Reklama

Reklama

Czy to mały diabeł, czy chrześcijanin?

Przyszedł na świat w małej górskiej wiosce na południu Włoch, w biednej rodzinie. Jego dzieciństwo to szereg niezwykłych wydarzeń.

Gra, chyba to już ten czas! Wracam do domu! - powiedziała Maria Giuseppa Di Ninzio do męża, Grazio Marii Forgione 25 maja 1887 roku. Ten odrzekł, że zaraz przyjdzie. Nim wrócił z pola, Maria urodziła już synka, co często mu wypominała. Malca nazwali Francesco na cześć św. Frascesco di Paola, czczonego na tych terenach. 

Tak na świat przyszedł przyszły ojciec Pio. Ochrzczono go następnego dnia w kościółku w Pietrelcinie. Mama przyszłego zakonnika była kobietą pracowitą, głęboko wierzącą i potrafiącą kierować domem, a ojciec energiczny, porywczy, skłonny do żartów i zawsze wesoły. Maleńki Francesco dał się wkrótce poznać całej okolicy. Płakał od rana do wieczora bez przerwy. Pewnej nocy wrzask był tak głośny, że jego tata nie mógł już dłużej wytrzymać. Rozgniewany wyjął owiniętego w pieluszki synka i z furią rzucił go na łóżko, krzycząc: "Przecież to mały diabeł mi się urodził, a nie chrześcijanin". 

Reklama

Niemowlę przetoczyło się przez mebel i spadło na podłogę po jego drugiej stronie. Matka, widząc chłopca na ziemi i myśląc, że nie żyje, wrzasnęła: - Zabiłeś naszego syna!  I podbiegła, żeby go podnieść. Nie tylko był żywy, ale nie miał nawet najmniejszego zadrapania. 

Od tej chwili przestał płakać. Kilka lat później wyjaśnił jej powód tego szlochu: Kiedy gasło światło, pojawiało się wokół mnie mnóstwo potworów. A tamtej nocy diabeł bardzo mnie męczył. Kilkumiesięcznego Francesco mama zaniosła do wiejskiego astrologa. Miał zobaczyć, co mu jest pisane. Cała wiedza wróżbity opierała się na jednej książce o znakach zodiaku. 

Przepowiednia była jednak niezwykła: "Cały świat będzie go kiedyś wielbił. Przez jego ręce przepłynie mnóstwo pieniędzy, lecz on sam nie będzie posiadał niczego". I dodał: "Powinien dożyć 98 lat". Ojciec Pio lubił wspominać tamtą wizytę, ubarwiając ją na wiele sposobów. Pewnego razu powiedział żartem, że nawet wtedy, gdy już będzie miał 98 lat, nie można być pewnym, że umrze. 

Od piątego roku życia przeżywał ekstazy i objawienia, a także wizje piekielne. Demony ukazywały mu się pod postaciami różnych bestii. Był pewien, że to normalne i wszyscy widzą to, co on. Dopiero w zakonie zrozumiał, że jego doświadczenia były wyjątkowe. 

Pewnemu współbratu opowiedział też o ważnym wydarzeniu: - Kiedy miałem 5 lub 6 lat, w małym kościółku w Pietrelcinie ofiarowałem siebie Panu. Wtedy objawił mi się Jezus, który ruchem ręki dał znak, abym się zbliżył. Uczyniłem to, a On położył mi dłoń na głowie. Już jako kilkulatek oświadczył kategorycznie rodzicom, że zostanie zakonnikiem. Uparł się, że będzie to zgromadzenie, gdzie wszyscy noszą brody. 

Wzięło się to stąd, że wielkie wrażenie zrobi na nim kapucyn, który przybył do wsi w ramach misji parafialnych i mówił w kościółku kazania. Francesco uważnie mu się przyglądał. Gdy jako 16-latek zapukał do klasztornej furty, otworzył mu tamten brat.  

Dobry Tydzień

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy