Reklama

Reklama

Maria Tarnowska: Niezwykła dama Polskiego Czerwonego Krzyża

Joanna Puchalska w książce "Z polskiego domu" przedstawia losy kobiet pochodzących z wpływowych oraz szanowanych polskich rodów, które nie tylko osiągnęły sukces, ale też wykazały się wielką odwagą. Przeczytaj fragment o Marii Tarnowskiej - wiceprezes Polskiego Czerwonego Krzyża, która podczas wojny pomagała więźniom Pawiaka i mieszkańcom getta. A w czasie Powstania Warszawskiego negocjowała z Niemcami wyjście ludności cywilnej z miasta.

Czerwony Krzyż zasadniczo pracował jawnie i nie uczestniczył w konspiracyjnych akcjach. Zdarzało się jednak, że udzielał schronienia osobom poszukiwanym czy pomagał w zdobyciu fałszywych dokumentów. A że wśród objętych opieką kobiet i dzieci znajdowały się pozostałe bez środków do życia wdowy po oficerach, którzy zginęli w kampanii wrześniowej, oraz żony jeńców wojennych i mężczyzn aresztowanych przez Niemców lub Sowietów, na takie cele emigracyjny rząd londyński przekazywał znaczne sumy w dolarach i za pośrednictwem struktur podziemnych kwoty te trafiały do organizacji charytatywnych, w tym do Czerwonego Krzyża. Pieniądze umieszczano na tajnych kontach, gdyż Niemcy ściśle kontrolowali wszelkie wpływy.

Reklama

Zimą 1942 roku władze okupacyjne postanowiły zlikwidować PCK. "Jesteście bandą konspiratorów. Nie zamierzam tego dłużej tolerować" - usłyszała hrabina Tarnowska od nowego dyrektora wydziału wewnętrznego urzędu Gubernatora Generalnego. Nie ustąpiła. Dwie godziny dyskutowała z nim, aż udało się wynegocjować kompromis. PCK mógł nadal wspierać szpitale, ale prowadzenie sierocińców i wiejskich ośrodków zdrowia zostało zawieszone. Stracił też prawo przyjmowania nowych członków i zabiegania o fundusze, a szkoły pielęgniarskie miały zostać zamknięte. Co oznaczało, że utworzone przez nią ośrodki zdrowia nie miały szans na przetrwanie przy braku środków finansowych i wykwalifikowanych pielęgniarek.

Angażowanie się w ruch oporu mogło bardzo zaszkodzić, co nie zmieniało faktu, że dyrektor miał kontakty z przedstawicielami podziemnego rządu. Maria Tarnowska z początku nie uczestniczyła w działalności konspiracyjnej i jedynie z rzadka dostawała nielegalne zadania, jak na przykład przygotowanie dokumentów dla osób, które musiały się ukrywać. Na takie trefne materiały miała skrytkę w wydrążonym polanie, które w razie zagrożenia służąca natychmiast wynosiła do kuchni i wkładała do skrzyni z opałem. Tarnowscy korzystali z tego, że ich dom przy ulicy Piusa XI 1b (tak się wtedy nazywała ulica Piękna) nie wzbudzał podejrzeń hitlerowców, między innymi dzięki temu, że mieszkało tu kilku niemieckich urzędników. Najciemniej jest pod latarnią i w jednym z mieszkań odbywały się konspiracyjne szkolenia wojskowe. W miarę bezpiecznie mógł się też wprowadzić członek polskiego rządu Stanisław Jasiukowicz.

W połowie 1942 roku Adam Tarnowski zachorował poważnie, miał niewydolność układu krążenia. Zalecono mu spokój, odpoczynek i zupełny bezruch przez kilka tygodni. Maria starała się być jak najwięcej przy nim i właśnie wtedy została aresztowana. Przyszli po nią wieczorem. Bezradny mąż próbował protestować, że ona nie miesza się do polityki, że zajmuje się wyłącznie działalnością charytatywną. Na szczęście rewizję przeprowadzono niedbale i polano ze skrytką nie wpadło w niepowołane ręce.

Trafiła na Serbię, kobiecy oddział Pawiaka, do ośmioosobowej celi, gdzie było dwadzieścia pięć więźniarek. Po tygodniu zabrano ją na Szucha. Zarzucano jej nielegalne przyjęcie pieniędzy dla PCK z zagranicy w porozumieniu z dyrektorem Rady Głównej Opiekuńczej, który został zatrzymany wcześniej. Jej zeznania oczyściły dyrektora z zarzutów, ale i tak spędziła na Pawiaku jeszcze kilka miesięcy, podczas których wzywano ją na przesłuchania i starano się znaleźć potwierdzenie współpracy PCK z Podziemiem. Choć Niemcy nie mogli jej niczego udowodnić, i tak trafiłaby do Oświęcimia, gdyby nie starania męża o jej uwolnienie i interwencje Czerwonego Krzyża z zagranicy. Wskutek tych zabiegów wypuszczono ją na krótko przed Bożym Narodzeniem. Uznała wtedy, że skoro podejrzenia wobec jej osoby oficjalnie zostały rozwiane, może wstąpić do Armii Krajowej. Zaprzysiężona została w marcu 1943 roku. Otrzymała od razu stopień porucznika, ponieważ dwadzieścia lat wcześniej służyła w wojsku. Teraz miała szkolić sanitariuszki do pracy w oddziałach partyzanckich. W strukturach AK dosłużyła się stopnia majora.

W kwietniu 1943 roku przyszła tragiczna wiadomość o odkryciu grobów polskich oficerów w Katyniu. "Zapomnieliśmy o braku żywności, opału, środków do życia, a tysiące rodzin pogrążyły się w żałobie i bezdennej rozpaczy". Niemcy chcieli wykorzystać sprawę katyńską do propagandy przeciwko Stalinowi, zupełnie jakby w czasie, kiedy Sowieci rozstrzeliwali Polaków, nie był ich sojusznikiem. Jak pisze Maria Tarnowska, z ust tych, którzy mordowali ludzi w obozach koncentracyjnych, dziwnie było słyszeć stwierdzenie, że dotąd nie było zbrodni stanowiącej tak straszliwe pogwałcenie praw międzynarodowych. Zarząd PCK nie dał się wciągnąć w te rozgrywki i odmówił pojechania na miejsce kaźni, zasłaniając się tym, że statut zabrania opowiadania się po jednej ze stron, a w tym przypadku musiałoby tak być. Za zgodą Delegatury Rządu na Kraj, pojechał tam pisarz Ferdynand Goetel, który potem przekazał Czerwonemu Krzyżowi swoje sprawozdanie. Dopiero gdy zaczęto ogłaszać nazwiska pomordowanych i wiele osób przychodziło do Czerwonego Krzyża, aby się czegoś dowiedzieć, do Katynia udała się pierwsza delegacja PCK z Kazimierzem Skarżyńskim na czele. Jej zadaniem było zweryfikowanie danych i dopilnowanie, aby zamordowani mieli godny pogrzeb.

***

Maria Tarnowska była w konspiracji na tyle ważną osobą, że znała wcześniej datę i godzinę rozpoczęcia Powstania Warszawskiego. Jednak wskutek zamieszania nie dotarła do niej na czas wiadomość, gdzie i do którego oddziału ma dołączyć, toteż pierwszy tydzień spędziła w mieszkaniu, zajmując się chorym mężem i ludźmi, którzy się u nich schronili. Kamienica była niczym ziemia niczyja. U wylotu ulicy stała powstańcza barykada, naprzeciwko znajdowały się pozycje niemieckie. Na podwórko padały granaty, z okien i balkonów leciały butelki z benzyną, pocisk czołgowy rozwalił łazienkę, na dach spadały bomby zapalające, które gaszono pod ostrzałem niemiec­kiej broni maszynowej. Z okna widziała jadący czołg, na którego pancerzu Niemcy umieścili kobiety jako żywe tarcze.

Dopiero po kilku dniach od rozpoczęcia walk dotarła do dowództwa Wojskowej Służby Kobiet, korzystając z sieci przejść przebitych w piwnicznych murach domów. Została komendantką sanitariuszek w rejonie, organizowała punkty pierwszej pomocy i szpitale polowe, w których pomagano także rannym żołnierzom niemiec­kim. Początkowo szpitale umieszczano na piętrze, a gdy ostrzał się nasilił, przeniesiono je do piwnic. Operacje odbywały się przy świecach i lampach naftowych.

Jako że miała kontakt ze swoim dawnym lokatorem Stanisławem Jasiukowiczem, zastępcą Delegata Rządu na Kraj, lepiej niż inni orientowała się w sytuacji politycznej. Doskonale zdawała sobie sprawę, że sytuacja jest beznadziejna i że Stalin celowo wstrzymuje ofensywę na Wiśle, zostawiając Warszawę na pastwę Niemców. Ci zaś, łamiąc wszelkie konwencje humanitarne, nie respektowali znaku Czerwonego Krzyża, bombardowali oznaczone nim szpitale, a po ich zajęciu mordowali rannych i personel.

Na kolejnej stronie dowiesz się m.in., jak przebiegały rozmowy kapitulacyjne >>

* Więcej o książce "Z polskiego domu" przeczytasz TUTAJ.

W miarę nasilania się walk i wycofywania się oddziałów powstańczych coraz bardziej pogarszała się sytuacja mieszkańców uwięzionych w walczącym mieście jak w pułapce. Czerwony Krzyż miał za zadanie przede wszystkim pomagać ludności cywilnej, toteż zgłoszono dowództwu propozycję, aby wynegocjować z Niemcami wyjście cywilów z miasta. W imieniu PCK i dowództwa Armii Krajowej pierwsze rozmowy ze stroną niemiecką prowadziła Maria Tarnowska i jej współpracownicy. Przyjął ich generał Günther Rohr i korzystając z okazji, zaczął namawiać do całkowitego przerwania walk i kapitulacji. Hrabina Tarnowska odpowiedziała stanowczo, że nie ma upoważnienia do takich rozmów, a jedynie może uzgadniać warunki wyjścia ludności cywilnej. Termin ustalono na następny dzień między szóstą a dziesiątą rano i po południu od drugiej do piątej. Obie strony zobowiązały się do zaprzestania ostrzału. Na zakończenie generał Rohr poprosił o przekazanie generałowi Borowi, że jest gotów do podjęcia rozmów w sprawie zawieszenia broni z oficerem mającym stosowne pełnomocnictwo. Zapewnił, że sugerował już swoim zwierzchnikom, aby w przypadku kapitulacji traktowali powstańców jako regularne wojsko - w uznaniu ich wartości bojowej.

Gdy polska delegacja wyszła z kwatery Rohra, zaczepił ich butny major SS. Maria Tarnowska zapisała tę rozmowę.

"- Wracacie do bandytów? - zapytał, gdy wysiedliśmy. Miałam tego dość.

- Panie majorze - powiedziałam - pański zwierzchnik, generał Rohr, z którym niedawno rozmawialiśmy, z podziwem mówił o żołnierzach Armii Krajowej. Uważa ich za regularne wojsko. Będę zobowiązana, jeśli w rozmowie ze mną zechce pan przestrzegać tych samych zasad.

Krew napłynęła mu do twarzy; zrobił się czerwony. Patrzyłam mu w oczy, czekając, co zrobi. Wolno uniósł ramię i z ociąganiem zdjął czapkę.

- Proszę mi wybaczyć, pani hrabino. Zaszło nieporozumienie. Wiem, że to wspaniali żołnierze".

Epizod ten Maria Tarnowska opisuje z wielką jak zwykle skromnością, ale widać z przebiegu rozmowy, że miała w sobie wielką klasę i budziła szacunek u wrogów.

Już w przeddzień wieczorem zaczęli się gromadzić ci, którzy chcieli rano opuścić miasto. Tak jak obiecali Niemcy, ogień przerwano. Wzdłuż ulicy stali żołnierze Wehrmachtu, nie było SS. Warszawiacy wychodzili w dwustuosobowych grupach, prowadzeni przez siostry Czerwonego Krzyża z flagami. Różne opracowania podają różne liczby. Maria Tarnowska pisze, że pierwszego dnia wyszło około dziesięciu tysięcy ludzi, drugiego - już tylko cztery tysiące, a trzeciego - zaledwie kilkuset. Stolicę opuszczali przede wszystkim ci, którzy z różnych względów najciężej znosili stan oblężenia. I dobrze, że tak się stało, również dlatego, że pozostało mniej ludzi do wyżywienia, co przy ograniczonych zapasach żywności i dostępie do wody miało ogromne znaczenie. Nie wszystkich obietnic strona niemiecka dotrzymała. Uchodźcy nie mogli odejść wolno, lecz trafili do przejściowego obozu pod Warszawą, gdzie panowały straszne warunki. Dopiero po czterdziestu ośmiu godzinach i interwencji polskiego personelu wypuszczono z obozu kobiety z małymi dziećmi, osoby chore i starsze.

Tymczasem ona dostała rozkaz przekazania odpowiedzi generała Bora na niemiecką propozycję zawieszenia broni, toteż drugiego dnia ewakuacji, 8 września, razem z kolumną uchodźców ponownie opuściła pozycje powstańcze, spotkała się z Rohrem i umówiła się na oficjalne spotkanie tego dnia po popołudniu. Podczas kolejnych rozmów Rohr podtrzymał obietnicę traktowania powstańców jak wojsko, jednak Bór-Komorowski ostatecznie odrzucił propozycję kapitulacji. Jedną z przyczyn tej decyzji był niemiecki zamiar ewakuacji całej ludności Warszawy, nie tylko walczących powstańców. W rezultacie po trzech dniach stosunkowego odprężenia walki rozgorzały z całą zaciekłością. Kolejne tygodnie były koszmarne. Brak jedzenia i wody, wszędzie gruzy, niemal ciągły ostrzał, śmiertelne zmęczenie.

Dwudziestego dziewiątego września generał Erich von dem Bach poprosił o przysłanie delegacji Czerwonego Krzyża do Pruszkowa, aby stwierdziła, czy powstańcy trzymani w obozie są traktowani jak żołnierze. Oprócz Marii pojechali doktor Hieronim Bartoszewski, podpułkownik Bohdan Zieliński "Tytus Barski" oraz porucznik Alfred Korczyński "Sas" jako tłumacz. W drodze powrotnej zawieziono ich do kwatery von dem Bacha. Generał zawiadomił, że chce, aby Czerwony Krzyż przeprowadził ewakuację pozostałej ludności cywilnej i pacjentów szpitali w Warszawie. Kiedy zaprotestowała, że miasto jeszcze nie skapitulowało, odparł, iż to kwestia najbliższych dni. Radził, żeby załatwić tę sprawę z Wehrmachtem, a nie czekać, aż zajmie się nią Gestapo.

Rozmowy kapitulacyjne, obejmujące także wyjście ludności cywilnej, zostały podjęte już następnego dnia, czyli 30 września. Delegacja polska spotkała się w Ożarowie z generałem von dem Bachem. Maria Tarnowska, wiceprezes PCK, występowała także w imieniu Rady Głównej Opiekuńczej. Von dem Bach zapewnił, że udzieli wszelkiej pomocy przy ewakuacji, da ciężarówki, ambulanse, samochody. Kto ma własny transport, będzie mógł zabrać meble. Strona niemiecka gwarantowała traktowanie żołnierzy-powstańców na prawach kombatanckich, zgodnie z konwencjami genewskimi. Układ o zaprzestaniu działań wojennych w Warszawie podpisano w nocy z drugiego na trzeciego października 1944 roku.

Andrzej L. Żółtowski napisał w posłowiu: "W czasie rozmów kapitulacyjnych Powstania Warszawskiego protokolant rokowań, porucznik Wehrmachtu, Gerhard von Jordan zanotował: «W tym momencie, gdy protokół był gotów, mieliśmy wrażenie, że to nie Polacy kapitulują, lecz my - przed starą hrabiną»".

***

Polski Czerwony Krzyż nadzorował ewakuację szpitali i punktów opatrunkowych wraz z rannymi i chorymi. Jednocześnie wychodzili z miasta mieszkańcy, kierowani przez Niemców do obozu przejściowego Dulag 121 w Pruszkowie. Całą operację od Wehrmachtu przejęło Gestapo i polska strona na próżno powoływała się na uzgodnione paragrafy umowy kapitulacyjnej. Niemcy nie respektowali obietnic von dem Bacha o udzielaniu pomocy opuszczającej Warszawę ludności.

Powstańcy wychodzili 4 października. Maria Tarnowska stała, salutując obok barykady przy ulicy Śniadeckich. "Żegnałam oddziały Armii Krajowej, dumę polskiego podziemia, z trudem zachowując kamienną twarz".

Wieczorem w przeddzień opuszczenia Warszawy została poproszona o przeszmuglowanie należących do Podziemia pieniędzy w niebagatelnej kwocie pół miliona dolarów. Władze konspiracyjne uznały, że właśnie jej uda się tego dokonać, bo Niemcy przepuszczą ją bez rewizji i nie wezmą do obozu w Pruszkowie. W pierwszej chwili odmówiła, uznawszy, że to szaleństwo, ostatecznie jednak się zgodziła. Pieniądze zostały zaszyte w specjalnej kamizelce i aby niespodziewana "tusza" nie wzbudziła podejrzeń, na wierzch narzuciła luźne futro. Zgłosiła się do niemieckiego patrolu i powiedziała oficerowi, że generał von dem Bach obiecał jej auto, żeby mogła przewieźć chorego męża. Samochód dostała, kierowca zawiózł ich do Leśnej Podkowy. Przenocowali w leśniczówce. Nazajutrz Maria oddała pieniądze i wreszcie mogła zająć się sobą i Adamem. Najpierw znaleźli schronienie w należącym do kuzyna Eryka Kurnatowskiego Młochowie, koło Nadarzyna i tu odnalazł ich inny kuzyn, ordynat Jan Zamoyski, który niedawno ulokował swoją rodzinę w willi w Ojcowie. Zabrał ich tam ze sobą.

* Więcej o książce "Z polskiego domu" przeczytasz TUTAJ.

Fragment książki
Dowiedz się więcej na temat: Czerwony Krzyż | PCK

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy