Reklama

Reklama

Czy istnieje zbrodnia doskonała?

Wiele jest zbrodni, które na zawsze pozostaną w zakurzonych archiwach, a ich sprawcy nigdy nie odpowiedzą za swoje czyny. Część z nich – mimo że znalazły swój finał na salach sądowych – niesie ze sobą więcej pytań niż odpowiedzi. Książka "Morderstwa znad Wisły" to zbiór najgłośniejszych, niewyjaśnionych spraw kryminalnych, przedstawionych na tle zmieniającej się przez dekady polskiej rzeczywistości. Przeczytaj fragment o morderstwie 33-letniej Małgorzaty Targowskiej-Grabińskiej.

Małgorzata Targowska-Grabińska była krakowianką, ale dzieciństwo spędziła w Sandomierzu. Tam zdała maturę, a następnie przeniosła się do Warszawy, gdzie studiowała filologię angielską na Uniwersytecie Warszawskim (z przerwą w 1976 roku na pobyt w Wielkiej Brytanii).

Dostała pracę na akord w Instytucie Wydawniczym "PAX" jako tłumaczka i korektorka. Wstąpiła też do Związku Literatów Polskich. Pracowała właściwie w domu, do wydawnictwa jeździła pod koniec tygodnia, by zabrać kolejne teksty do korekty. Ponadto przyjmowała zlecenia na tłumaczenia z innych wydawnictw. (...) Sporadycznie udzielała też korepetycji z języka angielskiego.

Reklama

Z przyszłym mężem poznała się w styczniu 1979 roku za pośrednictwem wspólnego znajomego, znanego malarza - Łukasza Korolkiewicza (notabene zięcia reżysera filmowego, Jerzego Kawalerowicza). "Zaiskrzyło" między nimi podczas podróży do Indii.

Jej przyszły mąż Aleksander Grabiński miał spore wątpliwości, czy zabrać ze sobą Małgorzatę. Był przekonany, że delikatna kobieta nie będzie w stanie znieść trudów kilkumiesięcznej wyprawy, z trzystoma dolarami w kieszeni. A ona nie dość, że trudy wyprawy zniosła, to jeszcze okazała się znakomitym kompanem nie tylko podczas eskapady, ale na całe życie.

Po powrocie z Indii nie mieli wątpliwości, że chcą zostać małżeństwem. Ślub wzięli latem 1980 roku. Jak przyznawał sam Aleksander Grabiński, nic nie cieszyło go bardziej niż powrót po pracy do domu, do pogodnej, kochającej żony, która chętnie angażowała się w akcje charytatywne.

Jeszcze przed ślubem zamieszkali razem na Saskiej Kępie, przy ulicy Szczuczyńskiej 6, w domu, który mieścił trzy mieszkania. W jednym z nich, pięciopokojowym mieszkaniu na parterze - pod numerem l - rozlokowali się Grabińscy. Mieszkanie numer 2 na pierwszym piętrze, należące do ojca Grabińskiego, wynajmował pracownik ambasady kanadyjskiej. Natomiast na samej górze, czyli na strychu, pod "3", mieszkało starsze, schorowane małżeństwo.

Uchodzili za wyjątkowo zgodne i kochające się małżeństwo. Cieszyli się bardzo dobrą opinią wśród znajomych i członków rodziny. Mąż opisał zmarłą jako energiczną, zaradną, odważną, zdecydowaną w swoich działaniach, czasem też wybuchową osobę.

Wprawdzie Małgorzata miewała podobno skłonności do płaczu, lecz potrafiła po stosunkowo krótkim czasie opanować się i odzyskać spokój. Nie występowały u niej stany depresyjne ani żadne inne objawy chorobowe. Właściwie mogłoby się wydawać, że wiedli bardzo szczęśliwy, niemal beztroski żywot, gdyby nie fakt, że nie mogli doczekać się upragnionego dziecka.

Nic nie wiadomo o tym, aby miała wrogów lub by kogoś się bała. Miała niesamowitą umiejętność zjednywania sobie ludzi. Była niezwykle szczera, co nie każdemu się podoba. Cieszyła się życiem. Zdaniem przyjaciółki, Anny Sidorek: "Bardzo pozytywnie nastawiona do ludzi i świata. Szczęśliwa w małżeństwie, nigdy się nie żaliła. Policjanci badający sprawę twierdzą, że była nietypową ofiarą, zupełnie nie pasowała do kryminologicznego schematu. W jej życiorysie nie znaleziono żadnej rysy".

Starannie dobierała sobie towarzystwo, unikała osób wulgarnych, o niskim poziomie kultury osobistej. Alkohol pijała jedynie sporadycznie i to w bardzo małych ilościach. Była osobą otwartą, ale jednocześnie ostrożną w kontaktach z innymi ludźmi (wręcz "nieufną" - jak stwierdził jeden ze znajomych). Zawsze zamykała drzwi mieszkania za wychodzącym do pracy mężem Aleksandrem.

Nie otwierała nigdy osobom nieznajomym i zjawiającym się bez wiarygodnego uzasadnienia. Była typem domatorki, z sąsiadami nie utrzymywała bliższych kontaktów.

Był czwartek, 9 maja 1985 roku. W kraju trwały właśnie przygotowania do obchodów Narodowego Święta Zwycięstwa i Wolności, ale choć było to istotne wydarzenie w kalendarzu Polski Ludowej, nie oznaczało bynajmniej dnia wolnego od pracy. Wręcz przeciwnie - Aleksander Grabiński, przedstawiciel techniczno-handlowy szwajcarskiej firmy Sulzer, spodziewał się wyjątkowo ciężkiego dnia, gdyż miała zjawić się delegacja z centrali firmy w Szwajcarii w celu negocjacji kwestii kary finansowej w wysokości - bagatela - miliona dolarów.

Mężczyzna opuścił dom około godziny 8.00, wsiadając do służbowego Volvo. Po godzinie 9.00 do sali, w której trwało posiedzenie zarządu, weszła sekretarka i wywołała Grabińskiego, tłumacząc, że telefonuje jego żona. Jednak mężczyzna był pochłonięty redagowaniem umowy, poprosił więc o chwilkę cierpliwości i dopiero po upływie dwóch-trzech minut podszedł do telefonu (do innego aparatu, podłączonego do tej samej linii).

Usłyszał w nim głos swojej małżonki Małgorzaty: "Przyszedł jakiś mężczyzna, który ma dla ciebie lakier. Co mam zrobić z tym lakierem?". Zdziwił się tym pytaniem, bo nie miał pojęcia, o co chodzi. Obiecał oddzwonić za chwilę i rozłączył się (rozmowa z żoną trwała może dwadzieścia sekund). Po upływie mniej więcej czterech minut Grabiński ponownie połączył się z żoną i poprosił do telefonu owego mężczyznę.

Małgorzata przekazała słuchawkę dostawcy lakieru. Ten, łagodnym, uprzejmym głosem przedstawił się z nazwiska (którego Aleksander nie zapamiętał; wiadomo jedynie, iż końcówka tego nazwiska brzmiała "-ski") i elokwentnie poinformował o dostarczeniu lakieru do krat okiennych, który jego rozmówca rzekomo zamawiał: "Mówił coś o lakierach, ale szybko skończyłem rozmowę".

Jak podaje Adam Kwiecień, który chyba najpełniej zrekonstruował przebieg wydarzeń, Grabiński - nie mogąc sobie przypomnieć czy skojarzyć faktu zamawiania lakieru, którego zresztą miał w nadmiarze - chciał poprosić mężczyznę o więcej wyjaśnień, jednak w tym samym momencie delegacja szwajcarska ponownie zwróciła się do niego z kolejnymi zapytaniami.

Grabiński był zmuszony natychmiast zakończyć rozmowę telefoniczną - poprosił mężczyznę o jeszcze trochę cierpliwości i obiecał oddzwonić za kolejnych kilka minut. Ten jednak oznajmił, że się spieszy i dlatego zostawi lakier oraz wyjaśnienie na piśmie, o co chodzi. Aleksander zaakceptował takie rozwiązanie.

Odłożył słuchawkę i wrócił do swoich obowiązków zawodowych, nie wiedząc, że za chwilę w jego mieszkaniu dojdzie do tragedii, która zmieni jego życie na zawsze. "Był to młody mężczyzna, w wieku około 30 lat. Być może pan Grabiński rozmawiał wtedy z zabójcą" - snuł przypuszczenia Bartosz Tymosiewicz, prokurator z Instytutu Pamięci Narodowej.

Gdy mąż znajduje wolną chwilę, około godziny 14.00, wykonuje telefon do domu. Niestety, nikt nie podnosi słuchawki. Dobre dwie godziny później ponawia próbę - również bezskutecznie. Notabene telefon w mieszkaniu Grabińskich dzwonił tego samego dnia w godzinach przedpołudniowych i wczesnych popołudniowych kilkakrotnie: już o 11.00 telefonowała teściowa brata Małgorzaty, następnie jej ciocia, a wcześniej - około 13.00 - znajomy ślusarz. Bez rezultatu.

Mijała godzina 17.30, kiedy Grabiński znalazł się przy swoim domu. Własnym kluczem otworzył drzwi wejściowe do budynku, natomiast drzwi prowadzące do ich mieszkania były zamknięte tylko "na klamkę", co jeszcze go nie zaniepokoiło, gdyż pomyślał, że może żona wyskoczyła po coś do piwnicy.

Po przekroczeniu progu doszły go dźwięki włączonego radioodbiornika. Pierwsze kroki skierował w lewą stronę, do salonu. Ku swojemu ogromnemu zaskoczeniu, zobaczył leżącą nieruchomo na podłodze małżonkę. W pierwszej chwili pomyślał, że żona robi mu głupi kawał.

Ta jednak nie dawała żadnych oznak życia, twarz miała przykrytą małą poduszką, tak zwanym jaśkiem. W mieszkaniu nikogo innego nie było. Mężczyzna podszedł do leżącej Małgorzaty, obawiając się najgorszego, odchylił poduszkę i na jej szyi zobaczył bardzo rozległe rany cięte, a wokół niej - obfite plamy zakrzepłej już krwi. Z przerażeniem patrzył na zsiniałą twarz swojej żony, która z niedomkniętymi oczami zastygła w ostatnim, "agonalnym" skrzywieniu mimicznym.

"Wyglądała zupełnie jak kukła" - zeznał później. Ciało kobiety, która miała na sobie to samo ubranie, w którym Aleksander widział ją rano, było wyraźnie zimne. Jej ręce były podwinięte do tyłu, pod plecy. Zszokowany mężczyzna rozglądnął się dookoła. Dopiero teraz jego wzrok zarejestrował zakrwawiony nóż kuchenny, który zabójca porzucił na podłodze przy drzwiach do salonu.

W stanie szoku Grabiński kilka razy wyszedł i wszedł do domu. Nie mógł uwierzyć, że to, co widzi, jest prawdziwe. Na wpół świadomie wezwał milicję.

W oczekiwaniu na przyjazd milicji i karetki Grabiński nerwowo krążył od pokoju do pokoju. Jak podaje Adam Kwiecień, pierwsze na miejscu zdarzenia pojawiło się pogotowie ratunkowe. Grupa operacyjno-śledcza DUSW Warszawa Praga-Południe i SUSW nadjechała kilkanaście minut później.

Lekarz przystąpił do oględzin ciała i po krótkiej chwili potwierdził zgon Małgorzaty. Nie miał najmniejszych wątpliwości, że kobieta została zamordowana. Aleksander, wciąż w szoku, nie był w stanie odpowiadać na niektóre pytania milicjantów, między innymi o dane personalne denatki.

Nie miał żadnych przypuszczeń ani podejrzeń, kto mógłby być sprawcą zabójstwa jego żony. Nie wiedział też, dlaczego komuś miałoby zależeć na jej śmierci. Żona była przecież osobą powszechnie lubianą, z nikim nie miała żadnych zatargów. Była godzina 19.50, 9 maja 1985 roku (upłynęło więc osiemdziesiąt minut od rozpoczęcia śledztwa i około dziesięć i pół godziny od zabójstwa). Trwały oględziny zwłok kobiety oraz miejsca zdarzenia.(...)

Rozpoczęte wręcz manifestacyjnie śledztwo utknęło w martwym punkcie. Nadzorował je Jacek Ziółkowski, ówcześnie funkcjonariusz SUSW. Policjanci przez wiele miesięcy z uporem szukali śladów mordercy w środowisku warszawskich rzemieślników. Sam Ziółkowski zapewniał, że zależało mu na wykryciu sprawców, a niewyjaśnienie okoliczności zabójstwa tłumaczki uważa za swoją największą zawodową porażkę.

W rezultacie oględzin mieszkania Grabińskich detektywi ujawnili wiele śladów linii papilarnych na framudze i drzwiach prowadzących do jednego z pokojów, etui płyt gramofonowych, obwolucie jednej z książek, budziku, folii z paczki papierosów marki Dumont, butelce wody mineralnej Mazowszanka, okładce książki telefonicznej; ponadto w pomieszczeniu po przeciwnej stronie przedpokoju ujawniono ślad linii papilarnych na folii leżącej na biurku.

Ogółem śledczy zabezpieczyli dwadzieścia dziewięć śladów linii papilarnych, z czego tylko trzy wytypowano później jako prawdopodobnie należące do mordercy (ich dalsza analiza nie doprowadziła do identyfikacji sprawcy). To nie wszystkie ujawnione ślady: na drzwiach prowadzących do sypialni, na wewnętrznej ich stronie, znajdował się niewielki krwawy rozprysk. To bardzo ważny ślad, gdyż w dalszym etapie dochodzenia pozwolił on ustalić możliwy przebieg zabójstwa.

Fragment książki Jarosława Molendy "Morderstwa znad Wisły. Tajemnicze i nierozwikłane polskie sprawy kryminalne", Wydawnictwo Replika.


Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje