Reklama

Reklama

Mężczyzna domowy

Czy jest coś gorszego dla żony niż kłopoty z mężem? Oczywiście: marzenie o idealnym partnerze. Ale problemy małżeńskie łatwiej pokonać, kiedy w mężu zobaczymy po prostu człowieka. Doceńmy go za to, co dla nas robi, i nie wyolbrzymiajmy tego, czego nie robi.

Sam Mendes nakręcił "Drogę do szczęścia", film o małżeńskim smutku i rutynie. "To jest historia, która zdarza się wam, gdy budząc się pewnego dnia, odkrywacie, że nie żyjecie życiem, o jakim marzyliście", powiedział. Czy myślał również o swojej żonie Kate Winslet, odtwórczyni głównej roli? Popularność przyniósł jej film "Titanic" Jamesa Camerona i taki mógłby być również tytuł opowieści o sfrustrowanej parze. Związek bohaterów "Drogi do szczęścia" utknął na mieliźnie, tonie, a oni daremnie i desperacko pragną się wyzwolić. On ucieka w seksualne miłostki, ona czepia się marzenia o wyjeździe do Paryża. Czy mają jeszcze szansę jako para?

Reklama

A miało być tak pięknie

Wiele kobiet deklaruje, że drugi raz nie poślubiłoby swojego męża. Czy dlatego, że stał się łajdakiem, szują czy niegodziwcem? Ależ nie, po prostu okazał się kimś przyzwoicie nudnym i zwyczajnym. Kimś, kto łatwo się irytuje, kiedy my oczekujemy, że okaże nam współczucie po ciężkim dniu w pracy. Kto zapomina zrobić zakupy i ziewa w momencie, gdy my oczekujemy oklasków. Bo przecież wymarzony partner miał wyglądać jak Brad Pitt, być macho w łóżku, zaraz potem zmyć naczynia, pobawić się z dziećmi i porozmawiać o uczuciach jak znany psycholog Wojciech Eichelberger.

Im więcej mrzonek, roszczeń i iluzji przed wspólnym zanurzeniem się w codzienność, tym gorzej. Nic tak nie psuje matrymonialnej idylli jak usilne starania, by ją stworzyć.

Wszystko o moim mężu

Doktor Sherod Miller, amerykański socjolog i psychoterapeuta rodzinny, jest zdania, że w małżeństwie bardzo często to nie partner sprawia nam ból, ale my same się ranimy. Z jednej strony idealizujemy mężów, stawiając przed nimi zbyt wiele zadań, z drugiej zaś za nieudany związek pochopnie obwiniamy testosteron, męski egoizm i brak wrażliwości. Wiele z nas mniej lub bardziej świadomie oczekuje, że małżeństwo unieważni bolesną przeszłość, bagaż trudnego dzieciństwa, krzywdzące doświadczenia z poprzednich relacji.

Przymierze z mężem ma nam coś wynagrodzić, zrekompensować. Nic bardziej mylnego. Mąż to nie magik, całodobowy psychoterapeuta, rodzic i powiernik. Dlatego dobrze jest w sposób szczery i precyzyjny określić ideał mężczyzny domowego. Może się okazać, że jest to obraz mglisty, mało czytelny czy też wzięty z kiepskich powieści dla dorastających panien. Może same nie wiemy, czego chcemy? Bywa, że zakochujemy się w ostrym wojowniku, a potem przez całe życie chcemy go przerobić na cichego domatora, męską gejszę.

Macho na kanapie

Zawsze było tak, że ideał mężczyzny domowego odbiegał od wizerunku uwodzicielskiego kochanka, kandydata do flirtów. Ale nigdy wcześniej ta przepaść nie była tak wielka. Atrakcyjne na poziomie romansów męskie przymioty: zuchwałość, stanowczość, tendencja do dominacji, przeniesione na grunt domowej codzienności zaczynają być postrzegane wprost jako rodzaj prymitywizmu, braku uczuć i zdolności do tworzenia wspólnoty. A my przecież tęsknimy do związku partnerskiego.

Kandydat musi pozostać sobą, ale jednocześnie się zmieniać. Powinien wytworzyć w sobie cechy stereotypowo postrzegane jako kobiece: poświęcenie, bierność, umiejętność wyrażania wsparcia i współczucia. Niech nie mnoży sztucznych problemów, nie uruchamia niepotrzebnych kompleksów, kiedy zaczniemy zarabiać więcej czy awansujemy. Niech nas nie ogranicza, ale też nie da się całkowicie zdominować. Warunki są ostre.

Małżeństwo przestało być dla mężczyzny oazą spokoju, miejscem odpoczynku dla samca alfa. Jeżeli chce być z niezależną współczesną kobietą, to musi się starać. Czy nasz wybranek da sobie radę? Na pewno. Wystarczy mu nie przeszkadzać. A to trudne, bo ciągle jeszcze pokutuje pogląd, że męża trzeba sobie wychować.

Tresura mężczyzny do użytku domowego polega zazwyczaj na wychwytywaniu i oduczaniu go niepożądanych nawyków. Zakłada to koncentrację żony na zachowaniach partnera. Tymczasem psychologowie są zdania, że większości małżeńskich kłótni dałoby się uniknąć, gdybyśmy umiały najpierw przyjrzeć się sobie samej. Zanim zapytamy męża, co robi dla nas, zapytajmy siebie, co my robimy dla niego i dla naszego związku.

Testosteron w kapciach

Szczęśliwe małżeństwa to nie te, w których nie ma konfliktów, ale właśnie te, które umieją je przepracować. Sukces dobranych par nie leży w podobieństwach temperamentu, osobowości czy zainteresowań, ale w zgodności lokalizowania tego, co stanowi zagrożenie dla związku, tak twierdzi amerykański profesor James E. Deal. Najgorzej, kiedy on zgłasza zastrzeżenia, a my ciągle powtarzamy: "Ale o co ci chodzi?!". Jeżeli jedna strona nie dostrzega problemu, nie da się go rozwiązać.

Profesor John Gottman z Uniwersytetu w Waszyngtonie twierdzi nawet, że to właśnie konflikty zbliżają małżonków, a związek może się wtedy rozwijać. Podstawą jest jednak uczciwa komunikacja. Tylko pozornie jest to łatwe. Sporo par zaczyna ze sobą naprawdę rozmawiać dopiero w obecności terapeuty albo adwokatów. Kiedy nasz partner nas zawodzi, zwykle albo się wycofujemy, albo go otwarcie osądzamy i rozliczamy. Zarówno taktyka męczennicy, jak i sekutnicy nie przynosi korzyści. Obwinianie szybko uwalnia nas od odpowiedzialności. Przynosi chwilową ulgę, ale wcale nie poprawia sytuacji. Krytyka - nierzadko okraszona wrzaskiem czy płaczem - jest odbierana przez mężczyznę jako irracjonalny atak, powoduje wycofanie się. Stłumione negatywne uczucia wobec męża stanowią wielką energię emocjonalną, którą marnujemy, która wstrzymuje nas w rozwoju, zamiast dopingować do szukania rozwiązania.

W obu przypadkach nie ma szans ujawnić się prawdziwa istota sporu. Profesor Gottman wyróżnia cztery konie małżeńskiej apokalipsy: krytycyzm, narzekanie, wycofywanie się i obwinianie. Jeżeli często uciekamy się do nich w czasie domowych dialogów, bądźmy pewne, że nasze małżeństwo rozpadnie się albo będziemy tkwiły w złym, bolesnym związku.

Inteligencja żon

Niektórzy psychologowie mówią o "mądrym kochaniu". Takim, które potrafi angażować nie tylko silne miłosne uczucia, ale również inne zdolności. Rozwijamy inteligencję społeczną, aplikujemy ją w pracy, ale nawet do głowy nam nie przyjdzie, że możemy ją zastosować w domu wobec męża. Jeśli tego wymaga sytuacja, potrafimy wczuć się w położenie naszych przełożonych, spojrzeć na konflikt z innej perspektywy, odczuć emocje i myśli drugiej strony. Nie zapominajmy, że racje rozumu, powściągliwość i twórcze czytanie "przeciwnika" przydają się również w budowaniu osobistych strategii.

W małżeńskim survivalu ważne jest, by być uczciwą wobec drugiej strony, ale również wobec siebie samej. Nie wchodzić w rolę ani ofiary, ani sekutnicy. Poznać samą siebie. Wiedzieć, czego właściwie chcemy, i umieć powiedzieć to otwarcie. Jasno, czytelnie, bez agresji. Nie musimy krytykować, żeby wyrazić swoje niezadowolenie. Jeżeli mąż się unosi, wcale nie znaczy, że my też musimy. Lepiej powiedzieć, że nie chcemy rozmawiać tym tonem. Nie krytykujmy, nie pouczajmy - to rodzi natychmiastową obronę. A wyedukowani na piłce nożnej mężczyźni wiedzą, że najlepszą obroną jest atak. W małżeństwie, jak w pracy, żeby się dogadać, trzeba rozmawiać i współpracować.

Związkiem nie zarządza się za pomocą arytmetyki. Nie dążmy do równowagi matematycznej. Byłeś niemiły, to dzisiaj ja mam zły dzień. Dziś ja sprzątam, jutro ty. Niech każdy robi to, co umie najlepiej. Może lepiej zatrudnić sprzątaczkę, niż latami zrzędzić, że ciągle tylko sprzątasz i sprzątasz, a on bałagani. Drobne niedogodności jak lawina urastają do wielkich problemów wagi rozwodowej.

A co z podziałem małżeńskiej władzy? Zdecydować się na trudną do utrzymania demokrację czy zaufać starej zasadzie nadzorowania męża: "Zaufanie jest dobre, ale kontrola lepsza"? Najlepiej sprawdza się spontaniczne zarządzanie związkiem. Burza dwóch mózgów. Wygrana, ale też kapitulacja: przyznanie się do winy lub przyjęcie pomysłu męża. W miłości dobrze jest czasem odpuścić, nawet za cenę poczucia osobistej przegranej, żeby w ostatecznym rozrachunku wygrać bycie razem. Bo przecież partnerstwo wcale nie polega na egzekwowaniu bezwzględnej równości. To bycie razem - obydwoje jesteśmy szczęśliwi, ale każde na swój sposób.

SOS dla związku

Nauczmy się obniżać poprzeczkę bez poczucia klęski czy niezadowolenia ze związku. Przecież mąż jest tylko człowiekiem. Może nas zawieść, bywa zmęczony, przepracowany, chory, smutny, przerażony czy samotny. Ma prawo popełniać błędy. Nieustanne wojowanie albo utrzymywanie poprawnych, lecz chłodnych relacji jest źródłem głębokiego cierpienia. Dla obu stron.

Kiedy już spojrzymy na męża jak na człowieka, dobrze jest wiedzieć, że również on się zmienia. Dobre pary tworzą "miłosne mapy". Pielęgnują w sobie ciekawość partnera, lokalizują jego nowe zainteresowania, upodobania, zajęcia. W ten sposób buduje się bliskość, ale też szybciej wychwytuje sygnały, które są swoistym SOS dla związku. Pamiętajmy, że każda para jest niepowtarzalna. Budując własne gniazdko, nie warto oglądać się, jak to robią inni. Reguły, które ustanowimy z mężem, mogą się innym wydać kontrowersyjne, dziwaczne, ale jeżeli nie krzywdzą żadnej strony, to znaczy, że są dla nas optymalne.

W życiu najwięcej niepotrzebnego bólu przynoszą porównania. Również własnego męża z cudzym. Bo działa tu, niestety, iluzja angielskiego trawnika: "U sąsiadki zawsze wydaje się bardziej zielony". A przecież mąż, żeby się nie znudził, nie może być idealny - najlepiej, jak będzie wystarczająco dobry.

Zyta Rudzka

Tekst pochodzi z magazynu

PANI
Dowiedz się więcej na temat: małżeństwa | partner | film | żona | domowy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy