Dziewczyna z domu dziecka

Po latach poniewierki jedno wiem na pewno: na miłość zawsze warto czekać.

Kochanie, nie gniewaj się, ale nie mogłem jej tak zostawić - Artur stał w drzwiach, a w ręku trzymał sznur, na końcu którego siedziało coś włochatego i skomlącego.

Reklama

- No coś ty! Słodka jest. Skąd ją masz? Biedna psinka - schyliłam się, żeby pogłaskać żałośnie wyglądające stworzenie.

- Ktoś ją przywiązał do drzewa. Ludzie są straszni - westchnął.

- Zaraz damy jej coś do jedzenia. Pewnie jest głodna. Tylko nie budź dziewczynek, bo jak zobaczą pieska, to nie zasną do rana - mówiłam, nalewając mleka do miski.

Następnego dnia radości nie było końca. Ania i Zuzia wciąż wypytywały, czy Saba u nas zostanie.

- Zostanie, zostanie. Teraz to jej dom. Tylko pamiętajcie, żeby pomagać mamie przy piesku, jak będę w pracy - Artur zabawnie zmarszczył czoło.

- Pewnie, że pomożemy! To taka słodka psinka! - nasze bliźniaczki były odpowiedzialnymi dziewczynkami.

Ja też bardzo się ucieszyłam. Zawsze chciałam mieć własnego psa. Niestety, moje dzieciństwo wyglądało zupełnie inaczej niż moich córeczek. W rodzinnym domu nie miałam nawet własnego łóżka, a co dopiero zwierzaka. Często chodziłam głodna i brudna. Matka piła i znikała z domu na długie tygodnie, a ojciec pracował na dwie zmiany i też lubił zaglądać do kieliszka. Mnie i dwójce rodzeństwa nie było łatwo.

Aż któregoś dnia przyjechali po mnie do szkoły pracownicy opieki społecznej. Byłam przerażona i zawstydzona. Zabrałam swoje rzeczy i wsiadłam do samochodu, który zawiózł mnie, Marka i Danusię do domu dziecka. Wszystko tam było dla nas obce i wrogie. Dzieci przyglądały nam się z zainteresowaniem, ale zachowywały dystans. Jako najstarsza z naszej trójki musiałam zająć się zapłakanym Markiem i trzęsącą się ze strachu Danusią.

- Nie bójcie się. Tu będzie nam dobrze. Jesteśmy razem. Nikt nas nie rozdzieli - pocieszałam maluchy, chociaż bałam się nie mniej niż one.

Miałam dopiero dziewięć lat. Na szczęście dostaliśmy wspólny pokój. Nasi rodzice nigdy nas nie odwiedzili. Na początku miałam nadzieję, że przyjadą i zabiorą nas do domu. Nie wiem, jak mogłam chcieć do nich wrócić. Może to dlatego, że dziecko, podobnie jak psiak, bezwarunkowo kocha bliskich...

Dom dziecka dał mi możliwość uczenia się. Wreszcie miałam nowe książki, zeszyty i przybory szkolne. Uwielbiałam pakować swój porządny tornister. Z nabożną czcią wkładałam do środka kredki i farby, a wszystko nowiuteńkie, jak moje życie. Lubiłam się uczyć, zwłaszcza czytać. W książkach szukałam tego, czego nie zaznałam w życiu: prawdziwej miłości. Tęskniłam za tym uczuciem. Na szczęście miałam rodzeństwo.

Niestety, z biegiem lat zaczęły się kłopoty z Markiem. Z przerażeniem obserwowałam, jak się ode mnie oddala. Znalazł się w złym towarzystwie i zrobił coś głupiego. Razem ze swoją paczką okradł kiosk ruchu. To przesądziło o umieszczeniu go w poprawczaku. Płakałam wtedy całą noc. Ale została mi jeszcze Danusia i to na niej skupiłam całą swoją uwagę. Pilnowałam jej jak matka. Sprawdzałam lekcje i goniłam do nauki. Danka jednak nie miała do tego serca. Wyrosła na piękną dziewczynę i zajmowała się głównie swoją urodą.

- Ela, daj spokój z tą nauką. Ja mam zamiar wyjść bogato za mąż - kwitowała każdą moją uwagę na temat szkoły.

- Pamiętaj, nie masz za sobą rodziny. Sama musisz dojść do wszystkiego - tłumaczyłam siostrze, ale ona miała inny plan. I jako  osiemnastolatka postanowiła poślubić właściciela zakładu mechanicznego.  

- Sebastian chce szybko mieć rodzinę, a ja nie zamierzam stracić takiej okazji - powiedziała wprost.

- To ty go nie kochasz? - zdziwiłam się.

- Naprawdę za dużo czytasz... - uśmiechnęła się ironicznie.

- Ja nigdy nie wyjdę za mąż bez miłości - powiedziałam wtedy twardo.

Moja siostra zdawała się tego nie słyszeć. Zajęta przygotowaniami do ślubu, a wkrótce potem do porodu, zupełnie o mnie zapomniała. Było mi wtedy tak samo ciężko, jak pierwszego dnia w domu dziecka. Życzyłam Danusi jak najlepiej, ale jednocześnie czułam potworną pustkę. "Muszę się uczyć. To jest najważniejsze", myślałam. I bardzo się starałam.

Poszłam na studia. Wybrałam pedagogikę, bo wydawało mi się, że dzięki temu lepiej zrozumiem samą siebie. Poza tym zawsze lubiłam dzieci. W tym czasie mieszkałam w domu dziecka dzięki życzliwości pani Joli, naszej dyrektorki. Zajęłam pokoik na poddaszu. Był malutki i ciasny, ale mój. Bardzo zżyłam się z opiekunami i dyrekcją. Oni byli moją jedyną rodziną.

Jednak po studiach musiałam opuścić placówkę. Dostałam pracę jako pedagog w wiejskiej szkole. Obiecano mi tam mieszkanko służbowe. Zostałam przyjęta wspaniale. Pani dyrektor okazała się wyjątkowo sympatyczną osobą. Niestety, mieszkanie, które dostałam, było bardzo zaniedbane. Kiedy zobaczyłam tę norę, przypomniałam sobie rodzinny dom. Jednak zakasałam rękawy i wzięłam się za porządki. Ale lokal wymagał remontu. Jedna z koleżanek z pracy poleciła mi swojego kuzyna, który zajmował się murarką. Jeszcze tego samego dnia do niego zadzwoniłam i umówiłam się na spotkanie.

- Nie szkoda pani pieniędzy na remont nie swojego mieszkania? - zdziwił się, widząc przydzielone mi cztery kąty.

- Nie mam wyboru... - westchnęłam, a potem opowiedziałam mu o sobie, bo jakoś dobrze mu patrzyło z oczu.

- Jest pani bardzo dzielna - spojrzał na mnie z podziwem, a potem obiecał pomoc.

Po miesiącu moje mieszkanko wyglądało wspaniale. Popłakałam się z radości, widząc efekt pracy pana Romana.

- Pani Elu... - zaczął.

- Elu, proszę mówić do mnie po imieniu. Jest pan dla mnie jak ojciec - przerwałam mu ze łzami w oczach.

- Żona nalegała, żeby zaprosić panią do nas - powiedział nieoczekiwanie. - Chciała panią poznać...

- Dziękuję za zaproszenie. A nasze rozliczenie? - zapytałam.

- Pogadamy o tym przy obiedzie. To co, może być w niedzielę?  

Ubrałam się w najlepszą sukienkę, kupiłam kwiaty dla pani domu i wyruszyłam na spotkanie z rodziną pana Romana. Jego żona okazała się przemiłą kobietą. Delikatnie spytała mnie o dzieciństwo, a gdy opowiedziałam jej o sobie, nie potrafiła ukryć łez. Pewnie obie byśmy się rozkleiły, gdyby nie nagłe wejście młodego mężczyzny.

- Jak zwykle spóźniony! - zawołała pani Maria. - To Artur, nasz syn. Ciągle w trasie i wiecznie wpada na ostatnią chwilę.

- A to jest nowa pani pedagog. Pracuje w twojej dawnej szkole - ojciec Artura przedstawił nas sobie.

Po obiedzie był jeszcze deser. Pan Roman i pani Maria nie chcieli mnie wypuścić. W końcu zrobiło się ciemno i wtedy zdecydowali, że Artur mnie odprowadzi. Poczułam mocniejsze bicie serca i rumieńce na policzkach, bo ten młody mężczyzna bardzo mi się spodobał.    

Po powrocie do domu długo nie mogłam zasnąć. Myślałam o tych miłych ludziach i... ich synu oczywiście. "Tak bym chciała go jeszcze kiedyś spotkać", marzyłam. I nie musiałam długo czekać, bo już dwa dni później Artur zapukał do moich drzwi. Przyszedł po jakieś narzędzie, które zostawił jego tata. Zguby nie znalazłam, ale za to umówiliśmy się na spacer.

Rozmawialiśmy i rozmawialiśmy, i nie mogliśmy się nagadać. W końcu Artur przyznał, że użył podstępu, żeby się ze mną zobaczyć. Moje złaknione miłości serce biło jak szalone. Po kilku spotkaniach już wiedziałam, że jestem w nim zakochana. Teraz Artur był całym moim światem. A kiedy po roku poprosił mnie o rękę, byłam najszczęśliwszą osobą pod słońcem. Zyskałam nie tylko kochającego męża, ale też cudownych teściów. Kocham ich jak rodziców, których zawsze mi brakowało. I jedno wiem na pewno. Na miłość zawsze warto czekać. 

Elżbieta W., 37 lat   

Z życia wzięte 6/2013      

 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje