Reklama

Reklama

Marek Siewert: W zeznaniach byłego chłopaka Iwony Wieczorek znalazłem dużo sprzeczności

W marcu 2020 roku śledczy wznowili śledztwo dotyczące zaginięcia Iwony Wieczorek – przeszukane zostały m.in. ogródki działkowe, na których dziewczyna spędzała czas ze znajomymi w dniu zaginięcia. Poniżej publikujemy fragment książki dziennikarza śledczego Janusza Szostaka pt. „Co się stało z Iwoną Wieczorek”?

Rozmowa z Markiem Siewertem, byłym analitykiem Komendy Głównej Policji.

Reklama

Janusz Szostak: Ma pan na koncie wiele głośnych spraw związanych z zabójstwami. Większość z nich udało się rozwiązać.

Marek Siewert: - Kilka tych spraw rzeczywiście w życiu zrobiłem. I do tej pory się jakoś nie myliłem. Między innymi była to sprawa zabójstwa w 2000 roku czterech bezdomnych w Warszawie na Koziej Górce czy zabójstwo w 2001 roku czwórki pracowników filii Kredyt Banku przy ulicy Żelaznej w Warszawie (…).

Zajmował się pan także sprawą zabójstwa generała Marka Papały. Przypomnijmy krótko pańską rolę w tej sprawie.

- Byłem osobą wiodącą, która pisała analizę tej sprawy, dwukrotnie zresztą. Za pierwszym razem zostałem wykpiony. W 2002 roku doszło wręcz do awantury podczas spotkania, na którym omawialiśmy naszą pracę. Bo analizę pisaliśmy we trzech. Zostaliśmy wręcz wyśmiani, że tworzymy niewiarygodną historię, która nijak ma się do rzeczywistości, bo przecież generała Papałę zabiły służby specjalne. Wszyscy się śmiali z trzech młodych policjantów, którzy rzekomo napisali głupoty. Nasi przełożeni wykreowali własną analizę i mieliśmy się pod nią podpisać. Ja tego nie zrobiłem. Powiedziałem, że napiszę odrębną. Stwierdziłem, że wnioski zawarte w ich analizie są mało wiarygodne. Czułem się wtedy niechciany, jakby mi mówili, abym się nie ośmieszał. Mimo że prokuratura nakazała wtedy, by policja wykonała czynności, które zaleciłem, nadzorujący tę sprawę prokurator Jerzy Mierzewski wydał polecenie, że nie wolno wykonywać żadnych moich zaleceń.

Jaka była pańska wersja tej zbrodni?

- Moim zdaniem doszło do niej w wyniku kradzieży samochodu przez złodzieja, który zrobił wszystkich w konia i stał się świadkiem koronnym. Do czego ten niezbyt drogi samochód był mu potrzebny - to zupełnie inna para kaloszy. Faktem jest, że generała - moim zdaniem - zabił Igor Ł., pseudonim "Patyk". Czy umyślnie, czy nie, w każdym razie to on jest winny. Zapewne zrobił to przypadkowo. (…)

Inną głośną sprawą, którą pan się zajmował, i która od lat wywołuje wiele emocji, jest zaginięcie Iwony Wieczorek. Jak to się stało, że zaangażował się pan w wyjaśnianie tej zagadki?

- W 2011 roku Marek Dyjasz, ówczesny dyrektor Biura Kryminalnego Komendy Głównej Policji, wydał mi polecenie, bym pojechał do Gdańska i zrobił analizę tej sprawy. Miałem jej się przyjrzeć i zainteresować tym, co już zrobiono. Na zasadzie pomocy funkcjonariuszom gdańskiej policji. Pojechałem tam wraz z kolegą z Biura Wywiadu Kryminalnego, który miał mi pomagać. Na początku zszokowało nas to, że zamiast szumnej grupy, która miała pracować przy Iwonie, sprawą zajmował się tylko jeden policjant. Co prawda miał on dużo siły i chęci, jednak sam niewiele mógł zdziałać. Przeczytaliśmy akta tej sprawy - część na miejscu, a część przesłano nam do Komendy Głównej.

Na co zwracał pan uwagę podczas lektury akt i badania materiału dowodowego?

- Zabójstwa wykrywa się na zasadzie szukania szczegółów i eliminowania nieistotnych rzeczy. Jakby układało się puzzle. Dopasowujemy jeden element do drugiego. Z tym, że jeżeli jeden z puzzli nie zgadza się z drugim, to nie można go docinać, upychać na siłę. Bo jeśli tak zrobimy, nie da się rozwiązać sprawy.

Kto na początku był głównym podejrzanym?

- W pierwszej wersji jej kolega Paweł P., z którym tej nocy poszła na dyskotekę w Sopocie. On niby chciał z nią być, ale z drugiej strony nie chciał. Interesował się wieloma kobietami, a Iwona była na zasadzie: uda się, to się uda, a jeśli nie, to nie. Podejrzewaliśmy tego mężczyznę, ale w ramach eliminacji faktów i ich analizy, między innymi sprawdzania billingów i temu podobnych działań, wyszło nam, że nie mógł tego zrobić. Nie tylko dlatego, że babcia z dziadkiem dawali mu alibi. Wykazała to analiza billingów dwóch telefonów komórkowych, które w owym czasie posiadał. W tej chwili nie potrafię tego panu przedstawić graficznie, bo to trzeba zobaczyć. Zresztą zakładaliśmy też, że osoba, która miałaby dokonać zabójstwa, nie wiedziała, jak Iwona może się zachować. Po kłótni wyszła z dyskoteki, ale nikt nie wiedział, jak zareaguje, co zrobi dalej. Mogła wyjść, oburzyć się i wrócić. Mogła też wyjść, spotkać kogoś znajomego i razem z nim pójść na piechotę. Albo jakąś okazją pojechać do domu. Mogła również skorzystać ze środków komunikacji miejskiej i wtedy ewentualny sprawca, który zamierzał zrobić jej krzywdę, nie miałby możliwości tego dokonać. Gdyby Paweł P. chciał to zrobić, nie mógł przewidzieć, jak postąpi Iwona. Gdzie i z kim będzie, że cały czas będzie szła na piechotę.

Nie dzwonił do niej, nie było połączeń?

- To, że odbierał te telefony i na nie reagował, nie jest niczym nadzwyczajnym. Każdy z nas postąpiłby tak samo. Jeżeli leżę w domu na łóżku i dostaję od dziewczyny esemesa: "Zadzwoń, zadzwoń", to - mimo że jestem na nią obrażony - i tak oddzwonię. Ale ona już wtedy nie odbierała.

Więcej o książce Janusza Szostaka pt. "Co się stało w Iwoną Wieczorek" przeczytasz TUTAJ.

Dowiedz się więcej na temat: Iwona Wieczorek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje