Reklama

Reklama

Nie mam już dla kogo żyć!

- Mamo, nie dzwoń do nas tyle razy! To przesada! - usłyszałam od syna przez telefon.

- Ale ja tylko chciałam zapytać, co u was słychać... - tłumaczyłam się pokrętnie i zrobiło mi się głupio. 

Reklama

Nadrabiałam miną, żartowałam, ale serce ścisnęło mi się z żalu. W oczach pojawiły się łzy. Ukradkiem je otarłam. Dobrze, że nikt tego nie widział. Tak naprawdę czułam się samotna i moje życie straciło sens. Bo przecież tyle lat żyłam tylko dla dzieci. A one były takie egoistyczne i zostawiły mnie na starość. To znaczy właściwie mnie i mojego męża. A przecież tyle im poświęciliśmy! 

Najpierw ożenił się syn i wyprowadził do żony. Oboje z mężem przyjęliśmy ten fakt spokojnie i naturalnie. Tym bardziej że w domu została nasza córka studentka, Ania. Dwa lata później i ona wzięła ślub. Uważaliśmy, że to trochę za wcześnie. Jeszcze nie była gotowa do samodzielnego życia. Mieliśmy więc nadzieję, że  młodzi pomieszkają jakiś czas z nami. Przecież mamy duże mieszkanie. Ale oni postanowili inaczej. Wynajęli sobie malutką kawalerkę. I płacą za nią duży czynsz. To przecież marnotrawstwo. Zamiast oszczędzać, szastają pieniędzmi. 

To przez to z dnia na dzień w naszym domu stało się cicho i pusto. Dzieci odwiedzają nas, ale bardzo rzadko, raz na kilka miesięcy.To już nie to, co kiedyś. Chodzimy więc do nich, zwłaszcza do syna, bo niedawno urodziła się mu córeczka. Ale ostatnio syn stwierdził, że im się narzucamy. Szczególnie ja. Też coś! Jak ja mam nie odwiedzać wnuczki? Przecież synowa nie daje sobie rady! Powinna mieć pomoc doświadczonej kobiety takiej jak ja. Wychowałam przecież już dwoje dzieci, więc znam się na tym. Zawsze coś przyniosę, ugotuję, zrobię zakupy i poradzę, co robić, jak mała płacze.   

Niestety, stajemy się z mężem  dla siebie obcy. Albo ze sobą nie rozmawiamy, albo kłócimy się nie wiadomo o co. Mąż stał się burkliwy, zamknięty w sobie. Ja często popłakuję, czuję się bardzo samotna i zbędna. Przeżyliśmy razem 38 lat i co z tego! Nagle okazało się, że niewiele nas łączy. Jakbyśmy byli obcymi ludźmi, którzy się nie lubią. Nie potrafimy się porozumieć. Ja mam do niego pretensje, że on mi nie pomaga, nie interesuje się tym, co robię. A on zaczął późno przychodzić z pracy. Wieczorami często gdzieś znika. Niby ma coś do załatwienia. Ciekawe, co naprawdę robi.  Ciężko mi, smutno i nie mam pojęcia, jak ułożyć dalej swoje życie. Nie jestem już nikomu potrzebna!

 Ewa, 59 l.

Dowiedz się więcej na temat: matka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje