Samorządowe dzieci

Co piąta polska para boryka się z problemem niepłodności. Czy samorządowe programy przywrócą im nadzieję na posiadanie dziecka?

Po Krakowskich Plantach jeżdżą wózki-spacerówki. Bez dzieci w środku, za to z napisami "in vitro" naklejonymi na daszki. Jeżdżą i kuszą.

Reklama

- A państwo to tak jeżdżą za czy przeciw?

- Jak jestem z Wadowic, to też będę mogła skorzystać?

- Ja państwa popieram, ja mam wnuczkę z in vitro!

Nina Gabryś, koordynatorka akcji In Vitro dla Krakowian, z wózkiem na Planty wychodzi co tydzień. Mówi, że właśnie takie babcie i dziadkowie cieszą najbardziej. Pewnie cieszyliby też rodzice, ale na nich jakoś nie może trafić.

- Może po prostu nie chcą chwalić się dzieckiem z in vitro, bo wiedzą, jakie kontrowersje budzi ten zabieg  - mówi. - Szkoda, że ten temat stał się przedmiotem walki politycznej. Zrobił się z niego dyżurny powód do awantur, a tak naprawdę chodzi przecież o to, żeby być taką szczęśliwą babcią, mamą, ojcem, żeby tworzyć pełną rodzinę.

Pionierzy spod Jasnej Góry

W wózkach zamiast bobasów jeżdżą listy poparcia za uchwałą kierunkową, która zobowiązuje władze Krakowa do podjęcia działań, zmierzających do refundacji in vitro.

Kraków taki projekt próbuje przeforsować już drugi raz. Pierwsza uchwała została odrzucona w styczniu. Nie poparł jej wtedy cały klub PiS, trzech radnych prezydenckiego klubu Przyjazny Kraków i dwóch przedstawicieli Platformy. Czy tym razem uda się przekonać sceptyków? Pomysłodawcy projektu zapewniają, że będą próbować do skutku. - Najwyższy czas, żeby Kraków dołączył do grona miast, które realnie wspierają swoich obywateli w dążeniu do szczęścia rodzinnego - mówi Gabryś. - Do miast takich jak Warszawa, Łódź czy Częstochowa.

Jako pierwsza na refundację in vitro z kasy miasta zdecydowała się Częstochowa. Było to w 2012 jeszcze przed ustanowieniem rządowego, ogólnopolskiego programu refundacji. Mieszkańców borykających się z problemem niepłodności wsparto wtedy kwotą 110 tys. złotych.

Wydawało się, że po tym, jak w 2013 roku rząd zdecydował o refundowaniu in vitro w skali kraju, Częstochowa i Sosnowiec ze swoimi lokalnymi programami będą ewenementem. Jednak do władzy doszło Prawo i Sprawiedliwość, które od zawsze przeciwne in vitro, wygasiło program (funkcjonował do 30 czerwca 2016). 

I tak powrócił temat samorządowych refundacji. Program wsparcia dla niepłodnych par szybko, bo już w lipcu 2016, ruszył w Łodzi. Na początku tego roku refundacji in vitro doczekała się Warszawa, Bydgoszcz i Gdańsk.

Kryteria wszędzie podobne: o dofinansowanie in vitro może ubiegać się para, niekoniecznie pozostająca w formalnym związku, kobieta nie może mieć więcej 40 lat, przyszli rodzice muszą mieć zdiagnozowana niepłodność. Pomoc? Od jednej do trzech prób, dofinansowanych kwotą do pięciu tysięcy złotych.

Jak syty z głodnym

Nie wszędzie jednak pomysły refundacji in vitro spotykają się z entuzjazmem. Programy finansowego wsparcia dla niepłodnych par zablokowali radni we Wrocławiu i Toruniu. Nawet jeśli sceptycy są w mniejszości, głosowaniom niemal zawsze towarzyszą dyskusje o syndromie ocaleńca, mrozaczkach, hodowli ludzi oraz o rzekomo słabym zdrowiu dzieci z in vitro.

Te, nieznajdujące poparcia w nauce, wypowiedzi wybrzmiewają o wiele głośniej niż historie par, które miały problemy z zajęciem w ciążę. Tymczasem w Polsce już co piąta para cierpi z powodu niepłodności, a na pokrycie kosztów in vitro z własnej kieszeni stać nielicznych.

Anna Krawczak ze stowarzyszenia Nasz Bocian w jednym z wywiadów mówiła, że po wygaszeniu rządowego programu była zasypywana wiadomościami od niepłodnych par. We wszystkich pojawiało się jedno pytanie: Co teraz? Żeby dać im możliwość wypowiedzi na szerszym forum, Bocian zainicjował akcję pisania listów otwartych do ministra zdrowia, Konstantego Radziwiłła. "Jakim prawem śmie pan odbierać nam, ludziom próbującym spełnić swoje największe marzenie, nadzieję", "Jestem zła, panie ministrze, zła, bo czuję się oszukana, okłamana", "Dlaczego odbieracie nam szanse na normalne, szczęśliwe życie?  - pisali.

Andrzej w takim liście napisałby, że "syty głodnego nie zrozumie". Sam wraz z partnerką starał się o dziecko przez osiem lat. Było leczenie farmakologiczne, była interwencja chirurgiczna, w końcu sięgnęli po in vitro, które traktowali jako ostateczność. - Smutne jest to, że decyzje o tym, kto i na jakich zasadach będzie mógł skorzystać w Polsce z in vitro, podejmują osoby, których ten problem nigdy nie dotknął - mówi.

Oni zakwalifikowali się do rządowego programu, ciąża pojawiła się już po pierwszej próbie. Andrzej dodaje, że na szczęście, bo nawet biorąc pod uwagę refundację, zabieg był dla nich sporym wydatkiem. Same badania i leki pochłonęły kilka tysięcy złotych. - Dostępność in vitro w Polsce jest duża, nie ma problemu ze znalezieniem kliniki, która zgodziłaby się je wykonać - mówi. - Barierą jest jednak cena. Nas, gdyby nie refundacja, nie byłoby na to stać. Ta procedura powinna być bezpłatna i dostępna dla wszystkich rodziców, bezskutecznie starających się o potomstwo.

Z refundacji skorzystała też Ania, która dzisiaj jest mamą czteroletnich bliźniaków. Na swoich chłopców czekała sześć lat. Po serii badań zakwalifikowali się z mężem do rządowego programu. Obiecali sobie, że jeśli nie uda się za pierwszym razem, spróbują jeszcze raz za własne pieniądze. Na szczęście nie było takiej potrzeby. Dzisiaj ma dwójkę maluchów, które "kipią energią, kochają się i nienawidzą na zmianę". Cieszy się, ze mogła skorzystać z refundacji, ale trochę dziwi ją to, co dzieje się w kraju. Odwykła od polskich awantur, od lat mieszka w Anglii.

- W Wielkiej Brytanii posiadanie dziecka z in vitro jest na porządku dziennym, nie jest niczym nadzwyczajnym - mówi.  - Nie spotkaliśmy się nigdy z żadnymi przejawami dyskryminacji, złośliwymi komentarzami, wyrzutami. Tam dzieci z in vitro po prostu się rodzą.

Niczym nadzwyczajnym nie jest tez w tym kraju pomoc - in vitro refunduje się, w tym również parom homoseksualnym i samotnym kobietom. Podobne programy obowiązują też we Francji, Niemczech, Austrii, Danii, Grecji, Belgii i wielu innych krajach.

Program rażąco niezgodny

Liczenie na to, że samorządowe programy załatają dziurę po państwowym programie jest naiwnością. Już pojawiają się głosy, że sama uchwała samorządów nie wystarczy, by skutecznie pomóc niepłodnym parom.

Z refundacją in vitro ostatnio musieli pożegnać się mieszkańcy Gdańska. Tamtejszy wojewoda od dawna był namawiany przez PiS, by uznać uchwałę o refundacji in vitro za niezgodną z prawem. W efekcie, pod koniec marca uchylił ją, uznając za "rażąco niezgodną z prawem". Podstawą do wydania takiej decyzji był fakt, że gmina nie zasięgnęła opinii w sprawie programu w Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Zastępca prezydenta Gdańska tłumaczył później, że to nieprawda, zgodnie z jego stanowiskiem miasto zwróciło się o taką opinię i czeka na jej wydanie. Warto też przypomnieć, że Samorząd Województwa Mazowieckiego wprowadził w tym roku program oparty na naprotechnologii, mimo iż projekt ten uzyskał negatywną opinię wspomnianej agencji.

Na początku roku w mediach pojawiła się też informacja, jakoby Ministerstwo Zdrowia zamierzało znowelizować ustawę o świadczeniach zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych tak, by minister mógł na dwa lata zawiesić samorządowy program zdrowotny, jeśli uzyska on negatywną ocenę Agencji.

Wszystko wskazuje na to, że Polacy na realną pomoc państwa w staraniu się o dziecko będą musieli jeszcze długo poczekać. Na razie oferuje im się naprotechnologię, która owszem, diagnozuje przyczynę problemów z zajściem w ciążę, ale nie leczy niepłodności. Nie bez przyczyny ostatnim etapem tej procedury  jest... adopcja. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje