Byłam grubą Bertą

Z kobiety chorobliwie otyłej stała się atrakcyjną trzydziestolatką. A jej książka o tym, jak poradziła sobie z nadmiarem kilogramów, już jest na listach bestsellerów. Właścicielka agencji modelek plus size z dnia na dzień stała się ikoną odchudzania.

Agnieszka Czerwińska promienieje. Dosłownie. Uśmiechnięta, pewna siebie. W krótkiej różowej sukience i szpilkach wygląda oszałamiająco. Mijający ją mężczyźni nie mogą powstrzymać się, aby nie obejrzeć się z podziwem. Kilka lat temu też się oglądali. Ale wtedy z pogardą, obrzydzeniem, szyderstwem na ustach. Agnieszka, zamiast komplementów, słyszała wówczas potworne szepty: "ale się spasła", "świnia", "krowa". Był w jej życiu moment, kiedy ważyła ponad 120 kilo.

Otyłość śmiertelna

Reklama

Dziś ma 33 lata i waży 62 kilo. Nosi rozmiar 40. I co najważniejsze: jest szczęśliwa. - Mogę robić wszystko! Mam ochotę pobiegać? Nie ma problemu. Chcę się swobodnie schylić? Normalne! - mówi. I dodaje z przekonaniem: - Jeśli osoba otyła mówi, że czuje się świetnie ze swoim ciałem, to kłamie.

Agnieszka nie ma wątpliwości. Sama też kłamała. Właściwie przez całe życie. Pamięta, jak z przyjaciółkami, też otyłymi, wbijały się w szpilki, obcisłe miniówki i na przekór śmiejącym się z nich ludziom szły w miasto. Agnieszka była pierwszą, która gotowa była bić się o to, że grube jest fajne i nikomu nic do tego. Dziś mówi wprost: - To maska, hipokryzja. Na zewnątrz tryskałam radością, a po kryjomu wylewałam morze łez - wspomina. Obsesyjnie wyliczała współczynnik BMI, czyli popularny wskaźnik, który wylicza się, odejmując wagę od wzrostu. - Pamiętam, jak któregoś dnia doszłam do ostatniego punktu w skali - otyłość śmiertelna. Byłam przerażona. Łzy mi leciały, a ja próbowałam jeszcze jakoś się oszukać i sprawdzić, czy na pewno dobrze zmierzyłam swój wzrost - wspomina.

Głosy w głowie

Momentem przełomowym w jej życiu była śmierć mamy. Kiedy w szpitalu zapytała lekarza, czy chora na raka żołądka mama ma jeszcze jakieś szanse. - Nie był delikatny. Powiedział prosto z mostu, że mama umrze, bo jest gruba. I że ja też umrę - wspomina. Przeraziła się. Obiecała wtedy mamie i sobie, że schudnie. Po to, żeby żyć. Któregoś dnia przyjaciel ją zapytał: "A dlaczego nie poszłaś nigdy do dietetyka?". - No właśnie. Dlaczego? Bałam się. Po prostu. Na przykład tego, że będę ciągle chodziła głodna, że po prostu tego nie wytrzymam. Że będę musiała godzinami ćwiczyć - opowiada. Nie miała jednak większego wyboru. Wszystkie stosowane do tej pory diety okazały się przecież porażką. A branie "cudownych" tabletek, które jak się okazało, zawierały pochodne amfetaminy, mogła przypłacić życiem.

- Nie miałam nic do stracenia. Poszłam. Rozmawiałam z dietetykiem prawie dwie godziny i wiedziałam, że to jest to! - mówi. - Przede wszystkim musiałam wyeliminować cukier, od którego byłam uzależniona. To było najtrudniejsze - przyznaje. - Dla otoczenia byłam nie do zniesienia - wspomina dziś ze śmiechem. Potrafiła wybuchać agresją z byle powodu. Unikała kawiarni i wszystkich miejsc, z których pyszne ciastka i czekoladowe batony wołały do niej: "zjedz mnie!". - Naprawdę słyszałam takie głosy w głowie. To był po prostu przymus - mówi. Dziś nie ma problemu, żeby odmówić.

- Jeśli jem coś słodkiego, to dlatego, że chcę. Nie dlatego, że jakiś wewnętrzny głos mnie do tego zmusza - mówi. Dieta ułożona przez specjalistę okazała się być wcale nie taka straszna. - Jadłam pięć razy dziennie. W ogóle nie byłam głodna. A dodatkowo w niedzielę mogłam sobie zrobić dzień przyjemności i jeść to, na co mam ochotę - mówi. Poza tym wbrew jej obawom, dietetyk wcale nie zalecił jej na starcie morderczych ćwiczeń. Wręcz przeciwnie, kazał poczekać, aż waga nieco spadnie, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Teraz Agnieszka śmieje się, że gdyby kilkanaście lat temu ktoś jej powiedział, że polubi bieganie, wzięłaby go za wariata. Dziś nie wyobraża sobie życia bez dawki endorfin i pozytywnych emocji, jakie daje ruch.

Ekshibicjonistka

Koszty? Agnieszka wylicza, że w zależności od miasta i nazwiska specjalisty - za chudnięcie pod opieką dietetyka trzeba zapłacić od 500 zł wzwyż. - To jest opłata jednorazowa, za cały program odchudzania. Ja stawiałam się u mojego dietetyka co dwa tygodnie. To bardzo mobilizuje do systematyczności i trzymania się reguł - tłumaczy. O wiele więcej wydała na ujędrniające specyfiki do ciała. - Gdybym policzyła, to wyjdzie kilka tysięcy. Bardzo dużo... - podsumowuje. Ale nie ma wątpliwości: - Po schudnięciu nie ma rady. Trzeba bardzo dbać o skórę. Już od pierwszego dnia diety - mówi.

Od początku starała się dbać o ciało, jednak nie poradziła sobie z rozstępami. - Mam poorany nimi brzuch. Cały czas chodzę na zabiegi, które pomagają poprawić ich wygląd - przyznaje. Kiedy o swojej walce opowiedziała w telewizji, prócz gratulacji i zachwytów, dostała też mnóstwo przykrych wiadomości. - Na przykład, że mój brzuch to na pewno wór wiszący do kolan - mówi. Dlatego zadarła koszulkę i wstawiła na Facebook zdjęcie. Ten jej ekshibicjonizm też wiele osób krytykuje. Bo czy musiała pisać o tym, jak wyglądał jej pierwszy raz i że zrobiła wtedy wszystko, żeby jej chłopak nie zobaczył nawet skrawka jej nagiego ciała? Albo o tym, jak próbowała za namową koleżanki bulimiczki zwymiotować w toalecie obiad? Albo o tym, jak wygląda seks otyłej kobiety? - Nie chciałam udawać. Chciałam napisać wszystko tak, jak jest naprawdę. Nazwać rzeczy po imieniu. Inaczej nie miałoby to sensu - uważa, bo pewnie nikt by nie uwierzył w cukierkową historię o tym, jak brzydka grubaska stała się piękną kobietą.

- Niektórzy mi zarzucają, że nie jestem prawdziwa - zaśmiewa się Agnieszka. - Mówią, że jestem produktem marketingowym, a prawdziwa Agnieszka Czerwińska gdzieś się ukrywa.

Początek

Jej problem zaczął się od traumatycznego wydarzenia z dzieciństwa. Na oczach pięcioletniej dziewczynki milicjanci zabrali z rodzinnego domu jej ojca, bo ktoś fałszywie go pomówił o przestępstwo gospodarcze. Wcześniej przeszukali dom i rozpruli wszystkie jej misie i lalki. Wtedy zaczęła znajdować ukojenie w jedzeniu. - Po prostu zajadałam stres czekoladkami. I byłam coraz grubsza - mówi. Szkoła to jedno wielkie pasmo upokorzeń. "Czerwińska, śmierdzisz!", "Gruba Berta!" - krzyczeli za nią rówieśnicy. Cała klasa miała ubaw, kiedy na lekcji wf. przewróciła się, biegnąc na sto metrów. Albo gdy okazało się, że nie potrafi przeskoczyć przez kozła.

Nikt nie zapraszał jej na imprezy. Na szkolnych dyskotekach podpierała ściany. Wtedy jeszcze Agnieszka była Beatą, bo takie imię dali jej rodzice. Uważała, że Beata w połączeniu z tuszą daje najgorszy z możliwych efekt. Że dlatego jest grubą Bertą. Kiedy więc poszła na studia, zmieniła imię na Agnieszka. - Właściwie przez cały czas próbowałam jakoś schudnąć - mówi. Tylko że każda kolejna próba okazywała się totalną porażką. Także ta pierwsza, jeszcze szkolna, kiedy po prostu... przestała jeść. - Byłam skrajnie osłabiona, na szczęście rodzice spostrzegli w porę, że coś się dzieje. W klasie nikt nie zauważył, że straciłam kilka centymetrów w pasie - mówi.

Na studiach trochę odżyła. - Zmieniłam imię, szalałam w klubach wystrojona w za małe ciuszki - opowiada. Była gotowa wydrapać oczy każdemu, kto by ją wtedy skrytykował. Ale pamięta, jak kiedyś usłyszała przypadkiem słowa koleżanki, która mówiła o niej: "Ona jest strasznie gruba i nieszczęśliwa". - Chciałam wykrzyczeć, że nie ma racji, ale głos uwiązł mi w gardle. Łzy leciały po policzkach, bo wiedziałam, że to jest prawda: jestem gruba, brzydka, samotna. I będzie tak, dopóki nie schudnę - mówi. Agnieszka na każdym kroku przestrzega rodziców, którzy z miłości przekarmiają swoje dzieci. - Dla nich jest piękne, rumiane, okrąglutkie, akceptowane. Ale tak naprawdę fundują mu prawdziwy koszmar, który zacznie się, kiedy tylko pójdzie do szkoły. Nie mam wątpliwości.

Modelka z krągłościami

Agencję modelek plus size założyła trochę z przekory. Z jednej strony wiedziała, że jest nisza na rynku, a z drugiej chciała dowartościować samą siebie. - Modelka plus size to kobieta, która ma rozmiar najwyżej 44. To nie są otyłe kobiety o trzycyfrowej wadze. Ja, mimo że byłam większa od nich wszystkich, też wbijałam się na wybieg - dziś wspomina to ze zgrozą. Jej modelki bardzo wspierały ją w walce z nadwagą. Tym bardziej że Agnieszka nie mówiła, że jest na diecie. - Przyznałam, że zmieniam styl życia. One bardzo mi kibicowały - mówi. Agnieszka podkreśla, że nie ma nic przeciwko zdrowym krągłościom. I zaznacza, że jej agencja nigdy nie promowała otyłości.

- Nie chodzi o to, by każda kobieta nosiła rozmiar 38. Lecz jeśli ktoś waży więcej niż 100 kilogramów, to jest to po prostu choroba - mówi. Krytyką się nie przejmuje. Wie, że najgłośniej krzyczą... grube kobiety. Takie, które jak ona kiedyś chcą przekonać cały świat, że są otyłe i szczęśliwe. Jednak zmiana stylu życia spowodowała też rozszerzenie działalności agencji. Teraz zatrudnia już nie tylko modelki size plus. Właśnie ogłosiła casting dla dziewczyn o wysportowanej sylwetce. Oprócz działu plus size będzie więc też dział fit.

Z pomocą

Jej marzeniem jest pomaganie ludziom, którzy borykają się z otyłością. Właściwie już się spełnia. Nic tak jej nie motywuje jak kobiety, którym pomaga się zmienić. - Właśnie umówiłam się na spotkanie z panią, która mieszka na wsi, ma gospodarstwo. Jest po operacji zmniejszenia żołądka i znowu zaczyna tyć. To niesamowite, gdy pisze, że za moją radą kupiła babkę płesznik, która jest bogata w błonnik, i dodaje ją do posiłków. Chcę się z nią spotkać, żeby dodać jej otuchy, zmotywować. Bo ona doszła do takiego momentu w życiu, że jeśli nie zrobi czegoś ze sobą, nie będzie w stanie dłużej zajmować się gospodarstwem. Dzięki takim osobom wiem, że warto było napisać książkę - mówi.

Ostatnio w sklepie odzieżowym zobaczyła otyłą nastolatkę. "Jak ja sprzed dwudziestu lat" - pomyślała. Dlatego gdy ekspedientka bez ceregieli powiedziała do dziewczyny, że nie może mierzyć ubrań, bo i tak nie ma jej rozmiaru, Agnieszka stanęła w jej obronie. - Widziałam, jak łzy stanęły jej w oczach. Doskonale znam te emocje. Płakałam i po przyjściu do domu, choć kierownik sklepu przeprosił dziewczynkę i dał jej w ramach przeprosin okulary - opowiada.

Bo to też jest coś, o co Agnieszka chce walczyć: żeby otyłość traktowano jak chorobę. Nie powód do szyderstw, wyśmiewania się, wytykania.

Agnieszka dalej stosuje się do zasad, których nauczył jej dietetyk. - Żadne magiczne sztuczki. Zwykłe zasady zdrowego odżywiania - tłumaczy.

Pilnuje pięciu posiłków dziennie, nie podjada, zamiast słodkich napojów pije wodę, a kolację zjada nie później niż półtorej godziny przed snem. A jeśli czasem ma ochotę na ciastko z kremem? Po prostu zjada je z przyjemnością.

Katarzyna Świerczyńska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje