Reklama

Reklama

Martyna Kaczmarzyk: Polacy w Gruzji spotykają się z sympatią na każdym kroku

Turyści pokochali Gruzję. W 2019 roku odwiedziło ją dziewięć milionów osób, w tym wielu Polaków. To sporo jak na trzymilionowy kraj. Niestety, pandemia ukróciła ten turystyczny boom, co mocno odbiło się na gruzińskiej gospodarce. O fenomenie Gruzji, sympatii Gruzinów do Polaków oraz trudnościach, z jakimi mierzą się tam na co dzień Gruzinki w rozmowie z Interią opowiedziała Martyna Kaczmarzyk - Polka, która od ośmiu lat mieszka w tym niezwykłym kraju, autorka bloga „Martyna z Gruzji” oraz właścicielka jednej z najlepszych wypożyczalni samochodów terenowych.

Iwona Wcisło, Interia: Kiedy dwa lata temu wybierałam się do Gruzji, doradzono mi, by w razie kłopotów, np. gdy ktoś weźmie nas za Rosjan, krzyknąć Kaczyński lub Lewandowski. Czy rzeczywiście Polacy cieszą się tam tak dużą sympatią?

Martyna Kaczmarzyk: - Polacy w Gruzji spotykają się z sympatią na każdym kroku. Gość w pojęciu gruzińskim zawsze jest darem od Boga, ale goście z Polski są wyjątkowo pożądani. Właściciele hoteli, sprzedawcy na bazarze czy kierowcy bardzo się cieszą, kiedy mówimy, że jesteśmy z Polski. Zdarza się, że w restauracji ktoś z tego powodu postawi nam wino lub zaprosi do swojego stolika, by wznieść toast. Jawimy się jako przyjaciele z Zachodu, którzy w obliczu wojny w 2008 roku wyciągnęli do Gruzinów pomocną dłoń. I ten dobry PR trwa już 13 lat. W Batumi znajdziemy ulicę Lecha i Marii Kaczyńskich, w Tbilisi ulicę Lecha Kaczyńskiego, a w Kutaisi monument Władysława Raczkiewicza.

Reklama

Jak zaczęła się twoja przygoda z Gruzją?

- Historia zaczęła się w 2013 roku, kiedy zapisałam się na studencki wyjazd do Gruzji. Nie był to jeszcze popularny kierunek podróżniczy i kompletnie nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Otwarto pierwsze połączenie lotnicze Katowice-Kutaisi i polecieliśmy. Zastaliśmy Gruzję bez wyremontowanych dróg, turystów i tego, do czego przywykliśmy w Polsce, czyli komfortu. Zakwaterowano nas w budynku, w którym wyremontowane były tylko dwa piętra. Pozostałe cztery przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy z powybijanymi oknami i dziurami po kulach.

- Zostaliśmy przyjęci zgodnie z gruzińskim zwyczajem, czyli bardzo dużą ilością wina i czaczy (40-60-proc. alkoholu produkowanego z wytłoków winogronowych - przyp. red.). Wyjazd ten niewiele miał wspólnego ze studiowaniem, ale pozwolił nam poznać Gruzję od środka - gospodarze zapraszali nas bowiem do swoich domów. To był kolorowy czas, który sprawił, że zakochałam się w tym kraju.

Dlaczego postanowiłaś w nim zamieszkać?

- Już pierwszego dnia poznałam mojego obecnego męża! Można więc powiedzieć, że moja miłość do Gruzji zaczęła się od miłości do Gruzina. Musiałam jednak znaleźć na siebie pomysł, by ta miłość mogła przetrwać. W ciągu roku po mojej pierwszej wizycie odwiedziłam Gruzję w celach turystycznych pięć razy, a w 2014 roku podjęłam tam swoją pierwszą pracę - w firmie turystycznej w Tbilisi. Byłam bardzo zdeterminowana (śmiech).

Co, poza Gruzinem, urzekło cię w tym kraju najbardziej?

- Z całą pewnością adrenalina dnia codziennego. W Gruzji nic nie jest dane i oczywiste - nawet jazda taksówką jest tu wyzwaniem. Kierowca może oczekiwać, że to ty mu powiesz, jak jechać, albo wywiezie cię w zupełnie innym kierunku. A w drodze do wybranego przez ciebie hotelu zaproponuje lepszy, który należy do jego przyjaciela.

- Życie w Gruzji jest przepełnione poczuciem wolności, którą każdy sobie tu ceni. Choć ta wolność może się przejawiać w uciążliwy dla innych sposób. Na przykład w urządzaniu imprezy z gruzińską muzyką i tańcami do czwartej rano czy zaparkowaniem na zakazie, bo dzięki temu ktoś ma bliżej do sklepu o 100 m.

- Tutaj wszystko przychodzi mi z łatwością. Wiele rzeczy można załatwić w miarę szybko i bezproblemowo. Gruzja, jako kraj mało rozwinięty, daje duże pole do popisu.  Mam poczucie, że mogę tu zrealizować wszystko, co sobie wymarzę. Wydaje mi się, że w Polsce niezwykle trudno byłoby mi w wieku 26 lat otworzyć wypożyczalnię samochodów terenowych. Nie miałabym takiej siły przebicia, a tu wręcz przeciwnie.

- Jako smakosz nie mogę pominąć faktu, że Gruzja jest przepyszna. Kuchnia jest uzależniająca - wyjątkowo smaczna, choć też kaloryczna. A gruzińskie wino? Czysta rozkosz dla podniebienia.

- No i najważniejsze: Gruzja jest pięknym krajem. Gdy mieszkałam w Polsce, to nie pamiętam, żeby chciało mi się spontanicznie jechać w góry, a tutaj doświadczam tego bardzo często. Gruzja wręcz wzywa, by przeżyć jakąś przygodę, a do tego jest niezwykle różnorodna. Jednego dnia możesz być w Batumi i kąpać się w morzu, drugiego w Stepandzmidzie pić kawę z widokiem na Kazbek, a trzeciego rozkoszować się winem w Kachetii. To jest niesamowite doświadczenie.

A czego w Gruzji nie jesteś w stanie zaakceptować?

- Nie jestem w stanie zaakceptować miejsca kobiety w społeczeństwie, w domu. Tego, że mój teść, kiedy potrzebuje szklankę wody, to zamiast wstać i ją sobie wziąć, woła żonę.

- Nie podoba mi się też egoizm Gruzinów. Nie widać go na pierwszy rzut oka, ale przy dłuższym pobycie okazuje się, że ludzie, którzy tak dbają o swój wizerunek honorowych i gościnnych, okłamują cię na każdym kroku. Robi to mechanik, taksówkarz czy sklepikarz, dosłownie wszyscy.

- Ten egoizm uwypukliła pandemia. Nikt tu nie chodzi w maseczce i zdarza się, że chore na COVID-19 osoby jeżdżą po mieście, odwiedzają swoich dziadków i biorą udział w imprezach, podczas których wszyscy piją z jednej szklanki.

- Nie mogę się też pogodzić z brakiem poszanowania dla środowiska. Gruzini nagminnie wyrzucają śmieci, wszędzie. Nie mieści mi się w głowie, żeby wyrzucać śmieci na ulicę, a Gruzini, którzy tak kochają swoją ojczyznę, nie mają żadnych oporów. I ten stos jednorazówek w supermarkecie. Weźmiesz pięć samotnych bananów i każdy jest pakowany do oddzielnej reklamówki. Jest ich potem tyle, że wiszą wszędzie - na drzewach, płotach.  Gruzja w tym temacie ma wiele do przepracowania.

Wspomniałaś o sytuacji Gruzinek. Jak wygląda ich codzienność?

- Jednym z moich największych strachów jest to, że z biegiem czasu przywyknę do kobiecej roli, jaką Gruzja nakłada na Gruzinki. Tu od najmłodszych lat widoczny jest silny podział ról społecznych. Kobiety mają zajmować się domem i obsługiwać gości - gotując i podając do stołu. A mężczyźni mogą robić, co im się podoba.

- Znam wiele kobiet, które nie mogą jeździć samochodem czy pójść na siłownię. Dla mojego męża na początku znajomości dużym zaskoczeniem było to, że chcę wypić kawę sama na mieście. Dla Gruzinów to zachowanie prowokacyjne, oznaka, że szukam atrakcji. Tak samo źle widziane jest spacerowanie w pojedynkę. Kobiecie nie wypada. Właściwie jedyne, co jej wypada, to żyć w bańce stworzonej przez męskich członków rodziny.

- Na porządku dziennym jest też brak przyzwolenia ze strony męża na podjęcie przez kobietę pracy. Czułby się bowiem niekomfortowo, gdyby jej szefem czy współpracownikiem był inny mężczyzna.

W Gruzji spotkałam jednak wiele pracujących kobiet.

- Jeżeli rodzina nie może sobie pozwolić na taki męski komfort, że kobieta zajmuje się tylko domem, to wtedy rzeczywiście pracują. Ale wynika to wyłącznie z konieczności ekonomicznej.

Młoda kobieta, niezależna, jeżdżąca samochodami - czy zdarzyło ci się wywoływać jakiś skandal?

- Wielokrotnie! Moje ostatnie osiem lat w Gruzji to jest skandal na skandalu. Najbardziej szokowało Gruzinów moje samodzielne mieszkanie, prowadzenie firmy, w której zatrudniam niespokrewnionych ze mną mężczyzn oraz to, że podróżuję dokąd chcę i jak chcę.

- Szokuje ich również fakt, że podważam informacje, które dostaję od mężczyzn. A w mojej opinii Gruzini to patologiczni kłamcy. Często mówią "Już jadę", kiedy jeszcze leżą w łóżku, i "Już jest zrobione", kiedy nie jest. Dlatego, gdy pracownik mówi mi, że coś jest zrobione, to ja to sprawdzam. Bo klimatyzacja w samochodzie nie może działać tylko trochę. A Gruzini się denerwują i odbierają to jako brak szacunku.

Czy spotkałaś niezależne Gruzinki? Kobiety, które próbują przełamać tradycję?

- Tak i jest ich, na szczęście, coraz więcej. Zajmują się produkcją wina, co zgodnie z tradycją należy do mężczyzn, otwierają własne biznesy, pojawiają się w polityce. Już sam fakt, że urząd prezydenta Gruzji obejmuje kobieta, świadczy o zachodzących przemianach społecznych. Tyle, że zachodzą one wolniej niż na Zachodzie. Wydaje mi się, że Gruzja jest ze wszystkim jakieś 30 lat w tyle za Polską. Jestem jednak przekonana, że ma przyszłość, jeśli chodzi o równość, partnerstwo i przedsiębiorczość kobiet.

Napisałaś kiedyś, że w Gruzji kobietę definiuje mężczyzna. Jak to wygląda w praktyce?

- W Gruzji nie ma ubezpieczeń społecznych, więc jedynym gwarantem dostatku rodziców na starość jest syn. A to dlatego, że córka, zgodnie z gruzińską tradycją, po ślubie przechodzi do rodziny męża. I to przejście jest fizyczne, ponieważ wypada, by małżonka przynajmniej przez kilka miesięcy, ale najczęściej przez resztę życia, mieszkała w domu teściów. Rodzice mówią wtedy: "Była wasza, jest nasza" i kobieta spod opieki ojca przechodzi pod opiekę teścia i męża. Nie ma już obowiązku dbania o swoich rodziców, ponieważ nie należy do ich rodu. Uważam, że jest to straszna tradycja i przedmiotowe traktowanie kobiet. Teraz, po ślubie, moim obowiązkiem jest dbanie o dobrobyt teściów i rodu partnera. Moje kroki są pod czujną obserwacją społeczeństwa, a od jego opinii zależy opinia rodu mojego męża.

To duża odpowiedzialność.

- Bardzo duża i bardzo obciążająca. A w mojej ocenie zupełnie niepotrzebna - ale to są moje polskie przekonania.

Starasz się jej sprostać?

- Staram się to zbalansować. Jeżeli mam ochotę pojechać na imprezę, to nie pójdę do centrum Kutaisi, żeby ktoś mnie tam zobaczył z drinkiem w ręku w towarzystwie czterech koleżanek i sześciu kolegów, tylko pojadę do stolicy albo do Batumi. Staram się nie robić nikomu problemu, ale też nie rezygnować z własnych przyjemności i wartości.

Czyli kobieta po zamążpójściu jest zdana na łaskę bądź niełaskę rodziny męża?

- Tak. Wyobraź sobie, jaką traumą jest przejście ze swojej rodziny do rodziny męża, kiedy masz 20 lat, chciałabyś studiować, nie zaczęłaś jeszcze pracy, a twój dobrostan, czy masz się w co ubrać i co zjeść, zależy teraz od teściów. Nie ma mowy o jakiejkolwiek niezależności.

- Wartość kobiety jest również definiowana przez to, czy została matką. Nabiera znaczenia w rodzinie teściów, kiedy ma swój udział w przedłużeniu rodu - zwłaszcza, jeśli jest to kolejny chłopiec. Wtedy staje się pełnoprawnym członkiem nowej rodziny.

- Zatem najpierw jesteś pod opieką ojca i nie decydujesz o sobie. Potem przychodzi krótki okres randkowania i narzeczeństwa, który jest dla ciebie, jako Gruzinki, jedynym momentem, w którym masz pewną sprawczość. Możesz przebierać w kandydatach, cieszyć się adoracją z ich strony i przyjmować prezenty - to czas, kiedy mężczyźni dosłownie stają na głowie. Ale od dnia ślubu znowu jesteś od kogoś zależna. A potem rodzisz dzieci. Tak więc przez całe życie twoja wartość zależy od mężczyzn - czy pochodzisz z dobrej rodziny, czy trafiasz do dobrej rodziny i czy wychowałaś dobrych synów.

Opowiesz więcej o gruzińskim randkowaniu?

- W Gruzji krąg osób, z którymi możesz chodzić na randki jest ograniczony. Dziecko ma tutaj średnio sześcioro chrzestnych: trzy kobiety i trzech mężczyzn. Jeżeli jesteś jego chrzestnym, to z kręgu osób, z którymi możesz randkować, są wykluczeni wszyscy bliscy pozostałych chrzestnych. A ponieważ Gruzja jest bardzo małym krajem, do tego dbającym o więzy rodzinne, ten krąg z czasem maleje.

- Na randkach jest dość tłumnie. Gruzin, któremu spodoba się Gruzinka, robi dogłębny research - sprawdza, skąd dziewczyna pochodzi, z kim się przyjaźni, jaką ma rodzinę, a dopiero później przystępuje do akcji. Na randkę zaprosi też kolegów. A że dziewczynie nie wypada spotkać się z nimi sam na sam, weźmie koleżanki.

- Mężczyzna musi zapewnić dziewczynie opiekę podczas randki - powinien zabrać ją samochodem i pokryć wszystkie koszty. Ponieważ związki przedmałżeńskie nie są w Gruzji dobrze widziane, pary ukrywają się ze swoim uczuciem do czasu, kiedy będą gotowi oznajmić je światu. A kiedy to ogłoszą, rodziny obu stron zadbają, by ślub odbył się jak najszybciej.

- Korzystne zamążpójście to najważniejszy projekt życiowy każdego Gruzina i Gruzinki. A korzystna partia to nie tylko ktoś, kogo kochasz. Powinna to być osoba, która pochodzi z dobrej rodziny i cieszy się dobrą opinią w społeczeństwie. W Gruzji twoje szczęście zależy nie tylko od tego, jak dobrze rozumiesz się z partnerem, ale i z całą jego rodziną. Bo my tu siedzimy wszyscy razem, na kupie.

I to jest prawdziwe wyzwanie!

- Tak, ale mi jest łatwiej, bo nie mówię po gruzińsku na tyle dobrze, żeby się z nimi kłócić (śmiech). Albo, żeby oni się zorientowali, jak bardzo odległe są moje przekonania od ich własnych.

Nie wiem, czy zwróciłaś uwagę, ale podczas naszej rozmowy często mówiłaś "my", opowiadając o Gruzinach. Czy czujesz się już Gruzinką?

- Czuję się 100-procentową Polką, a mój pobyt w Gruzji sprawił, że bardzo doceniłam wychowanie w polskiej rodzinie. Dzięki temu na starcie nie miałam 90 proc. trudności, z którymi borykają się moje rówieśniczki - Gruzinki. Jestem zasymilowana z gruzińskim społeczeństwem, a pandemia, podczas której wszyscy moi polscy przyjaciele wyjechali, pokazała jak bardzo. Mimo chwilowego braku pracy, zostałam, bo tu jest moje miejsce, moje życie - no i nie zostawiłabym też moich samochodów na pastwę losu (śmiech).

- Mam też świadomość, że moje dzieci będą w połowie Gruzinami, więc muszę pracować dla dobra Gruzji. Jeśli będą to synowie, to jeszcze, jeszcze, ale jeśli będę mieć córki, to planuję tutaj prawdziwą rewolucję kulturową, bo chciałabym, żeby się wychowały w sprzyjających okolicznościach.

- Podsumowując: jestem Polką mieszkającą w Gruzji, ale utożsamiam się z Gruzją i życzę sobie jej dobrobytu. Co więcej, jestem gotowa całe życie na niego pracować. Mam w sobie taki podzielony patriotyzm - polski i gruziński. 



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje