Reklama

Reklama

Kiedy regularnie staję na macie, w moim życiu wszystko samo doskonale się układa

Dziennikarka, tłumaczka, coacherka, a także matka... Jak odnaleźć w tym siebie? W rozmowie z Agnieszką Passendorfer, autorką książki "13 lekcji jogi", dowiadujemy się, czym jest joga, w jaki sposób zmienia ludzi oraz co ma wspólnego z pogonią za szczęściem.

Dominika Gębiś: Czy jogę można nazwać sportem? 

- Chyba nie... Ok, na macie można się spocić, wzmocnić  mięśnie i porozciągać. W Indiach podobno nawet są zawody w jodze, ale... joga to raczej sposób na pracę nad sobą, na rozwój - nie tylko fizyczny. Joga uczy właściwego oddechu, koncentracji, kontaktu z ciałem. Redukuje stres, poprawia krążenie, metabolizm, odporność - także psychiczną. Uczy, jak przekraczać granice w swoim tempie. Wzmacnia pewność siebie. Wielu sportowców pewnie uważa, że trening też daje im to wszystko, ale... nie wydaje mi się, że wszystko.

Reklama

- Joga może więcej niż sport. Poza tym, przeciwnie niż w sporcie, nie ma w niej miejsca na rywalizację czy bicie rekordów. To jasne, że robimy tak zwane postępy, wchodzimy głębiej w asany, możemy czuć się w nich coraz swobodniej, ale każdy ma inny cel, dla każdego "postęp" oznacza trochę co innego i każdy, kto decyduje się na regularną, uważną praktykę już od pierwszych zajęć zasługuje na miejsce na podium i na medal.

Skąd pomysł na właśnie taką scenerię do zdjęć? Warszawskie ulice, środek miasta... a pani ubiór na fotografiach nie jest typowy do praktykowania jogi. Nie ma też maty. 

- Lubię moje miasto, lubię moje dżinsy, lubię moją jogę. Chciałam ją pokazać nie w oderwaniu od życia, od ruchu, od chaosu, który panuje w mieście, ale właśnie jako część tego chaosu. Sceneria w stylu: raj na ziemi, palmy, kolorowe legginsy, którą znamy z Instagrama i z billboardów biur podróży, to nie mój klimat. Poza tym chciałam pokazać, że jogę można praktykować wszędzie, bo wszędzie jest miejsce na jogę.

W jaki sposób pani zdaniem joga zmienia ludzi?

- Staja się bardziej sobą. Stopniowo zrzucają wszystkie maski. Te, w które ubrali się, żeby zadowolić rodziców, nauczycieli, mężów, dzieci, przyjaciół, kogo tam chcieli zadowolić. W życiu często staramy się zasłużyć na czyjąś miłość, komuś zaimponować i też sami sobie coś udowodnić, żeby poczuć się lepiej. Joga chyba sprawia, że zaczynamy dostrzegać, jacy jesteśmy naprawdę, akceptować to, realizować nasze marzenia, czy naszą misję, bo ja wierzę, że każdy ma swoją misję, swoją ścieżkę, którą ma iść.

- Joga kieruje nas na tę ścieżkę, gdy z niej skręcamy. Czasem jest to bolesne, nie tylko dla nas, ale też dla naszych bliskich, bo przestajemy się ich słuchać, bo w procesie zmian bywamy nie do zniesienia - kłótliwi, apodyktyczni albo depresyjni. Ale z czasem te momenty harmonii ze sobą, akceptacji siebie, są coraz dłuższe i po pewnym czasie nasze relacje z innymi bardzo się poprawiają. Stajemy się szczęśliwsi, bardziej zintegrowani, wyluzowani, więc ludzie też czują się lepiej w naszym towarzystwie.

Czy w takim razie możliwe jest wspólne praktykowanie jogi - np. z partnerem? 

- Jest coś takiego jak partner joga czy acro yoga, gdzie praktykuje się z kimś - w parze. Ale można też po prostu być w związku z osobą, która praktykuje. To wzmacnia relację, bo generalnie wspólne zainteresowania i wspólne działania wzmacniają. Łatwiej się dzielić wrażeniami, gdy druga osoba wie, o czym się mówi i być może przeżywa to samo. 

Czy to wpływa na relacje z bliskimi?

- Tak. Joga działa jak detoks nie tylko na poziomie ciała, ale też na poziomie relacji. Po latach praktyki zauważyłam, że pewnych ludzi nie chcę już mieć blisko siebie. Tak samo, jak oczyściłam - czy raczej oczyszczam, bo to nieustający proces - swoje ciało z toksyn, tak samo oczyszczam swoje życie z toksycznych sytuacji. Dotyczy to ludzi, miejsc, książek, filmów, kosmetyków, suplementów diety… wszystkiego.

- Praktykując jogę stajemy się bardziej świadomi tego, co dla nas dobre, co nam służy. I tak z czasem rezygnujemy ze śmieciowego jedzenia, imprez, które są stratą czasu, ludzi - wampirów energetycznych, pewnych codziennych rytuałów czy pracy, która nie jest zgodna z naszą pasją. Moje życie się przez te lata zmieniło bardzo. W innym miejscu mieszkam, gdzie indziej wyjeżdżam na wakacje, inaczej robię zakupy, co innego jem i mam też innych przyjaciół. Niektórych, bo nie wszystkich wymieniłam. I nie wszyscy praktykują jogę. Chodzi raczej o to, że są to osoby, z którymi czuję się dobrze, które mnie inspirują, które wyznają podobne zasady etyczne. Podobno jest się średnią pięciu ludzi, z którymi najczęściej spędza się czas. Często sobie przypominam tę psychologiczną teorię i chce spędzać czas z kimś, kto jest OK.

Oprócz opisu ćwiczeń w kalendarzu są również wegańskie przepisy. A co z miłośnikami jogi o tradycyjnym polskim usposobieniu? Czy można skutecznie korzystać z ćwiczenia jogi bez zmiany nawyków żywieniowych?

- Można. Ale można też zjeść czasem jaglankę, nawet jeśli jest się przyzwyczajonym do kajzerki z szynką. Choćby dla eksperymentu. To nie jest przecież „wszystko albo nic”. Polacy zaczęli chodzić na sushi, a w hamburgerze zwykle jest listek sałaty i ogórek. Moje przepisy to jest propozycja przygotowania sobie i zjedzenia zdrowego, wegańskiego posiłku. Od ciebie zależy, czy będziesz jeść codziennie tylko tak, czy zjesz jeden taki posiłek w miesiącu. 

Jedzenie wegańskie poprawia efektywność wykonywanych pozycji? 

- Na mnie wegańska dieta działa tak, że jestem bardziej elastyczna i w związku z tym praktyka jest przyjemniejsza. Mięsa nie jem od wielu lat (ponad 20), więc teraz trudno mi ocenić różnicę, nabiał zdarzało mi się jeść jeszcze okazjonalnie pół roku temu i... tak, zdecydowanie czułam, że moje ciało gorzej współpracuje po twarożku. Podobno nabiał powoduje stan zapalny w stawach i stąd ta sztywność. Nie sprawdzałam tych badań, bo teoria nie jest w tym wypadku dla mnie taka istotna. W praktyce sery się nie sprawdzają. 

Dlaczego?

- Może ma to też związek z ahimsą. Zasadą niekrzywdzenia, którą staramy się przestrzegać w jodze. Jedzenie produktów pochodzenia zwierzęcego zawsze wiąże się z krzywdą dla zwierząt, nawet jeśli wybieramy produkty z ekologicznych gospodarstw. Hodowanie na mięso wiąże się z zadawaniem bólu - najpierw, bo chcemy by świnie czy drób przybrały na wadze, więc karmimy je dziwnymi substancjami, a potem zabijamy. Myślę, że nawet, gdy ta śmierć jest bezbolesna, to pojawia się strach - chyba nikt, także kura, krowa, świnia, nie chce umierać przedwcześnie i także kura przeczuwa, że na końcu "linii produkcyjnej" to ją właśnie czeka. Utrzymywanie krów w stanie "mlecznym" też nie jest dla nich ani naturalne, ani przyjemne, ani zdrowe. Sam proces zapładniania takiej krowy (żeby mogła być w ciąży, urodzić cielaka i dać mleko) to coś w rodzaju gwałtu wibratorem.

- Wierzę, że jak człowiek nie przyczynia się do bólu zwierząt, zwiększa mu się poziom empatii. Kolejnym etapem jest też empatia w stosunku do siebie i swojego ciała. Wie, czego może od niego wymagać, co jest dla niego dobre, w jakim tempie przekraczać swoje granice. Dzięki temu możemy rozwijać siłę i elastyczność, unikając kontuzji, przemęczenia, mikro (i nie tylko mikro) uszkodzeń mięśni czyli zakwasów. Kolejna rzecz - jestem pewna, że zjadamy te hormony strachu, stresu, bólu, poczucia krzywdy razem z mięsem i serem, jeśli decydujemy się na te produkty. W ciele weganina krąży więc prawdopodobnie mniej kortyzolu i adrenaliny niż w ciele kogoś, kto zjadła właśnie jajecznicę na boczku i popił mleczną latte. To na pewno też ma wpływ na samopoczucie na macie i na samopoczucie w ogóle.

Ile czasu zajmuje opanowanie asany do perfekcji? Jest to zapewne bardzo czasochłonne?

- Trudno mówić o perfekcji w jodze. Kiedy swobodnie oddychamy w asanie i dobrze się w niej czujemy - to jest ona dobrze wykonana, ale prawdopodobnie zawsze można ją zrobić jeszcze lepiej. No i są różne asany. W niektóre wejdziemy już na pierwszych zajęciach - jak w savasanę, pozycję trupa. Inne mogą być nieosiągalne przez całe życie, jak pewne balanse na rękach, zaplatanie lotosu w staniu na głowie... jak się popatrzy na pozycje z 3 czy 4 serii ashtangi, to dla większości ludzi, nawet dla większości joginów, nie będą one nigdy dostępne. 

Myśli pani, że gdyby nie joga, pani życie potoczyło by się inaczej? Byłaby pani inną osobą?

- Na pewno. Nie wiem, jaką, ale inną.

Dlaczego właśnie kalendarz? 

- Żeby notować i zauważać zmiany w czasie. Albo brak zmian. Zauważanie pozytywnych zmian poprawia humor, bo pokazuje, że jesteśmy skuteczni, że coś jest od nas zależne. Skoro pół roku temu byłam "tam", a teraz jestem "tu" i "tu", jest dużo lepiej, to powód do radości, satysfakcji i dumy. I do działania - bo to oznacza, że za kolejne pół roku może być jeszcze lepiej. Z kolei jeśli zajrzymy do kalendarza i dowiemy się z niego, że od pół roku tak samo narzekamy na związek, zdrowie, pracę... albo nawet jeszcze bardziej narzekamy, to informacja, że trzeba zmienić strategię. I to też motywuje. Do bardziej intensywnej albo do innej praktyki.

Pisze pani, że według psychologów 13 miesięcy, 28 dni - tyle potrzeba, aby zmienić nawyki. Co jeśli po tym czasie nie zmienią się one szczególnie? Trzeba zaczynać od nowa, aż do skutku?

- Im dłużej tkwiliśmy w jakiejś niekorzystnej sytuacji, pielęgnowaliśmy zły dla nas nawyk - tym więcej czasu potrzeba, żeby go zmienić. Ktoś kiedyś porównał trasy między komórkami nerwowymi w mózgu do ścieżek wydeptanych w zbożu. Im częściej, dłużej chodzimy tą ścieżką, tym jest wyraźniejsza, bardziej "łysa". Tym więcej potrzeba jej czasu, żeby znów zarosła, kiedy przestaniemy nią podążać. To dotyczy złych przyzwyczajeń.

- Jeśli chodzi o dobre - wychodzenie ścieżki, żeby było nam łatwiej po niej iść, też wymaga czasu. Jeśli po 28 dniach nic się nie zmieni to - jak w odpowiedzi na poprzednie pytanie, może czas na zmianę strategii. Jeśli się zmieniło, ale jeszcze nie jest to satysfakcjonująca zmiana, trzeba iść dalej. Aż będzie łatwo. Mój nauczyciel mawia, że "wszystko jest trudne, zanim stanie się łatwe". Ma na myśli asany, ale dotyczy to też nowego stylu życia, stylu myślenia. Widzę, że tak jest. Choć pewne zmiany wymagają więcej czasu, inne mniej. Ja po ponad 20 latach praktyki wciąż zbaczam na ścieżki, którymi nie chciałabym iść i czasem przedzieram się przez ścieżki jeszcze niewydeptane i idę nimi bardzo wolno, ale idę. Jestem pewna, że warto iść. 28 dni to dobry początek, żeby sprawdzić, czy metoda działa, czy kierunek, który obraliśmy jest właściwy.

Twierdzi pani, że joga jest dla wszystkich, tylko nie dla leniwych. Jest to jedyny wyznacznik? 

- Nie znam innych przeciwwskazań. Oczywiście, przy poważnych kłopotach za zdrowiem czy w szczególnych okresach życia (na przykład w ciąży, po chorobie, po wypadku...)  praktykę trzeba dostosować do siebie. Wtedy przyda się nauczyciel czy nawet lekarz lub fizjoterapeuta, który podpowie, co i jak robić. Nie spotkałam jednak osoby, która nie mogłaby praktykować żadnej asany...



Będzie pani nadal aktywnie motywować do praktykowania jogi? Jest w planach kolejna książka?

- Jest. Już nawet plik taki powstał w moim laptopie i nawet już coś się w tym pliku pojawiło.

Podsumowując, gdyby miała pani w kilki zdaniach opisać dlaczego warto spróbować i zachęcić tym czytelników do przełamania się, jak by one brzmiały?

- Jeżeli nie czujesz się dobrze w swoim ciele, w swojej głowie, w swoim życiu - zwróć uwagę, że zawsze możesz to zmienić. Do ciebie należy decyzja i ty ponosisz odpowiedzialność za to, jak się czujesz. Jednym ze sposobów na to, by poczuć się lepiej jest joga. System sprawdzony przez tysiące lat, przez miliony ludzi. Nie ma negatywnych skutków ubocznych, więc... spróbuj!

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje