Mąż jest jak naleśnik: pierwszy zawsze do wyrzucenia. Czy możliwa jest miłość na całe życie?

Wszystkim, którzy mówią: “nie mam czasu na...", proponuję, by zamienili to sformułowanie na "moim priorytetem nie jest...". Moim priorytetem nie jest zabawa z dziećmi. Moim priorytetem nie jest rozmowa z mężem. Moim priorytetem nie jest fajny seks. Brzmi dużo mocniej, prawda?

Z Edytą Zając, psychologiem, autorką książek i bloga o psychologii, rozmawiam o tym, jak stworzyć związek na całe życie.

Reklama

Karolina Świdrak, Interia.pl: Byłam ostatnio na obchodach 50. rocznicy ślubu pewnej pary. Wśród gratulacji nie brakowało komentarzy typu: Jak wy to zrobiliście? Teraz żaden związek nie trwa tak długo! Masz wrażenie, że to nierealne, by w dzisiejszych czasach przeżyć z kimś całe życie.

Edyta Zając: Chcę myśleć, że to jest realne, choć żadna z nas nie ma tej pewności. Myślenie, że jest to nierealne, bierze się pewnie stąd, że obserwujemy wokół siebie bardzo wiele rozstań osób, których wcale nie chcielibyśmy widzieć w tej sytuacji. Gdy widzimy rozwód celebrytów, reagujemy szokiem. Obserwujemy falę rozstań wśród rodziców, którzy wychowali dzieci, i reagujemy szokiem. W końcu zaczynamy się zastanawiać, kiedy trafi na nas.

Myślisz, że rozwody to epidemia, którą nawzajem się zarażamy?

- Na początku zaznaczmy, że rozwód nie zawsze jest złą opcją i to dobrze, że jest teraz większe przyzwolenie na to, żeby kobieta była rozwódką. Często jest tak, że ludzie krzywdzą się wzajemnie i rozwód jest dla nich lepszym wyjściem, po prostu. Ale są ze sobą, bo wstyd im się rozstać. Czasem mając dwadzieścia lat, popełniamy największy błąd życia, bo wiążemy się z osobą, która nas zafascynowała, choć dziś kompletnie do nas nie pasuje.

- Czy rozwody się udzielają? Pewnie tak, w tym sensie, że łatwiej jest się rozwieść, kiedy widzimy, że robią to nasi bliscy, że nie jest to aż taka tragedia, że da się przeżyć, że to nie taki wstyd. Popularna jest też teoria naleśnika, znasz ją?

Nie...

- Mąż jest jak naleśnik. Pierwszy zawsze do wyrzucenia. Więc podsumowując, łatwiej jest nam podjąć decyzję o rozwodzie, bo to mniejszy wstyd niż dwadzieścia-trzydzieści lat temu. Ale czy łatwiej jest nam zrezygnować ze związku? Chyba nie. Jeśli związek jest dobry, daje nam coś, nie wyrzucamy go do kosza. Ja wokół siebie widzę wiele osób, które robią wszystko, by związek przetrwał, choć całe otoczenie mówi: zostaw ją/jego. W dzisiejszych czasach po prostu łatwiej jest nam podjąć decyzję, żeby zostawić kogoś, kto nas krzywdzi.

A nie jest tak, że realia, w których żyjemy, nie sprzyjają długim związkom? Spędzamy razem mało czasu, pochłania nas kariera, pęd, dojazdy, nie mamy kiedy być blisko siebie.

- Zdecydowanie. Czasy, w których żyjemy, niekoniecznie sprzyjają rozstaniom, ale bardzo sprzyjają temu, żeby związki rozpadały się w naturalny sposób. Jeśli umiemy pobyć blisko siebie, tak emocjonalnie, usiąść, popatrzeć, porozmawiać, to jesteśmy blisko. Ale jeśli ulegamy pędowi współczesności, jesteśmy zbyt zmęczeni na rozmowę, spędzamy wieczory w pracy, a potem resetujemy się przy serialu, pracujemy na to, żeby ta relacja zaniknęła. Wtedy rozwód jest tylko naturalną konsekwencją.

Trend jest wyraźny: rozpada się jedna trzecia małżeństw. Najczęściej rozwodzą się ludzie w wieku 30-39 lat, w zdecydowanej większości po małżeństwie, które trwało od pięciu do dziewięciu lat. Jak to wyjaśnisz?

- Mówi się, że siódmy rok jest przełomowy - w małżeństwie lub bliskiej relacji ze wspólnym mieszkaniem. Na początku relacji odkrywamy drugą osobę, jest przygoda, ciekawość, dreszczyk emocji. Z czasem pojawiają się problemy, przychodzą dzieci, albo nie ma tych dzieci i z tego wynikają konflikty, są rachunki, kredyty, w końcu pytanie: po co mi ta osoba, skoro znam ją jak własną kieszeń? W tym wieku i w tym czasie zmienia się w nas najwięcej. Dochodzimy do punktu, w którym uznajemy, że czas mija, weryfikujemy swoje życie, po raz drugi zastanawiamy się, czy osoba obok nas jest tą odpowiednią, szczególnie jeśli nie zmienia się tym samym tempie co my. On leży na kanapie, a ja chcę iść. Po siedmiu-ośmiu latach pojawia się w małżeństwie pytanie, czy nie zapadam się w nudę, a z drugiej strony, czy moje dorosłe cele są takie same jak cele osoby obok mnie. Wszystko może się w nas zmienić w ciągu siedmiu lat. Mogą się pojawić osoby, które pokazują nam inny tryb życia. To ryzykowny czas.

Instytucja małżeństwa przeszła w ostatnich latach ogromną metamorfozę. Zmieniły się czasy czy nasze oczekiwania względem związku?

- Dla różnych ludzi małżeństwo oznacza różne rzeczy, tak było kiedyś, tak jest i dziś. Dla jednych to szansa na ustatkowanie się, stabilizacja, dla innych ślub to metafizyczne wydarzenie. Zmalała presja na branie ślubu. Oczywiście nadal, jeśli kobieta w wieku trzydziestu lat nie ma męża, wszyscy pytają, co jest z nią nie tak. Ale ta presja jest zdecydowanie mniejsza niż jeszcze kilkanaście lat temu. Moja babcia wychodziła za mojego dziadka, mając dwadzieścia pięć lat, i mówiła, że była już starą panną. Dziś w tym wieku niewiele osób myśli o małżeństwie. Presja na związek nadal istnieje, ale coraz częściej dajemy prawo do szczęścia ludziom, którzy nie są w związku, nie są w małżeństwie, nie mają dzieci.

Według mnie kiedyś ludzie częściej brali ślub, bo taka była naturalna kolej rzeczy. Przychodził czas na znalezienie odpowiedniej osoby, zaślubiny, dzieci. Dlatego koleżanki z jednego rocznika brały śluby w odstępach rocznych, dwuletnich, potem miały dzieci w jednym wieku. Pod warunkiem że nie dochodziło do zdrady ani innych patologii, takie małżeństwa trwały aż do śmierci. Mniej mówiło się o tym, jak się czujemy w tych rolach. Dzisiaj ludzie, głównie za sprawą poradników, przyglądają się swoim małżeństwom przez lupę, ciągle pytają samych siebie: czy na pewno jestem z nim/z nią szczęśliwa/szczęśliwa?

- Nadszedł czas rozkwitu psychologii, poradniki ukazują się na każdym kroku, ja sama jestem autorką kilku. Rzeczywiście ludzie szukają dziś odpowiedzi i szukają pytań, oceniają wartość swojego życia w oparciu o kryteria nadane społecznie, mają więcej okazji do tego, by zastanawiać się nad sobą. Kiedyś etapy były bardziej naturalne: teraz jest etap wychodzenia za mąż, teraz etap na dzieci. Współcześnie jest większy chaos, nastawienie egoistyczne i ciągłe pytanie, czy aby na pewno dana osoba spełnia moje warunki. Które podejście jest lepsze? Ja nie jestem fanką tego, co się dzieje obecnie. Dla mnie budowanie silnej relacji to nie tylko skierowanie na mnie i na moje potrzeby, ale także na potrzeby drugiego człowieka.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje