat, powodem były samookaleczenia. Rodzice bagatelizowali ten problem do czasu, gdy ktoś w szkole na to zareagował. Poszłam do psychologa, a jestem z dość małego miasta, więc to był duży problem. Poza wstydem dręczącym rodziców, trudność pojawiła się również w momencie szukania specjalisty w najbliższym dużym mieście liczącym 100 tysięcy mieszkańców. Rzeczywistość była taka, że w szkole miałam tylko panią pedagog i katechetkę, do której trafiłam w drugiej klasie podstawówki po napadzie agresji. Zaleciła mi więcej się modlić - wspomina Klara.

 - Dokładnie w dwunaste urodziny poszłam do psycholożki z moją mamą. Ta pani przyjmowała w ramach szkolnej opieki. Kiedy tam weszłam, zasypała mnie furą pytań, wśród których nie mogłam się odnaleźć. Wysnuła wniosek, że moje problemy z samookaleczaniem się wynikają ze złego kontaktu z mamą, co nie było do końca prawdą. Gorszy był dla mnie alkoholizm taty, który został przez nią pominięty jako nieistotny. W efekcie moja mama obraziła się na mnie. Stwierdziła, że skoro problem tkwi w niej, to przestanie się do mnie odzywać, problem zniknie i będzie mi się lepiej żyło.

- Zdarza się, że osobowość młodego pacjenta błędnie się kształtuje i podstawą leczenia nie jest farmakoterapia, tylko psychoterapia  indywidualna, grupowa lub rodzinna - mówi z kolei dr Piotr Markowski. - Rodzic nie zawsze chętnie idzie na terapię rodzinną, bo czuje się oddelegowany i urażony, że ja jako specjalista widzę w nim problem. A tu nie chodzi o to, że szukam winnych w rodzicach, tylko zwracam uwagę na to, że niejako najsłabsze ogniwo systemu rodzinnego zostało oddelegowane do tego, żeby chorować. Dlatego tak ważna jest terapia rodzinna, żeby rodzina zrozumiała, co się w danym momencie dzieje i jaka jest dynamika tej małej grupy kilku osób.

Psycholog, do której udała się Klara, mimo wiedzy o jej samookaleczeniach, nie skierowała jej do psychiatry. Dziewczyna przyznaje, że jej zdaniem w tamtym momencie kobieta powinna była skierować ją tam, gdzie już wtedy znalazłaby pomoc. Tak się jednak nie stało. – Myśli samobójcze i tendencje samobójcze i poważne samouszkodzenia świadczą o tym, że pobyt w szpitalu może byćkonieczny – podkreśla dr Bartosz Piasecki. Ważna wtedy jest możliwość szybkiej konsultacji psychiatrycznej.

"Lubię, kiedy do mnie przychodzisz, bo wtedy mogę sobie z kimś porozmawiać"

Klara poza samookaleczeniami zaczęła mieć również poważne problemy ze snem. W wieku 14 lat zgłosiła się do psychiatry. - W moim mieście nie było psychiatry dziecięcego. Najbliższy był oddalony o 40 km od miejsca zamieszkania. Wizyta trwała siedem minut. Pan mnie zapytał, dlaczego nie śpię, ale nie potrafiłam odpowiedzieć. Dostałam od niego leki nasenne i na tym się skończyło. Brałam je, po pewnym czasie sama zwiększałam dawki. Nawet jak kończyły mi się leki, to lekarz kazał dzwonić na recepcję i sekretarka wysyłała mi recepty. Ale z nich zrezygnowałam, bo przez to ciężej było mi się uczyć, a ponieważ zależało mi na dobrych stopniach, to je odstawiłam - wspomina dziewczyna.

Niedługo później zaczęły się u niej zaburzenia odżywiania. Kiedy zaczęła chudnąć - podobnie, jak w przypadku Ani - słyszała komplementy, które tylko utwierdzały ją w przekonaniu, że powinna schudnąć jeszcze więcej. Uzależniła się od leków przeczyszczających. Rodzice widzieli, że coś się dzieje, ale temat szybko ucichł, kiedy zaprzeczała. Dopiero po dłuższym czasie postanowili zareagować. - Kiedy moje BMI spadło poniżej 17, rodzice zabrali mnie do kolejnego psychologa. Poszłam razem z nimi, ale to było po ponad dwóch latach od początków anoreksji, czyli dość późno.

Psycholog pytała, dlaczego nie jem, a i nawet mój tata podczas tej wizyty był spokojny jak na niego.  Pani psycholog powiedziała, że mam świetnych rodziców i z takim wsparciem wszystko się uda. Po powrocie do domu tata był wściekły... Chodziłam do niej przez pół roku, ale ani razu mnie nie zważyła, nie zareagowała też na informację, że wywołuję u siebie wymioty. W końcu powiedziała mi tak: "Lubię, kiedy do mnie przychodzisz, bo wtedy mogę sobie z kimś porozmawiać". I faktycznie, to ona opowiadała mi o swoich pacjentach i rzeczach niezwiązanych z terapią. W kwestii samookaleczeń też przytoczyła swoją własną historię, mówiąc, że kiedyś też się okaleczała, a teraz ma dziecko i się przed nim wstydzi blizn, więc radzi mi, żebym może zastanowiła się nad tym, co robię - mówi Klara. W najbardziej dramatycznym momencie anoreksji Klara ważyła 43 kg przy wzroście 180 cm. Jej BMI wynosiło 13,27. Była wtedy pod kontrolą psychoterapeutki.

Tymczasem dr Ligara podkreśla: - Gdy BMI wynosi 15 lub mniej powinno się skierować dziecko na oddział w zależności od stanu somatycznego -  pediatryczny albo psychiatryczny, gdzie w początkowej fazie trzeba pilnować pacjentów po posiłkach przed próbą pozbywania się kalorii np. poprzez nadmierną aktywność fizyczną lub inne sposoby służące pozbyciu się pokarmu z organizmu. W skrajnych przypadku wygłodzenia  może zajść konieczność leczenia sondą dożołądkową. Anoreksja - co szokuje prawie każdego - jest najbardziej śmiertelną chorobą w psychiatrii.  Prawie co piąta osoba z anoreksją umiera, głównie z przyczyn somatycznych, takich jak powikłania kardiologiczne wynikające m.in. z zaburzeń elektrolitowych, czy inne zaburzenia metaboliczne. Także zbyt szybkie odżywienie po długotrwałej głodówce zagraża  życiu ze względu na możliwość wystąpienia zespołu  realimentacyjne zwanego "szokiem pokarmowym". Dzieci z anoreksją czy bulimią  częściej też popełniają samobójstwa. Jest to sprawa bardzo poważna - dodaje psychiatra.

Klara usłyszała w tamtym czasie tylko jedno pytanie o to, co się z nią dzieje, w dodatku przy całej klasie. Dziewczyna czując się coraz gorzej wróciła do psychiatry, który przepisał antydepresanty i leki na sen. - Widział, jak chudnę. Nigdy nie zapytał o moją wagę, tylko raz zapytał czy lubię biegać, bo jestem taka szczupła. A ja byłam wtedy wychudzona, ważyłam 43 kg. Powiedziałam mu, że psycholog stwierdził u mnie anoreksję, ale nie  nawiązał do tego - przyznaje Klara, która wówczas nawet nie wiedziała, że w tak trudnej sytuacji powinna była zostać skierowana do szpitala.

W rodzicach siła

Pani Natalia w pandemii zaczęła obserwować u swojego 9-letniego syna Tymka niepokojące objawy, wynikające z nadmiernego korzystania z komputera. - Tymek jest jedynakiem, więc nie miałam porównania do innych dzieci tylko do swoich czasów. Widzę, że dziś dorastanie dzieci jest zupełnie inne. Są wobec nich ogromne oczekiwania, ale szkoła nie poszła za tymi zmianami, za wsparciem, nie widzi indywidualności dziecka - mówi kobieta. Zwraca uwagę na to, jak ogromnym problemem staje się przeniesienie dzieci do świata wirtualnego. - Jeśli rodzic pracuje z domu, to jest łatwiej skontrolować dziecko. Ważna jest rozmowa bo dzieci trafiają na różne treści w internecie, które mogą wywołać traumę.

U mojego syna podczas pierwszego lockdownu i zdalnej szkoły zauważyłam, że zaczęły tworzyć się grupki. Dzieci zakładały czaty, na których pisały obraźliwe rzeczy o swoich rówieśnikach. Bardzo szybko to wyłapaliśmy i zareagowaliśmy. W pewnym momencie zaczęłam również zauważać u syna duży lęk i niepokój, gdy przebywał z dala od komputera - wspomina pani Natalia. - Bez większego namysłu zaprowadziłam go do psychologa. Prawdopodobnie były to początki uzależnienia od komputera. Ale nie wstydziłam się takiej reakcji, bo ważne jest uzmysłowić sobie, że jak jest problem, to trzeba reagować, a nie się obwiniać.

Na wizytę u psychiatry Ania i jej mama czekały około dwa miesiące. - Nie bałam się pójść do psychiatry, choć wiedziałam, jak to było postrzegane. Że może to ja na jakimś etapie zawiodłam jako matka. Ale przecież nie miałam narzędzi, by ją leczyć. Bałam się tylko, że dostanie skierowanie do szpitala albo będzie musiała brać leki. Z tym bym sobie chyba nie poradziła - wspomina pani Barbara.

W tej historii rzeczywiście kluczem było błyskawiczne wyłapanie problemu - zaledwie po miesiącu od rozpoczęcia choroby mama Ani wiedziała już, że coś się dzieje. Po pięciu miesiącach, podczas których Ania schudła prawie 20 kg, rozpoczęła się terapia, a po siedmiu udało się dostać do psychiatry. Stan Ani się polepszał, więc nie było potrzeby skierowania jej do szpitala.

-  W tym samym czasie moja koleżanka z klasy w gimnazjum też strasznie schudła. Widziałam, jak się zachowuje i od razu wiedziałam, że też choruje na anoreksję. Porozmawiałam z nią, powiedziałam też o tym mojej mamie, która zadzwoniła do jej mamy. W przypadku tej koleżanki było gorzej, bo nie miała takiego wsparcia w rodzicach, nie chciała zacząć jeść, aż w końcu trafiła do szpitala psychiatrycznego. Jej opowieści tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że muszę o siebie walczyć, że nie mogę tam trafić. Kontrolowali ją na każdym kroku, nie mogła chodzić, żeby nie spalać kalorii. Musiała jeść więcej, niż była w stanie i ciągle bolał ją brzuch. Musiała leżeć, żeby tyć. Po wyjściu czuła się jeszcze gorzej, bo sporo przytyła, i znowu chudła, bo nie dostała wystarczającej pomocy terapeutycznej. Później historia się powtarzała.  Wolałam, żeby moja mama ze wsparciem psychoterapeuty i psychiatry w bezpiecznych warunkach w domu pozwalała mi dojść do normalnej wagi - mówi Ania. - Nie było łatwo, ale dzięki temu, że moja mama nie bagatelizowała problemu i starała się mi pomóc, finalnie z tego wyszłam. Po półtora roku wróciła miesiączka, ale na terapię chodziłam jeszcze kolejne cztery lata.

Dr Bartosz Piasecki zwraca uwagę na kluczową rolę rodziców w przypadku zaburzeń psychicznych u dzieci. – To jest przede wszystkim praca z rodzicami. Im młodsze dziecko, tym więcej rodziców w procesie terapii. Zazwyczaj, kiedy mamy do czynienia z jakimś rozwiniętym już zaburzeniem psychicznym, nie tylko reaktywnym wynikającym ze zmian sytuacyjnych, to zwykle dużą rolę odkrywa system rodzinny. W momencie, kiedy jest kryzys, to tym, co jest najważniejsze i najtrudniejsze jest to, żeby rozmawiać. Często nie potrafimy słuchać i rozmawiać o emocjach bez oceniania, krytykowania, odrzucania. Ludzie w sytuacji kryzysowej mają tendencję do popadania w skrajności. Ciężko jest nam tolerować takie stany niepewności. Więc rodzice gdy konfrontują się z kryzysem dziecka albo bagatelizują, umniejszają i wypierają problemy albo chcą za bardzo, np. poprzez własną kontrolę albo przerzucają wszystko na specjalistów. Dzieci jednak większość życia spędzają w domu, więc jeśli tam nic się nie zmienia, to trudno oczekiwać, że problem rozwiążę się tylko w gabinecie. Dziecko jest całkowicie zależne od świata dorosłych. W przypadku samouszkodzeń, myśli samobójczych - to jest już bezwzględny moment, w którym trzeba sięgnąć po pomoc z zewnątrz. Bagatelizowanie, umniejszanie, wyśmiewanie, rzucanie moralizatorskich zdań, doradzanie typu: rusz się, wyjdź na dwór, ja w twoim wieku... to są rzeczy, które pogarszają stan. Za tym stoi komunikat: "To, co czujesz i to, co myślisz, nie jest ważne".

"Skończ ten cyrk, jedziemy do domu"

Klara postanowiła coś zmienić dopiero, gdy po liceum usłyszała od mamy, że jak nie przybierze na wadze, to nie pojedzie na studia. - Wpadłam w panikę, bo bardzo chciałam wynieść się z domu i z tego miasta. Kilka lat już chorowałam, więc ciężko było zacząć jeść normalnie, trochę oszukiwałam rodziców. Po przyjeździe na studia zaczęłam jeść bardzo dużo, ale skutek był taki, że wpadłam w bulimię. Znalazłam nowego psychologa, ale nie poprawiało się. Na drugim roku miałam próbę samobójczą, to była desperacka próba wołania po pomoc. Wróciłam na weekend do rodzinnego miasta, byliśmy na rodzinnym obiedzie, wszystko zaczęło mnie przytłaczać, miałam czarną dziurę w głowie. Poszłam do łazienki, rozebrałam się do naga i zaczęłam się ciąć na oślep, wszędzie, gdzie trafiłam. Znalazła mnie moja mama, a tata rzucił tylko: "Skończ ten cyrk, jedziemy do domu". Wróciłam do miasta, w którym studiuję, poszłam do mojej pani psycholog i opowiedziałam jej o próbie samobójczej. Skwitowała: "No czasem tak bywa, że ludzie się łamią" - mówi Klara.

Pod koniec studiów znalazła w końcu dobrego psychoterapeutę, zmieniła psychiatrę i zaczęła podejrzewać u siebie spektrum autyzmu. Korzystała już z pomocy prywatnej, bo czas oczekiwania do specjalistów na NFZ wynosił ponad pół roku.  - Proces samodioagnozowania trwał długo, a finalną diagnozę od specjalisty dostałam w lipcu ubiegłego roku. Była to rozpisana na 12 stron, obszerna opinia i wskazówki, do jakich specjalistów powinnam się udać. W końcu czułam się dobrze, z tym, że po tylu latach otrzymałam pomoc. Rodzice co prawda jeszcze nie do końca to zrozumieli, ale znalazłam grupę samopomocową "Dziewczyny w Spektrum", gdzie dzielimy się naszymi doświadczeniami. Naszymi, czyli dorosłych kobiet w spektrum autyzmu w codziennym życiu.

Walka z materią

Bohaterem jest lekarz, który mierzy się z czarnymi dziurami w systemie i który często ponad swoje siły walczy o zdrowie psychiczne małego pacjenta. Bohaterem jest rodzic, który nie bagatelizuje sygnalizowanych przez dziecko problemów i stara się od początku reagować. Bohaterem jest w końcu młody człowiek, każdego dnia, wciąż i pomimo wszystko, walczący z własną bezsilnością i problemami, których nie są w stanie pojąć dorośli.

Samobójstwa stanowią jedną z głównych przyczyn śmierci dzieci i nastolatków w grupie wiekowej 10-19 lat. Są skutkiem serii błędów, których można było uniknąć, a które niejednokrotnie prowadzą do tragicznego finału. Błędów, które wynikają z tego, że wciąż nie dostrzegamy - albo nie chcemy dostrzec - jak ważnym zagadnieniem jest zdrowie psychiczne dzieci i młodzieży.

Więcej o akcji przeczytacie na stronie Mental.interia.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy