Reklama

Reklama

Jaki moment jest dobry, by wyjechać na koniec świata?

Każda z nas czasem marzy, by rzucić wszystko i po prostu wyjechać na koniec świata. Zamienić szarą polską rzeczywistość na południowy luz, słońce i leniwe tempo życia. Ale na ogół szybko przeganiamy takie myśli, bo trudno znaleźć dobry moment na taki ruch.

Najpierw kończymy szkoły i studia, potem trzeba znaleźć pracę i założyć rodzinę, kupić i urządzić mieszkanie, urodzić i wychować dzieci. A na starość nie wypada lub już nam się nie chce. A może te wszystkie argumenty to zwyczajny strach? Ewa, Joanna i Barbara, bohaterki książki "Rzuć to i jedź, czyli Polki na krańcach świata", miały odwagę go pokonać.

Nie mam nic do stracenia

Do takiego wniosku doszła Ewa Kulak, kiedy zdecydowała się na przeprowadzkę do Kolumbii. Miała dwadzieścia trzy lata, kiedy w czasie stypendium Sokrates-Erasmus w Hiszpanii przez internet poznała chłopaka, Kolumbijczyka. Nigdy się nie spotkali, ale to nie przeszkodziło im się w sobie zakochać. Kiedy Ewa skończyła studia, nadszedł moment decyzji: albo zacznie sobie układać życie w Polsce, albo da szansę związkowi z Mariem. Zaryzykowała. W Polsce nie miała jeszcze pracy, nie zdążyła się dorobić, wszystko było jeszcze przed nią. Może dlatego decyzja o wyjeździe do kraju, w którym nigdy wcześniej nie była, przyszła jej łatwiej.

Reklama

- Miałam świadomość, że wyjazd tylko z powodu internetowej znajomości jest ryzykowny - opowiada Ewa. - Widzieliśmy się przecież wyłącznie na zdjęciach i przez kamerę. Dlatego na wszelki wypadek złożyłam podanie o bezpłatny staż w polskiej ambasadzie. Dostałam się. Gdyby Mario okazał się kimś innym, niż sobie wyobrażałam, mój wyjazd nie byłby stratą czasu, bo czegoś bym się nauczyła i zyskała zawodowe doświadczenie.

Rozsądne podejście, choć dziś, po kilkunastu latach, wyjazd do kraju, w którym szalała wojna domowa, wydaje się Ewie szaleństwem. Może to intuicja podpowiadała jej, że warto spróbować? Nie pomyliła się. Dziś Ewa i Mario są szczęśliwym małżeństwem,  a staż w ambasadzie pomógł jej rozwinąć się zawodowo. Przez kilka lat pracowała w kolumbijskim ministerstwie turystyki, a później otworzyła własne biuro podróży Kolumbia Travel.

- Tak ułożyłam swoje życie, że jestem z niego zadowolona. W Kolumbii czuję się jak u siebie. To świetne miejsce do życia, nie wiem, czy w Polsce byłoby mi lepiej.

Nie chcę tak dalej żyć

W przeciwieństwie do Ewy, Joanna Wieczorek nie była zadowolona ze swojego życia. Z pozoru niczego jej nie brakowało. Kierownicze stanowisko w dużym międzynarodowym banku, świetna pensja, wygodne mieszkanie. Ale coś pchało Joannę poza miasto. W każdy weekend wyjeżdżała na warsztaty jogi albo brała rower i pędziła do lasu. Może czuła się też samotna? Pogodziła się już z tym, że nie wyjdzie za mąż. Przed 40. urodzinami doszła do wniosku, że chce coś w życiu zmienić. Rozwój osobisty interesował ją coraz bardziej, zastanawiała się, czy nie zająć się nim profesjonalnie. Ale praca na pełen etat sprawiała, że nie starczało jej już energii na realizację marzeń, które snuła w wolnym czasie. Dlatego Joanna postanowiła ją rzucić.

- Niczego nie rzucałam - protestuje. - Nie lubię tego słowa. Media często go używają, ale mnie kojarzy się ono z niedojrzałością i rozchwianiem emocjonalnym. Wolę przemyślane i spokojne decyzje. Nie warto działać pod wpływem impulsów, bo emocje mogą być złudne. Lepiej wsłuchać się w to, czego chcę, a czego nie, co jest dla mnie najważniejsze, jak wyobrażam sobie moje życie za kilka lat. I tego się trzymać.

Joanna postanowiła dać sobie czas, żeby przeorganizować swoje życie. Odeszła z pracy i wyjechała w podroż na Bali, wyspę znaną z atmosfery duchowości. W drodze poznała Ousmane, uzdrowiciela z Senegalu, który zaprosił ją do Afryki. Dwa tygodnie po przyjeździe Joanny byli już po ślubie.

- Dziś wiem, że kiedy dojrzewamy do zmiany, sprawy w naszym życiu same układają się tak, abyśmy poszli we właściwym kierunku - mówi Joanna.

Jej nowym domem stał się Dakar, miasto między pustynią a oceanem. Joanna prowadzi zajęcia z jogi i medytacji, organizuje kobiece pobyty w Senegalu. Warszawska korporacja i Afryka to dwa różne światy. Bywało ciężko, także z powodów finansowych, ale Joanna nie żałuje swojej decyzji.

- Jakiś czas temu skręciłam kostkę. Musiałam pomóc sobie sama, masażami i okładami z liści kapusty. Kiedyś taka sytuacja byłaby dla mnie trudna do wyobrażenia. Firma zapewniała mi pakiet prywatnej opieki medycznej, a leki, których potrzebowałam, miałam w zasięgu ręki. Afryka i wyzwania finansowe, z którymi się zmierzyłam, uruchamiają we mnie duże pokłady zaradności i przedsiębiorczości. Senegal jest biednym krajem, ale energia przetrwania jest tu bardzo silna i niesamowicie stymuluje do działania. To właśnie tu poczułam zapał, którego przez dłuższy czas brakowało mi w wygodnej codzienności w Polsce.

Nie wyobrażam sobie takiej przyszłości

Afryka stała się też nowym domem Barbary Kucnerowicz-Polak, która jest przeciwieństwem typowej polskiej emerytki. Często obiecujemy sobie, że kiedy wreszcie przestaniemy pracować, będziemy robić tylko to, na co mamy ochotę, ale gdy ten moment w końcu nadchodzi, marzenia latami odwieszane na kołek przeważnie tam pozostają. Z Barbarą było inaczej. Po sześćdziesiątce jeździ skuterem, nurkuje, medytuje nad brzegiem morza i śpi pod gwiazdami. Jej w jej ogrodzie stoi stół, przy którym przez cały rok zbierają się goście, a jej dom zawsze jest pełen ludzi. Dom, który sama zbudowała.

- Moja emerytura przyszła wcześniej, niż się spodziewałam. A wraz z nią pora, by zdecydować, jak i gdzie ją spędzę - mówi Barbara. - Bo choć lubię moje polskie mieszkanie, przerażały mnie długie, ponure zimy. Joga czy siłownia to dla mnie za mało, potrzebuję ciepła i słońca. Zaczęłam szukać miejsca, gdzie co roku mogłabym przeczekać jesienno-zimowe miesiące.

Po zakończeniu pracy Barbara jedzie na wakacje do Egiptu. W Aleksandrii wstępuje do małego biura podróży i pyta, gdzie najlepiej zatrzymać się nad Morzem Czerwonym. Polecają jej Dahab na półwyspie Synaj. To dawna beduińska wioska, dziś miasteczko o hipisowskim klimacie, oaza nurków, wind- i kitesurferów oraz przybyszów ze wszystkich zakątków świata. Przeważają kempingi i małe pensjonaty, nie ma wielu wielkich hoteli. Jest środek zimy, a Morze Czerwone ma przyjemnie ciepłą temperaturę. Pod wodą kryją się piękne rafy koralowe, zachwycająca jest też przyroda na lądzie. Kto by pomyślał, że pustynia może być tak wielobarwna i różnorodna! Barbara przyjechała na kilka dni, zostaje na trzy tygodnie. Kilka lat później kupuje w Dahabie niewykończony dom.

- Kosztował mniej niż warszawska kawalerka mojego syna, ale cena i tak przewyższała moje oszczędności. Żeby zgromadzić pełną kwotę, sprzedałam w Polsce kawałek ziemi i wzięłam kredyt.

To był dopiero początek długiej drogi do wymarzonego domu.

- O budowie z udziałem lokalnych ekip długo by opowiadać. Egipscy mężczyźni nie szanują wiedzy i zdania kobiet, zwłaszcza w kwestiach technicznych. Tutejsi fachowcy długo nie mogli przywyknąć do tego, że na budowie wszystkie sprawy załatwiają z kobietą, w dodatku taką, która ma własne zdanie. Nie uniknęłam błędów: tu przepłaciłam, tam trzeba było coś poprawić lub zrobić od nowa. Ale mimo wszystkich remontowo-budowlanych przygód mam poczucie, że dokonałam właściwego wyboru. Mój dom ma niesamowicie pozytywną energię i osobisty klimat. Lubię gościć u siebie rodzinę i przyjaciół, a oni dobrze się tu czują. Jest tak, jak sobie wymarzyłam.

Magdalena Żelazowska, autorka bloga zgubsietam.pl

Wszystkie zdjęcia pochodzą z książki "Rzuć to i jedź", wydanej nakładem wydawnictwa National Geographic

INTERIA.PL/materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy