Wiedziałam, czego chcę

Inteligentna, ambitna, piękna i niepokorna. Małgorzata Kożuchowska potrafiła zrealizować swoje marzenia.

Byłaś grzeczną dziewczynką?
Małgorzata Kożuchowska: - Czasem najgrzeczniejszą pod słońcem, ale bywałam też pyskata i niepokorna. Chodziłam z chłopakami po drzewach, godzinami przesiadywałam na podwórku.

Reklama

Miałaś zdolności przywódcze?
- Tak, byłam przecież najstarszą siostrą. Hania urodziła się, jak miałam trzy lata, Maja trzy lata później. Uwielbiałam spacerować z nią w wózku po podwórku. Czułam się wtedy dorosła. Długo wyglądałam jak mała dziewczynka i byłam traktowana jak dziecko. Denerwowało mnie to, bo koleżanki wyglądały dojrzalej.

Umiałaś postawić na swoim?
- Byłam uparta. Bardzo chciałam mieć psa. Byliśmy u rodziny i tam akurat urodziły się szczeniaki. Piękne, kudłate kuleczki. Poprosiłam mamę, żebyśmy zabrali jednego do domu, ale usłyszałam, że pies to ogromna odpowiedzialność. Nie dałam za wygraną. Gdy pojechaliśmy na wakacje nad morze, postanowiłam, że będę o tego psa prosiła aż do skutku. Tak długo męczyłam mamę, że w końcu się zgodziła.

Rodzice na wszystko ci pozwalali?
- Długo musiałam wracać do domu o godzinie 22. Buntowałam się. Ale później nastąpił przełom. Mama i tata zaczęli pozwalać mi na więcej. Nie zawiodłam ich zaufania.

Chodziłaś do wyjątkowej podstawówki.
- To prawda. Mieliśmy w szkole demokrację: sejm, prezydenta, rząd. Byłam ministrem gospodarki, a później przez dwa lata prezydentem Rzeczpospolitej Dziecięcej. Nasz dyrektor, kawaler Orderu Uśmiechu, Józef Wesołowski, był niezwykłym człowiekiem. Wszystkie decyzje dotyczące szkoły podejmowaliśmy demokratycznie. Mieliśmy też sąd uczniowski. Niestety, pod koniec mojej prezydentury dyrektor został zwolniony i zastąpił go człowiek z partyjnego nadania. To był dla nas szok.

Dobrze się uczyłaś?
- Mam dobrą pamięć i nie sprawiało mi trudności kojarzenie faktów. Zawsze miałam świadectwo z paskiem. Byłam szczęściarą, bo rodzice mieli dla mnie czas i potrafili mi wytłumaczyć to, czego nie rozumiałam. Lubiłam czasem "wkręcać" mamę. Wracałam ze szkoły i mówiłam, że klasówka poszła mi beznadziejnie. Mama pocieszała, że poprawię ocenę w innym terminie, a ja za kilka dni przynosiłam piątkę.

Pamiętasz swój pierwszy raz w teatrze?
- To było rozczarowanie (śmiech). Poszłam z klasą na "Nowe szaty cesarza". Dobrze wiedziałam, że pod koniec spektaklu król powinien być nagi. Ku mojemu zdziwieniu, aktor miał na biodrach przepaskę. Oburzyło mnie to, że ktoś chce oszukać dzieci.

Jak sobie wyobrażałaś życie aktorki?
- Nigdy nie marzyłam o bogactwie i splendorze. Chciałam po prostu występować w teatrze. Mój tata uwielbiał teatr. Za każdym razem, gdy wyjeżdżał służbowo do Warszawy czy Krakowa, szedł na przedstawienie. Potem przywoził do domu programy teatralne i opowiadał. Dzisiaj też, gdy przyjeżdża do Warszawy, od razu prosi, żebyśmy poszli do teatru. Widział wszystkie przedstawienia, w których grałam.

Byłaś kochliwą nastolatką?
- Bardzo! Gdy byłam już starsza, chłopcy zaczęli mnie prosić o tzw. chodzenie. Sprytnie mówiłam wtedy: "Ale dlaczego ja? Co jest we mnie wyjątkowego?". Pamiętam takiego jednego chuligana. Żeby mnie wywabić z domu, gwizdał sześć razy. Ciągle siedziałam w oknie. Przydawał się też mój pies, bo miałam pretekst, by wyjść na podwórko. To były czasy, kiedy koledzy zaczęli palić. Rodzice nie byli zadowoleni, że spędzam czas w ich towarzystwie. Słuchaliśmy muzyki i marzyliśmy o Zachodzie. Chodziłam w dziurawych dżinsach, na których były nazwy zespołów.

Dowiedz się więcej na temat: marzenia | szkoły | Małgorzata Kożuchowska | rodzice

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje