Reklama

Reklama

Gdy chcą odejść zostają z niczym. Historie żon polskich miliarderów

Z pozoru wiodą bajkowe życie, o którym inni mogą tylko marzyć - zagraniczne podróże, drogie ubrania, ekskluzywne przyjęcia. Są żonami swoich mężów i żyją w złotych klatkach. Stoją w cieniu partnerów, choć niejednokrotnie to one wydatnie przyczyniają się do ich sukcesów, a potem zostają z niczym. Historie takich kobiet w swojej najnowszej książce przedstawia Monika Sobień-Górska.

Jak mówi sama autorka: - Poznałam rzeczywistość kobiet milionerów, zwłaszcza tych, które są na krok przed byciem porzuconą, bo dobiegają pięćdziesiątki, a to wiek, w którym kończy się okres przydatności do spożycia i jest się wymienianą na młodszą. Poznałam też takie, które chcą uciec z tego świata, bo pod suknią wysadzaną drogimi kamieniami ukrywają siniaki, anoreksję, bulimię, blizny po nieudanej liposukcji, silikonowe piersi zrobione tuż po urodzeniu dziecka, żeby tylko on nie odszedł, nie porzucił. A książę i tak zdradza albo w ogóle idzie w siną dal.

Reklama

- Spotkałam kobiety, które przekonywały mnie, że są ze stali, ale najdalej po godzinie, przy akompaniamencie drżącego głosu, wypadały im z torebek środki na uspokojenie, a w przypływie odwagi pokazywały mi w swoich przepastnych garderobach poukrywane spakowane walizki. Niektóre z tych pań są już gotowe do ucieczki, bo czują się upokarzane we własnym domu, ale czekają na odpowiedni moment. Gdy męża dłużej nie będzie, gdy uzbierają tyle pieniędzy, że wystarczy im na wynajęcie mieszkania na pół roku. Tak, bo wiele z nich nie ma żadnych oszczędności. Setki tysięcy, które wydawały na ubrania, biżuterię, zabiegi w gabinecie medycyny estetycznej, zdeponowane były na karcie kredytowej męża, która - i one to wiedzą - zostanie zablokowana kilka sekund po tym, jak oznajmią, że odchodzą.

Czytaj także: Polscy miliarderzy. Tak żyją, tak się bawią 

- Postanowiłam poświęcić tym kobietom osobną książkę, bo ich historie są nie tylko bardzo poruszające, ale i pouczające. Czego my - zwykłe Kowalskie - możemy uczyć się od żon milionerów? Ano tego, żeby zawsze pracować, zawsze mieć swoje pieniądze, nie myśleć o tym, że coś jest na zawsze, stawiać granice, nawet gdy chór z tyłu podpowiada: "bez przesady, przecież nikt nie ma idealnie", nie dać się zastraszyć i nie sprzedawać swojej godności nawet za jachty, brylanty i najdroższe loga na torebkach.

Przeczytaj fragment książki Moniki Sobień-Górskiej "Jak porzucić miliardera... i przeżyć", kontynuacji bestsellera "Polscy miliarderzy. Ich żony, dzieci, pieniądze", która ukazała się nakładem wydawnictwa Czerwone i Czarne

***

Pani mąż postanowił być milionerem i pani miała mu to umożliwić, dobrze rozumiem?

Wie pani, są ludzie, którym się wydaje, że są absolutnie wyjątkowi i że są inni od tak zwanej reszty. I lubią się czuć wyjątkowo. Czasami to jest wielka ambicja, czasami to są wielkie kompleksy. Czasami miks tego. Zawsze, jeżeli ktoś się chce poczuć bardzo wyjątkowo, musi sobie znaleźć punkt odniesienia. Takimi punktami odniesienia są na przykład marki samochodów, dom w jakiejś dzielnicy, markowe wyposażenie, ciuchy. Biorąc pod uwagę, że my zaczynaliśmy od zera i nie było perspektyw, że nagle założymy wielką firmę, na której zarobi się jakieś gigantyczne pieniądze tak, żeby móc w tym momencie się odróżniać od innych ludzi tymi markami, mój mąż za wszelką cenę chciał wymyślić sobie coś, co nie ma specjalnie punktu odniesienia.

I tym czymś miał być zakup pałacu?

Tak. To była prosta logika: chcę być wyjątkowy, no to bach, kupię sobie pałac. Mój mąż chciał się wybić na zasadzie stworzenia swojego świata. No to stworzył sobie swój świat. I co więcej, zakładał, że ten świat ma mi wystarczyć. Są mężczyźni, którzy kupują sobie ferrari albo jakieś inne chorobliwie drogie kolekcjonerskie samochody i podjeżdżają nimi pod hotel pięciogwiazdkowy, i w ten sposób porównują się do innych facetów. A tutaj jak taki facet podjedzie pod nasz pałac, to właściwie nie wie, z czym się ma porównywać. Dlatego mój mąż postanowił zrobić wokół siebie legendę arystokraty. Ale ponieważ nawet przy moich zarobkach nie byłoby nas stać na wyjęcie z kieszeni stu milionów i zakup porządnego pałacu, to mój mąż znalazł taki do remontu. Rzeczywiście przepiękny, położony w nieprawdopodobnie bajkowej przestrzeni, coś takiego trudno w Polsce zobaczyć gdzieś indziej, ale doprowadzenie tego budynku i miejsca do perły, jakimi są dzisiaj, kosztowało fortunę i przeczołgało mnie potwornie.

Pani z takim doświadczeniem zawodowym nie podejrzewała, że tego typu inwestycja będzie tak kosztowna?

Nie przypuszczałam, że mąż to wszystko zrzuci na mnie. A on sam zajmie się budowaniem swojego wizerunku milionera, ekscentryka, artysty, biznesmena, właściciela pałacu. A jeszcze bardziej nie przypuszczałam, że dam się ugotować jak żaba.

Czyli pani wyjęła ze swojego konta te miliony i kupiła pałac, tak?

Było jeszcze gorzej. Bo mąż wcześniej, jeszcze przed naszym ślubem, w okolicy tego pałacu kupił ziemię. Czyli to nie wchodziło do majątku wspólnego. A ja wyłożyłam kasę na ten pałac i wzięłam potężne kredyty na jego gigantyczny remont oraz wszystkiego, co wokół: bajkowego ogrodu, leśniczówki, restauracji, a później dwóch naszych fabryk, które stanęły obok. Ale nawet ja, wielka pani dyrektor z korporacji, zarządzająca setkami osób, nie miałam poczucia, że to jest nie w porządku. Dziś może pani powiedzieć, że to była naiwność. Ale wtedy uważałam, że to była miłość. Kochałam mojego męża, ufałam mu, budowaliśmy wspólnie swoją przyszłość, najlepszą z możliwych. Nie zdecydowaliśmy się na dzieci, bo wtedy chyba czuliśmy, że oboje sobie wystarczymy. To jak w tym wszystkim myśleć o intercyzach, notariuszach, wykłócaniu się o to, co mam być na kogo? Przecież wiadomo, że związek kochających się ludzi, którzy z dwóch osobnych żyć decydują się budować jedno, powoduje, że jedno będzie stało murem za drugim, będzie go chronić, bronić, robić wszystko dla dobra tej drugiej osoby. To jest przecież istotą związku ludzi, którzy się kochają. A my się kochaliśmy. Tak wtedy myślałam.

Czyli nie zabezpieczyła się pani? W sensie zdecydowała się rozbudowywać waszą luksusową, niezwykle drogą inwestycję na terenie należącym do pani męża.

Mało tego, w pierwszych dwóch latach remontu i rozbudowy pałacu ja harowałam w korporacji od poniedziałku do piątku po dwanaście godzin i w każdy piątek wieczorem wsiadałam w samochód, jechałam do naszej posiadłości, przebierałam się w robocze ciuchy i tyrałam od świtu do nocy z ekipą budowlaną, a później wykończeniową, bo mąż chciał, by wszystko było idealnie. A tylko ja mogłam tego dopilnować.

Jak to tyrałam? Przecież pani nie zna się na budowlance?

To się musiałam poznać. Zaczęło się właśnie to gotowanie żaby. Jak pani mnie pyta, jak to się stało, że pani dyrektor z korporacji w weekendy zamiast masować się w spa, kładła tynki, malowała ściany, szlifowała filary, szyła zasłony, to odpowiem pani: nie wiem. Naprawdę nie wiem, jak to się stało. Mam kontakt z rzeczywistością, mam duże zdolności analityczne, organizacyjne, zarządcze, umiem pracować pod ogromną presją i w stresie, a w małżeńskim życiu jakby przez osmozę wniknął we mnie model niewolniczy. Ja robiłam wtedy MBA i wieczorami siedziałam z komputerem przez cały weekend, pisząc jakieś różne case’y na studia, siedziałam przy stole, miałam nogi nakryte kocem, pod stołem stał grzejnik, a ja w kurtce i rękawiczkach z odciętymi palcami, i tak pracowałam. Mąż w tym czasie coś tam robił, nie wiem, rozdawał zadania, sprawdzał, co ci pracownicy zrobili. Co więcej, jeszcze tak się nieszczęśliwie złożyło, że ponieważ wtedy jeździłam konno, miałam wypadek i złamałam rękę tak, że mimo że mi tę rękę złożyli na śruby, to po prostu się w ogóle nie zrastała przez pół roku. Było duże zagrożenie, że przy jakimkolwiek lekkim uderzeniu w tę rękę śruby wyjdą z kości, bo to było takie złamanie. Ale mimo to jeździłam do pałacu, a przejechanie nawet po kostce brukowej powodowało, że czułam, że każdy kawałek kości mi lata w inną stronę. Miałam równocześnie i końcówkę MBA, i złamaną rękę, więc mogłam pisać tylko jedną na komputerze. Mimo to udało mi się zrobić MBA z pierwszą lokatą na roku.

I teraz zdradzę pani największy hit. Mąż poprosił mnie, żebym zaangażowała się bardziej. Że będziemy rozbudowywać ten pałac, zrobimy z niego hotel, otworzymy fabrykę obok, bo rzeczywiście szło nam coraz lepiej. Tylko że ja muszę zwolnić się z pracy, przenieść się na stałe do pałacu, czyli na drugi koniec Polski, i że tam oboje zamieszkamy. Czyli model: ja w tygodniu w Warszawie, on w pałacu zamieniliśmy na: ja rzucam swoją karierę, znajomych, moje życie miejskie i dołączam do niego na stałe. A dopóki nie uczynimy z pałacu najbardziej luksusowego obiektu w tej części Polski i nie zaczniemy na nim zarabiać wielkich pieniędzy, to będziemy żyć z mojej kasy, którą zarobiłam w korporacji. Uprzedzę pani pytanie: tak, zgodziłam się.

Co się wtedy stało z waszym życiem małżeńskim? Powinno być lepiej, bo zamiast na dwa domy żyliście już w jednym. To zbliża.

Byliśmy blisko, bo spajała nas praca, cel, który on sobie obrał, ale zaszczepił też we mnie. Tak jak wspomniałam, zawsze byłam bardzo ambitna, więc jak mi mąż rzucił wyzwanie, to nie mogłam go nie podjąć. Skoro zdecydowaliśmy się inwestować w luksusowe nieruchomości, to ten pałac musiał być najlepszy, najpiękniejszy, najbardziej oryginalny. Mój mąż chciał się wyróżniać, chciał być wyjątkowy. Milionerów jest wielu, wielu z nich ma domy, rezydencje, ale prawdziwych, historycznych pałaców w stylu francuskim już nie ma wielu. Pałac miał przemienić się w hotel, mieliśmy na nim zarabiać, co zresztą się udało. Przy pałacu musiał być na przykład regularny ogród warzywny i mąż zażyczył sobie, że dla inspiracji pojedziemy do Francji, żeby obejrzeć zamki nad Loarą. Trafiliśmy do prowincji, która jest słynna z tego, że mają regularne ogrody warzywne. No to jedną z tych kwater on przerysował po to, żeby to przenieść w naszych realiach na ziemię. Robi się to tak, że jest kartka z zaznaczonymi odcinkami wszystkich grządek, które są cięte pod skosami, i jest naciętych sto, dwieście czy trzysta palików. I ma się sznurek na takiej wielkiej pętli. Pamiętam to do dzisiaj, to był marzec, padał śnieg, który mi spływał po nosie, miałam kompletnie zgrabiałe ręce, ale trzeba było wbijać paliki po to, żeby wiązać sznurki, gdzie mają być później grządki. Robiłam to, choć mogliśmy to zlecić. Ale mój mąż chciał sam, bo tylko wtedy mógł dopilnować, by było idealnie, dokładnie tak, jak on sobie to wykreował w głowie. A ja miałam zadanie do wykonania i miałam cel, który był bardziej celem mojego męża, ale ja go kochałam. Dlatego zgodziłam się porzucić świat wielkich korporacji, menadżerów, wyzwań zawodowych, podróży dookoła świata, dalszego kształcenia się, choć wiedziałam, że tracę kontakt z ludźmi i życie na wysokich obrotach, które uwielbiałam. Ale chciałam, by mąż był szczęśliwy, bo to było ważniejsze niż kariera. Nasze małżeństwo było dla mnie ważniejsze. I jeśli on uważał, że kolejne ekipy, które remontują i rozbudowują pałac, robią to niewystarczająco dobrze, to ja kładłam silikony w łazience, wymieniałam wszystkie te, które położyli budowlańcy, i kładłam nowe. Montowałam karnisze ponownie, bo oni powbijali takie kołki w ścianę, że wypadały. Uszyłam wszystkie zasłony do pałacu, w sumie tam jest ponad sto par okien. Te zasłony mają trzy i pół metra wysokości, są z aksamitu, więc strasznie ciężkie. Ale zrobiłam to.

Sprawiało to pani jakąś przyjemność, satysfakcję?

Tak, bo choć harowałam, robiłam coś pięknego, ten pałac naprawdę stawał się perełką, jego wartość rosła po wielokroć. To była też inwestycja, która zrobiłaby z nas setkowych milionerów, gdyby mój mąż nie zrobił tego co później. Ale o tym za chwilę. Tak jeszcze tylko, żeby pani miała obraz całości, to powiem, że wszystkie meble, które są w pałacu, czyściłam do żywego drewna, barwiłam i politurowałam. Bo one nie są lakierowane, tylko politurowane. Politurowanie to jest nakładanie siedemdziesięciu czy stu cieniusieńkich warstw politury, czasami bywa tak, że jak się za dużo nałoży w jednym miejscu, to ona się wypala i trzeba robić wszystko od początku.

Skąd pani wiedziała, jak to wszystko robić?

Nauczyłam się. Szyć umiałam od dziecka. Jak trzeba było politurować meble, to zadzwoniłam do mojego taty, który był kompozytorem muzyki współczesnej, a oprócz tego malował, rzeźbił. I on mi powiedział, jak się to robi. Ale też jak trzeba było zrobić artdecowski wzór na szybce nad wejściem do jakiegoś pomieszczenia, to weszłam w internet i zobaczyłam, jak się to wytrawia. Wie pani, wszystkiego się można nauczyć, jak się chce. Pomalowałam też całą piwnicę, która ma czterysta metrów. Tam są łuki. Mój mąż zażyczył sobie, żeby te łuki były o jeden odcień jaśniejsze od ścian, w związku z tym z pędzelkiem stałam i rysowałam linie, a tam są kilometry tego. Ułożyłam wszystkie listwy przypodłogowe, których było z dziesięć kilometrów.

Co pani mąż robił w tym czasie, oprócz wydawania pani poleceń?

Siedział przy komputerze i zajmował się firmą, bo też wtedy otworzyliśmy już przy pałacu firmę produkcyjną, która z tym hotelem miała współgrać, współpracować. To wszystko miało sens. W każdym razie mąż siedział przy komputerze, zamknięty w pokoju.

Czy pani chciała, żebyście te ciężkie prace wykonywali wspólnie?

Wie pani co, ja myślę, że błąd wielu kobiet jest taki, że wyraźnie nie określają swoich potrzeb, tylko oczekują, że ktoś się domyśli. Dzisiaj, jakbym była w takiej sytuacji, tobym powiedziała: wiesz, stary, mogę to zrobić odtąd dotąd, jeśli mi pomożesz w taki i taki sposób.

A czy w tym czasie byliście już bardzo bogaci?

Bardzo ciekawe pytanie. Bo ja myślałam, że tak, to znaczy, że wprawdzie inwestycje pochłaniają horrendalne pieniądze, ale że zwrot z nich jest nasz wspólny. Zwłaszcza że mieliśmy tę fabrykę i że pałac, kiedy stał się już prawdziwym pałacem, został też luksusowym hotelem. I tu się okazało, że inwestycje były moje, ale zyski męża. Przecież pierwsze, co zrobiłam, gdy przeniosłam się na stałe do pałacu, to spłaciłam wszystkie zaległości finansowe, które wynikały z remontu, zrobiłam to ze wszystkich swoich oszczędności, licząc na to, że razem prowadzimy biznes. Tylko że to prowadzenie biznesu wyglądało w ten sposób, że ja nie miałam dostępu do konta firmowego.

Jak to?

Nie. I nie mam do tej pory.

Przecież razem to budowaliście.

Nie szkodzi. Ale mąż uważał, że mam mu ufać, bo przecież on płaci za wszystko, a jeżeli będę potrzebowała pieniędzy, to o nie poproszę. Wie pani, co znaczy dla kobiety, która jest dyrektorem marketingu, która zbudowała swoją pozycję na dosyć trudnym rynku i która zarabiała naprawdę duże pieniądze, wie pani, co znaczy prosić o dwieście albo trzysta złotych? Ludzie, którzy na nas patrzyli, pracownicy pałacu, później hotelu, znajomi, myśleli, że mam pewnie pochowane w garderobie kolie diamentowe od męża, torebki i sukienki za setki tysięcy złotych, a ja, jak już mieszkałam w pałacu na stałe, to zamiast sukien miałam takie białe ogrodniczki, kupowane w sklepie budowlanym. One mają bardzo dużo kieszeni na różnego rodzaju miarki, dłuta. I to był mój główny uniform, mój outfit żony milionera. Kiedyś goście naszego pałacu, z którymi zaprzyjaźniliśmy się, powiedzieli mi: "Wiesz, ty masz chyba największą kolekcję rękawiczek, ale nie rękawiczek, w których się chodzi do teatru, tylko rękawiczek do malowania, do silikonowania, innych do ogrodu, innych na spacer z psem". To może się wydawać pani niedorzeczne czy śmieszne, ale ja tam non stop, cały czas pracowałam fizycznie. Wie pani, kiedyś musiałam wyczyścić kamienną futrynę wejściową szlifierką, co jest po prostu gigantycznie ciężką robotą i to powinien robić silny facet. A ja to robiłam. I po tym tak rozbolał mnie kręgosłup, że mi się chciało płakać. Siedziałam na podłodze i myślałam sobie: "Kurde, czy ty naprawdę po to kończyłaś studia, znasz trzy języki obce, masz MBA z pierwszą lokatą, żeby w tej chwili czyścić szlifierką kamień?". I wie pani co, coś zaczęło wtedy we mnie lekko pękać. Zobaczyłam, że jestem zamknięta w klatce, obojętnie jakkolwiek złota by była, ona była klatką. Bo ja tam nie mogłam pracować w swoim zawodzie, a jednocześnie urwały się między nami w ogóle rozmowy, nie stworzyliśmy sobie, nawet mieszkając w jednym domu i nie mając nikogo innego do rozmowy, żadnego obszaru intymności, która by nam pozwalała być ze sobą blisko.

Nie umieliście ze sobą rozmawiać?

Zupełnie nie, choć dotarło to do mnie bardzo późno. Bo przecież mówiliśmy do siebie, używaliśmy słów. Ale to było tylko na zasadzie: kiedy przyjedzie transport, kiedy przywiozą pellet albo o której wychodzisz z psem na spacer. Czyli mieszkanie nie ze sobą, ale koło siebie. I w pewnym momencie, będąc panią tego już wypacykowanego pałacu, poczułam, że muszę się stamtąd wyrwać. Bo ten dom mnie po prostu wchłonie. I upomniała się o mnie korporacja. Przyjęłam tę pracę, choć była gorsza od tej, którą porzuciłam, ale ja, jak wspomniałam, inwestując wszystko w nasze pałacowe i hotelowe imperium, zostałam kompletnie bez pieniędzy. I postanowiłam, że trudno, praca jest, jaka jest, ale biorę ją, uciekam z tej klatki.

Co pani mąż na to?

Dziwne, ale nie buntował się. Od razu zaakceptował. Pałac był gotowy, firma działała, wszystko już hulało. Więc ja mogłam znów wrócić do Warszawy, zarabiać i przyjeżdżać do niego w weekendy.

I co, znów pani harowała i gnała co piątek do męża?

Tak. Ale tam był mój mąż i czułam taką absolutną powinność. Tam były moje psy, które kocham. I to było dla mnie oczywiste, że ja tam jadę. Pracę w Warszawie cisnęłam nadal, pojawiały się kolejne projekty, ale też byłam zżyta z tą wsią, zaczęłam zauważać, że mi tak brakuje kontaktu z ludźmi tam na wsi, że nie chcę jednak wracać do Warszawy. Każdy wyjazd w niedzielę wieczorem odczuwałam, jakby mi ktoś serce wyrywał. I postanowiłam, że jednak założę na miejscu, przy pałacu, swoją własną firmę. I zacznę robić coś, co będzie moje.

Zrobiłam to z koleżanką. Wymyśliliśmy firmę, która poniekąd była powiązana z działalnością firmy mojego męża, to znaczy chciałyśmy się zajmować designem, który on mógłby współprodukować. Tylko koleżanka mi powiedziała: "Słuchaj, ponieważ to jest robione wszystko w waszej firmie, ja się będę zajmowała designem, to chcę mieć spółkę tylko z tobą, żeby się nie okazało, że nagle mnie kiedyś w porozumieniu z mężem wyrzucicie". Uważałam, że to jest uczciwe. Bo stworzyłyśmy nową markę, całą linię produktu, design, spędziłam bardzo dużo czasu na poznawaniu technologii, to wymagało po prostu dużo czasu i zaangażowania. A że będzie to produkował mój mąż, to się będziemy rozliczać jako firma - firma, on bierze pieniądze za produkcję, ja mam swoją marżę ze sprzedaży, zajmuję się sprzedażą, marketingiem, inwestuję. I wie pani, co się okazało? Mąż to potraktował jako największą zdradę. Efekt był taki, że obie firmy przynosiły dobrą kasę, a ja się ze wspólniczką rozstałam w mało sympatyczny sposób, przez prawników. Bo on był zazdrosny o mnie i koleżankę, o to, że nam wychodzi, o to, że wymykam się spod jego kontroli i jestem bardziej z nią. I ja się dałam mu pokonać po raz kolejny. Rozstałam się ze wspólniczką, nasza firma została zamknięta. No i co, i przyszedł covid. W czasie pierwszego lockdownu spędziłam trzy miesiące w pałacu. Później przyszły wakacje i umówiliśmy się z mężem, że ja siedzę w naszym domu pod Warszawą i nie przyjeżdżam do pałacu. A jeśli on by zachorował, to wsiada w samochód i jedzie pod Warszawę i się wymieniamy po drodze - ja jadę do pałacu i zajmuję się dalej hotelem, tak żeby mogło dalej wszystko funkcjonować.

Ile czasu trwała ta wasza izolacja?

Cztery miesiące. Siedziałam zamknięta w domu pod Warszawą bez kontaktu z kimkolwiek. On nie chciał mnie odwiedzać, bał się covida, chociaż na niego nie chorowałam. Miesiąc później dowiedziałam się, że w trakcie tej naszej kwarantanny i tego jego panicznego strachu przed wymieszaniem się naszych wirusów i bakterii do pałacu przyjechała pewna panna, młodsza o dwadzieścia pięć lat.

 ***

Zobacz także:

Dominika Kulczyk najbogatszą Polką. Jakim majątkiem dysponuje?
Ewelina Ślotała zdradza kulisy życia w złotej klatce 

INTERIA.PL/materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy